Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

23 czerwca 2026

"Co porusza martwych", T. Kingfisher

Na ile mi wiadomo - a będzie to mgliście - Poe pozostawił przyczynę upadku domu Usherów w mrokach niedopowiedzeń. Daje to niezłe pole do reinterpretacji, biorąc po uwagę rozstrzał między serialem tego gościa od Doktora Sna (i Nocnej Mszy, której nie oglądałam, bo wampiry) a tutaj.

Gdzie "tutaj" ma sporo wspólnego z zającami i świecącym stawem, który był za Poego, więc żaden spojler. Spojlerem jest dopiero blurb, bo lunatykowanie i głosy wchodzą dopiero w połowie.

Czyli i tak szybko, jako że jest to nowelka (a przez czcionkę i rozmiar loga wydawnictwa można by ją pomylić z tworem dla dzieci... gdyby nie reszta okładki). Kolejnym skutkiem tejże jest ścisła jednowątkowość, zero skoków fabularnych w bok - Easton wbija na check-up znajomej, jest podejrzanie (za uprzejmością brata znajomej), i tego dotyczą interakcje z amerykańskim lekarzem i brytyjską mykolożką (oraz grzybów. Są infodumpy (etykieta "grzyby" nieprzypadkowa)) (przy czym Usherowie są prawdziwi, eee, ze źródła, mykolożka tak trochę (jej krewniaczka to faktyczna postać historyczna - ta babka od Wodnikowego Wzgórza (które kojarzę z Donniego Darko))). Właściwie jest tak szybko, że można nie zdążyć nasiąknąć grozą... za to są drobne "niepokojki".

Easton to żołnierz przysięgły, co oznacza kompletnie nowe zaimki - których w gallacyjskim (języku zmyślonym jeszcze bardziej niż rzeczywiste, bo Gallacja, o dziwo, nie istniała) jest od cholery i ciut-ciut; udało mi się nawet zgadnąć, że są osobne dla dzieci, zanim taka informacja padła. Dla żołnierza przysięgłego jest to ka/kan, co przy polskiej gramatyce wymagało od tłumacza stawania na głowie przy rodzaju (który okazał się -u -um), a ode mnie częstych przerw, żeby mózg nie stawał dęba od nowych słów - jak raz przydałby się czas teraźniejszy. Jestem zagorzałą przeciwniczką zamienienia "Alex" na "Aleks" - ani w tym sensu, ani dobrze nie wygląda. Na marginesie - Easton wygląda jak kobieta, co powinno oszczędzić wizualizacji kan w kostiumie hazmata (chwała notce wydawcy!).

Zakończenie było przewidywalne, ale nawet autorka mówiła, że choć go żałuje, zdecydowała się dla realizmu - takie czasy, że tak by postąpili.

22 maja 2026

Stranger Things - sezon 4 (2022)

To jest ten moment, kiedy niektóre grzyby w barszczu okazują się halucypkami. Chwila, w której z opóźnieniem wpada cały na biało rząd USA, wywołała u mnie flaszbaki z drugiego odcinka Lovecraft County, przy którym dostałam zwarcia na zwojach, usiłując połączyć totalnie randomowe pomysły scenarzystów. Tyle, że sezon 4 przynajmniej obejrzałam do końca.

Wesołą kompanię podzielili na trzy grupy, a właściwie cztery, jeśli liczyć wypad solo Płateczka Śniegu do Krainy (Ponownego) Rozszerzania Granic Umysłu. Szkoda, że nie naćpali jej LSD, żeby przyspieszyć - może by jej się odblokowało coś nowego, na przykład "popchnięcie" (miało być o lataniu, ale ona już przecież lewitowała. Zepsuli mi żart 🙁). Reszta miota się między ratowaniem Płateczka, rozkminianiem rzezi nastolatków [dlaczego zawsze ta grupa wiekowa, dorośli reagują zabawniej] w centrum oka cyklonu, a praniem po mordach Ruskich, co było całkiem satysfakcjonujące.

Akcja w Hawkins wygląda jak kombinacja Ulicy Wiązów z West Memphis Three i jedyny raz na serial pokazuje małomiasteczkowy popłoch milczenia owiec wobec lokalnego basket case (który tym razem naprawdę jest basket case, nareszcie scenarzystom przypomniało się o relacjach społecznych [Jeszcze do tego wrócę]). Mieszkańcy miasta w końcu się ocknęli, że przez ostatnie trzy lata coś się działo, i załatwili to raz a dobrze - szósty odcinek pokazuje, jak głęboko w okrężnicy mają policję (no powaga, nie mieli prawa spacyfikować nawołującego do przestępstwa wariata?), od kiedy wyparował Hopper, jedyny z kręgosłupem - ale nie pomyśleli, że to jakiś spisek rządowy, wzorowi obywatele. Ani nie oskarżali Sowietów. Chryja z Sowietami nie mogła przestać mi się kojarzyć z czwartym Obcym (nie, Dufferowie, nie wmówicie mi, że to była "trójka", nie po ósmym odcinku). Nagle pojawił się problem, że Trzecia WŚ będzie przypominała rozgrywkę D&D. Albo to się skończy inwazją a la Jurassic World. Czyli generalnie w sześć (cztery?) lat przeszliśmy od Szczęk do polityki.

Postaci
Plot twist, że wszystko było połączone przez jednego, wkurzonego na Płateczka złodupca, był jakiś... na siłę. To zaczyna przypominać mem z marionetkami:

Niedługo zacznie brakować marionetek

Ostatecznie złodupiec przejechał się na nadmiernym patetyźmie i kiju od mopa robiącym za drugi kręgosłup; gdy jeszcze był Zbyt Przyjaznym Dyżurnym, ratowała go możliwość poruszania twarzą, ale w makijażu protetycznym miał mniej więcej takie opcje ekspresji co po botoksie. Co wychodzi jeszcze boleśniej, gdy sobie uświadomić inspirację. Modus operandi OK, straszny, ale nie DWADZIEŚCIA razy! Freddy Kruger i To byli kreatywni, Państwo Romans-Kinga-I-Ejtisów. I nie zaględzali do urzygu - zwłaszcza siedmiolatek, które nie mają możliwości skupić się na takim monotonnym słowotoku.

W związku z czym Brenner deklasuje go o lata świetlne jako Zło. Ten facet jest... całkowicie pozbawiony jakichkolwiek redemption qualities. Wiadome już od pierwszego sezonu, a ten tylko to potwierdza - jedyna sytuacja, kiedy wykazuje ludzkie odruchy, żartując z jednym z obiektów testowych, pikuje do "creepy" w pierwszej sekundzie spotkania po latach z Płateczkiem. Nawet Slade z Teen Titans wzbudza sympatię, a do obu tych gości ma się ochotę wezwać policję, gdy tylko znajdują się mniej niż dwieście metrów od dowolnego dziecka lub nastolatka. Jedną z bardziej niepokojących oznak tego, jak bardzo Brenner zniszczył umysły eksperymentowanych dzieci, jest infantylne zachowanie tych najstarszych - nie mówiąc już o szczuciu na siedmiolatkę i obroży elektrycznej. I o co mu chodziło z trzymaniem niestabilnego emocjonalnie dorosłego, potężnego Pacjenta Zero (Jeden?) tuż przy małych dzieciach? To jakiś pokrętny odpowiednik komór gazowych, żeby odciążyć psychikę żołnierzy w razie likwidacji nieobiecujących egzemplarzy? Przeżyją najbardziej obiecujący? Zdechnięcie w piachu i wzgardzie ostatniej ofiary to odpowiednia karma.

Motyw "Zabijmy Nowe Lubiane Mięso Armatnie" ma się świetnie. Eddie, pomimo Momentu Rolanda, był zdecydowanie ciekawszy niż stała obsada... gdzieś do przedostatniego odcinka, bo Sacrifice™! I szkoda, że śmierć Chrissy nakręcili przed sceną w lesie, bo podobno mogłaby wytrwać dłużej; choć z drugiej strony - uratowało ją to przed niechybną dekompozycją charakteru. Jakimś za to cudem ten były klawisz, Antonov, doczołgał się do finału (a miał nie) chyba nie chwytając aż tak widowni za serca, więc już nie wiem, na jakiej zasadzie działa ten odstrzał - ruletka, kurwa? Bo Robin jest lubiana, a przeżyła dwa bajzle bez złamanego palca, a nawet zdobyła dziewczynę.

Wytrwale trzyma się i degradacja Starego Mięsa Armatniego W Sezonie Ochronnym - nie dlatego, że postaci było za dużo jak na trzynaście godzin, ale... 
piękny rozwój Nancy jako badassówy kręci się w miejscu przez pierdolony, odgrzewany kotlet quasi-trójkąta (nawet spece od dźwięku się zgadzają - kawałek lecący przy jednym z tych kopniętych flirtów z byłym to ten sam, co gdy ostatni raz widziała Barb. A co wtedy Barb mówiła? "Nancy, zachowujesz się jak nie ty". Posłuchaj przekazu podprogowego, dziewczyno);
 u Jonathana boleśnie widać, że nie mieli na niego żadnego pomysłu niż naćpać w trzy dupy i szoferować księciu poszukującemu księżniczki (z przerwą na bycie emotional support petem brata);
 wszystkie statki Steve'a zatonęły ale i tak każą mu wtryniać się w sytuację koleżanki, jakby nie mógł się pogodzić z koszem. Słowo daję, ten typ miał lepszą chemię z Eddiem niż Nancy (nie, nie shippuję - byli po prostu bardziej wiarygodni jako ludzie). Ktoś na górze musi go nie znosić;
 relacja Hoppera i Joyce (która ostatecznie przestała przejmować się potomstwem i znalazła nową pasję) była tak samo pasjonująca co wędkarstwo przeremblowe dla ADHD-yka;
 Mike istnieje wyłącznie dla robienia maślanych oczek na Płateczka - i żeby uratować sytuację w finałowym odcinku Atomową Siłą Miłości™ (Strażnicy Galaktyki 2 zrobili to lepiej)...
 ...a Will na niego. Przykro patrzeć, jak chłopak najpierw spędził dwa sezony jako ofiara tortur, a następne dwa w toksycznej pseudo-przyjaźni z egoistą, trzymając się w fabule chyba tylko jako token. Nic, tylko chomik spóczucia 🐹.

Finał postawił mnie w pewności, że showrunnerzy nie umieją pozbyć się postaci z długim stażem. Skrewili trzykrotnie, to czemu by nie czwarty raz? Z takim nastawieniem ciężko się wczuć w niebezpieczeństwo.

Aż się dziwię, że to mówię: Jason, ten koleś, który zapoczątkował nagonkę na Eddiego - szkoda mi go. Naprawdę. W jednym wywiadzie aktor od Lucasa powiedział, że dziwi się, że więcej ludzi współczuje zatwardziałemu psycholowi i rasiście Billy'emu, niż Jasonowi, który tylko dziwnie znosił żałobę po drastycznej śmierci ukochanej. Jasne, Jason był religijnym świrem, ale w chwilach poczytalności dusza człowiek. To, że kamera nie przejęła się jego śmiercią, było podłe - wizja jechała dalej, jakby gość był losowym pechowcem z fafdziesiątego planu. Trudno było pokazać go, jak próbuje się ratować?

Nietrudno też nie zauważyć, że prześladowczynie - Carol, Angela, na upartego ta dziewczyna, która śmiała się z Max i Płateczka w obuwniczym sezon temu - to wredne suczydła, ale prześladowcy? Na prawie każdego znajdzie się jakiś smuteczek, za który chce się go poklepać po pleckach. Dlaczego dorośli ludzie upierają się robić z nastoletnich dziewcząt jednowymiarowe, głupie krowy rodem z poprzedniodekadowych blogasków, is beyond me.

Za pierwszym obejrzeniem - trzeba było aż dwóch - nie rozumiałam, o co chodziło Max z tym żalem po Billym, dlatego tym z podobną zagwozdką polecam Wszyscy mówią na mnie Max; może i nie do końca ten sam tier wiarygodności, ale staje się jasne, że Max miała wobec niego podejście I Can Fix Him, a przynajmniej zrozumienie, jak bardzo zniszczył go jego stary i żal napędzany gdybaniem.

(W ogóle - był kiedyś taki fanon [actanon?] Winony Ryder i Davida Harboura, że Jonathan mógłby być dzieckiem Hoppera; najstarsze źródło to chyba z 30 kwietnia 2023 i generalnie Harbour i Ryder przedstawili to Dufferom, ale wyszło na nie - co chyba byłoby pierwszym przejawem konsekwencji lore'u przez nich, biorąc pod uwagę wpływ Agent Orange na długo przed '67/'68, a Jonathan nie ma problemów zdrowotnych.)

Wizualia, logistyka, blaski i cienie
Ten sezon jest smutnym przykładem na to, że więcej czasu nie oznacza automatycznie lepszego budowania historii. Miałam wrażenie, jakbym oglądała trzy kompletnie różne filmy, które przypadkowo zmontowano razem i dla niepoznaki wstawiono wspólne zakończenie, że taki był plan - cokolwiek by narzekać na nowy, flashy klimat sezonu 3, tamtejsze wątki wyglądały jak spod tej samej ręki. Tu? Każdy ma inny klimat, estetykę, nawet tempo. Całość sprawia wrażenie, jakby usiłowano przedłużać na siłę - stąd te wszystkie romanse goniące własne ogony. Cały wątek Max i Lucasa - spoko, to bym zostawiła, zaczynam lubić Max. Szkoda, że nie mogłam się na tym skupić, bo paplanina innych smażyła mi mózg.

Najgorsze, że zapowiadało się nieźle - pierwszy odcinek był bardzo dobry, ale od trzeciego wątki zaczynają żyć własnymi życiami; potem początek odcinka piątego i już zapominam, o co chodziło w każdym, taki pierdolnik. Drugą połowę sezonu muszę się posiłkować wiki, a finał to masakra dla szarych komórek, za którą odpowiada uwielbienie Vecny do słuchania własnego głosu (którego spokojnie można by uniknąć, zostawiając sam obraz i rezygnując z tej mętnej ekspozycji) oraz domykanie KAŻDEJ DUPERELI - jest powód, dlaczego prezentowanie pobitewnych aftermatchów nie jest popularne, a tym ciołkom oficjalnie udało się pobić scenki rodzajowe z Shire po koronacji. I zapewne na darmo - założę się, że powtórzą część tych smętów w piątym sezonie [notka: piszę to przed jego premierą]. To chyba jedyny raz, kiedy cieszę się z pójścia na łatwiznę (podpalenia stworów na Kamczatce), bo NIECH JUŻ SKOŃCZĄ, TO SIĘ WLECZE GODZINĘ! I tak dramatyzm śmierci Eddiego i (tymczasowo) Max poszedł się tarmosić w krzaki.

Efekty specjalne, zwłaszcza od czwartego odcinka, są niesamowite, bynajmniej nie na swoją korzyść. Trzy z hakiem razy wyższy budżet (względem poprzedniego sezonu) rozdrobnili na pnączomacki, demogorgona-białasa, demogorgoniątka, łamanie kołem kończyn, twarz Millie Bobby Brown, Drugą Stronę przed wjazdem Ubermenscha... co oznacza, że wszystko wyszło po równo niedopracowanie - ale najbardziej gryzie w oczy ta twarz Brown na siedmioletniej stand-in (nie wiem, czy mapowali dorosłą, czy archiwalne z pierwszego sezonu, ale efekt i tak był zbyt nieproporcjonalny i rozmyty) i Vecna lecący przez napierdalającą w niego burzę. Wzmianka specjalna pod adresem zbyt płynnego prowadzenia kamery na pustyni w przedostatnim odcinku.

Że sens trzyma się w tym interesie na ślinę i przyklepane, wiadomo nie od dziś, ale dziury w scenariuszu jak na polskich drogach wywołały całą masę mindfucków, których nie warto wrzucać w osobny post. Nad tymi rzeczami nie da się dyskutować, po prostu... są jak współczesne domy w Sudetach. Chyba, że ktoś mi wyjaśni, jakim cudem ruska lala nie zapaliła czerwonych lampek w urzędzie pocztowym; jaki miałby być cel istnienia ekranów wewnątrz cysterny deprywacyjnej inny niż dekoracja; czemu psiarnia nie przejęła się jadącą na pełnym regulatorze konferencją międzywymiarową (której uczestników mieli przesłuchiwać); czemu dopiero teraz złote cząsteczki sygnalizują prąd (skoro w pierwszym sezonie radzili sobie bez nich); po kiego te dwa tłuki siedzą w przyczepie, zamiast zablokować bramę przed gackami i spierdalać (imperatyw GOT?); skąd roczny pustostan nadal ma bieżącą wodę; albo O CO, U DIABŁA, CHODZI Z TYM POŚWIĘCENIEM? Nie widzisz wyjścia, to przynajmniej utoruj innym drogę doń? To już urasta do kultu, to nie jest zdrowe. Amerykańców to jara?

Oraz - o rondlu Willa litościwie milczałam przez trzy rundy, ale patrząc, jak zajebiście wyglądała Płateczek (zanim ją ostrzygli na Słowiańskiego Blokersa) - nie, Joyce, nie masz faworytów, wcale [to akurat LOL, nie JPRDL].

Mimo wszystko mieli te nieliczne przebłyski dużo powyżej poprzeczki, vide zmiana sceny liceum-niebo-przyczepy (nie znalazłam, czy to ma techniczną nazwę) w odcinku 2; mastershot z inwazją domową i płonąca kołyska w odcinku 4; treningowe ciskanie dziećmi o ściany, jakkolwiek okropne, o fenomenalnym montażu oraz jedyny dobry żart sezonu, gdy Max zabiera lornetkę - oba odcinek 6; scena z wymianą gróźb między Lucasem a Ericą (ni mnie grzeją, ni ziębią, ale aktorzy zagrali bardzo fajnie) w odcinku 7; i jak zwykle wspaniała aktywacja świateł z drugiego wymiaru (sentyment do początków), jakkolwiek niejasne są same światełka.

[https://rzekaswiadomosci.blogspot.com/2024/12/modziezowkowe-bingo.html]


Najwyraźniej robi się z tego tradycja:
odcinek 1
▶ Płateczek zmiotła cały projekt i wybuch na Alfa-Biczę? Dufferowie, whattaya doin'?
▶ to już 3 innuenda, a to dopiero 43 minuta sezonu 😬
▶ jak się fajnie złożyło, że Max mieszka naprzeciwko Eddiego
▶ "Happy Screams" przy Chrissy i Eddiem - touché, montażysto
odcinek 2
▶ znowu przerzut wątku mijanką!
▶ ciekawe, czy „słoń” to wadliwy, czy standardowy egzemplarz ruskiej myśli technicznej?
▶ diler ogląda filmy o ćpaniu? Pffft!
odcinek 3
▶ polski lektor – przyrodni to z 50% pokrewieństwem, nie adopcyjny
[powiązanie teoretyczne z przyczepami] starożytne cmentarzysko Indian XD
▶ żarcie w łagrze apetyczniejsze niż w kapitalistycznych liniach lotniczych (bo chowałam się na strączkowych i razowym?) 
odcinek 4
▶ ciągle cola – produkt placement wraca
▶ dlaczego ona ciągle mówi „cycki”!? 😫
▶ że też paranoik jak Murray nie domyślił się z naszprycowaną kawą
▶ dlaczego nie zabrałeś całego plecaka, ośle, tylko jeb na maskę i multum kaset w objęcia!? 🤦
odcinek 5
▶ Max niezgorzej rysuje (tylko nie ludzi), wyprztykała Holly z czerwonych kredek
▶ a Nancy składanie obrazków idzie lepiej, niż w 1 sezonie
▶ raz 7Up nie cola
▶ miło, że pamiętają o ściganym przez psycholi Eddiem 😭
odcinek 6
▶ znowu cola – nie mają w tym świecie pepsi?
▶ czemu tacy zdziwieni, że las był wokół jeziora? że niby że Eddie nie zwiał dalej?
odcinek 7
▶ czy potworny nietoperz skamlał jak szczeniaczek!?
▶ doba od Patricka i Max się rozluźniła z Kate Bush
▶ bramy i klątwa – oficjalnie przeszliśmy do fantasy
▶ kotłownia jako nawiązanie do Ulicy Wiązów? Subtelnie, jak na ten serial
▶ zgadnijcie? cola! (+ wzmianka o spricie)
▶ ofkors, że 11 przeżyła jako jedyna, bo była najwyjątkowsza z wyjątkowych 🙄
odcinek 8
▶ te macki na krześle to już estetyczna przesada, wystarczyłyby uwięzi 
▶ albo ruski demogorgon jest wytrzymalszy od przeciętnego ksena, albo ruskie karabiny do luftu
▶ nic dziwnego, że Jonathan ma papkę zamiast mózgu, skoro spędza tyle czasu z reggae (no hard feelings, ale dobór kawałków… zgrywają się rytmem z prędkością serialu)
▶ Jason, weź nie naruszaj jej przestrzeni osobistej!
▶ stary to creep – dlaczego dotykasz jej twarzy!?
odcinek 9
▶ 5–te (?) innuendo? Mam dość, ten sezon to więzienie
▶ jasne, że zsześdziesionował ich MAGA–owiec
▶ chwila, kto to był Chrissy?
▶ to slo–mo z otwartymi buźkami, I can’t XD
▶ legitnie zapomniałam, że Nancy była częścią ekipy (i kto to ta laska w berecie?)
▶ wolność złowa to ZŁO – przestań siać panikę, dziadzie! I tak jest burdel
▶ Karen – przez dwa dni nie kontaktowałam się z 1/3 potomstwa, luz!
▶ Jonny, kopiesz sobie grób; dajcie już Nancy żyć bez tych dwóch cymbałów!
▶ wielki powrót coli!
______________
ilustracje: strangerthings.fandom.com i wikipedia.org

25 kwietnia 2026

O powstawaniu "Obcego", cz. 5: Uściski na śmierć i życie

Jest taki typ pomysłów, na które wpada się nocą, odparowując po "dłuższej chwili tentegowania w głowie" - to coś mówi, że Shusett musiał zrywać waletującego u niego O'Bannona z kanapy, z "przeleceniem jednego z członków załogi" jako rozwiązaniem problemu władowania ufoka na statek. Dekady później O'Bannon stwierdził, że to już on wybrał na ofiarę faceta, żeby uniknąć niewłaściwych pomysłów od męskiej części widowni, i bo to było mniej oczywiste (nie przypuszczaliście, że to film feministyczny, niet?).

OBCY, FAZA PIERWSZA. Małe stworzenie, mogące przypominać ośmiornicę, które czeka w pojemniku, aż zjawi się ofiara. Gdy ktoś dotknie pojemnika, pokrywa opada, a mały obcy (w fazie pierwszej) wyskakuje ze środka i przywiera do twarzy ofiary.
- list do Gigera, 11 lipca '77 [za: Robert Filipowski]
Cobb i coś, co niebezpiecznie przypomina ten strzępek z Life

Tak jak Jajo, Twarzołap był ściśle jednej funkcji - co w tym przypadku oznaczało organ reprodukcyjny. Zmysł praktyczny Gigera miał się na czym wyżyć.

Latający omlet in question

Wyglądało to jak latający omlet. [...] Dodałem więc ogon, który działał niczym sprężyna zabawki wyskakującej z pudełka. Spodobał mi się ten pomysł, bo był w duchu Lovecrafta. Zacząłem od ciała, który przypominało wielki narząd płciowy, bo tak naprawdę nim było, i dodałem dwie dłonie, którymi stwór mógł się trzymać głowy. Ponieważ musiał otworzyć usta ofiary, dodałem też narząd przypominający instrument, którym starożytni Egipcjanie otwierali usta zmarłym, żeby wypuścić duszę.
- Giger o redagowaniu O'Bannonna [za: RF]

Praca 364, nie do końca łapiąca twarz
Praca 365, z... pijawką?

Projekt przeszedł chrzest bojowy, siejąc panikę wśród celników na lotnisku w Los Angeles, co zmusiło producentów do pofatygowania się po aerografy osobiście. Druga faza testów, na ciele producenckim, wypadła wprawdzie pomyślnie, ale aż za bardzo - w końcu to był, jakby nie patrzeć, przywierający narząd. Zresztą pojemnik nań, o, eee, przeciwnej inspiracji anatomicznej, też nie wzbudził sympatii. Po chrześcijańsku.

Drugi pomysł Gigera, który przeszedł tylko w nowelizacji Fostera

Odpowiedzialność zepchnięto na Dickena, skoro i tak miał się zająć Rozrywaczem. W teorii model wystarczyło zmniejszyć, a w praktyce jeszcze tu ująć, tam dodać, co bardzo szybko zmieniło się w chaos przepychania własnych gustów, niezłagodzony nawet wizualizacją Scotta przy pomocy Necronomiconu (albumu Gigera, nie magicznej księgi). Totalnie przebodźcowionego Dickena przejął O'Bannon i skleili wersję-Frankensteina, która dostała zatwierdzenie. O dziwo, ta wersja przetrwała z grubsza nienaruszona, poza zmianą koloru z zielonego na skórę człowieka rasy kaukaskiej w ramach nowego i uwiarygadniającego sytuację gamechangera.

Zaprojektowaliśmy Twarzołapa jako coś, co właśnie wyszło z łona. Z tego powodu postanowiliśmy zostawić naturalny kolor skóry. Ilekroć próbowaliśmy przemalować go na inny kolor, wyglądał sztucznie i mniej przerażająco.
- Scott przypisuje sobie zasługi, choć to O'Bannon, of all the people, przyklepał zmianę

Dicken i modele

A że nie ma łatwo, "penis we wczesnym stadium" i mały Alien stały się kością niezgody w zimnej wojnie Gigera i Rogera Dickena, absolutnie na życzenie tego pierwszego, który był oddelegowany wyłącznie do fazy dojrzałej, ale uparł się, że Dicken nie umie w 3D-fikację jego dzieł.

Strzelanie gumową wersją w Johna Hurta sfilmowano w dokrętkach, 22-23 i 30 listopada. O dziwo, nie był to najbardziej każący przemyśleć wybór kariery element scenariusza. Czy to w ramach swojego perfekcjonizmu, czy dziwnego solidaryzowania się, dyrektor użyczył własnych rąk, nawet, jeśli wyraźnie za grubych w porównaniu. I mimo, iż ciągle piszę o "rzucaniu" kukłą, w realu pacali nią, przyczepioną do rękawiczki, po obiektywie.

Zamontowaliśmy jajo do góry nogami na scenie, a następnie wystrzeliliśmy. Kiedy już wszystkie bebechy wyleciały, wsadziliśmy do środka gumowego twarzołapa. Jeden z ludzi wspiął się na jajo i przez jego podstawę wypchnął twarzołapa prosto w obiektyw kamery.
- Nick Allder, nadzorca efektów specjalnych [za: RF]

Inspiracja dla proszonej kolacji z Beetlejuice?

Pozostałe trzy sceny uwzględniające Twarzołapa - nieudaną próbę usunięcia z zachowaniem twarzy (11 i 14-15 sierpnia), trupa ex sufit i autopsjo-nekropsjo-whatever (16-17 sierpnia) - bez większych wpadek niż zacięcie się leżanki. Maseczka ubrzydniająca na bazie poliuretanu i oleju do skalpeli trzymała się na recepturki (albo gumę od gaci, nie podali detalu), a kwas na styropianowej podłodze skomponowali z chloroformu, acetonu, cykloheksyloaminy, kwasu octowego i te de, co wcale nie brzmi bezpieczniej od tego, co miał grać. Choć w sumie mniej obrzydliwie od faktycznych wnętrzności z robaków morza po kilkunastu minutach pod słynnym morderczym oświetleniem Shepperton.

Nadal lepsze od Gali Met
[zdjęcie pochodzi z książki Jak powstał Obcy]
Jakby sytuacja i tak nie była niekomfortowa, poprawki dorzucał sam reżyser
[zdjęcie pochodzi z książki Jak powstał Obcy]

Scottowi zamarzyło się, żeby pęcherze wersji nagłownej pulsowały na żelu, a nie na pusto, co skończyło się zapchaniem przewodów. Więcej szczęścia miała rurka w przecinanym odnóżu, może dlatego, że farba nie była taka gęsta (nie ma mowy, żeby to był kwas, jak podają źródła, nie przy głowie jednego aktora i rękach drugiego (choć, skoro palili na ciasnym jak komórka Pottera mostku...)).

____________________
źródła:

13 kwietnia 2026

Stranger Things - sezon 3 (2019)

Zwróćcie uwagę na symbolizm pieprzniętych na bok rowerów - oficjalnie puszczono poręcz 

Jak głosi stare, ludowe przysłowie: żaden serial nie jest planowany na więcej niż dwa sezony, później do gry wchodzi maszyna losująca.

Napomykani przez wariata od teorii spiskowych Sowieci spawnują się wielkim dupnięciem - pieprzoną Krasnaja Armija wsech silnej. Młodsze nastolatki w pełni korzystają ze swojej indukowanej wiekiem głupoty i beztroski, a w międzyczasie bebok z drugiego sezonu kontratakuje, opętując gościa, który miał robić za ostoję ludzkiego zła w tym nadprzyrodzonym chaosie. Żeby dopaść Płateczka, buduje sobie ciało z kilku mieszkańców i miejscowej populacji szczurów - bebok buduje, gość ma własne ciało - i po tym młodzież orientuje się, że ojej, sielanka się skończyła. Równocześnie dorośli i część dzieciarni - osobno - dowiadują się, że Sowieci jednak wiedzą o sąsiednim wymiarze i łowią materiał na eksperymenty pod miejskim symbolem konsumpcjonizmu.

No tak. Nagle tory się rozjeżdżają i jeśli nie pamiętać poprzednich sezonów, da się przełknąć ten barszczyk po radziecku. Jeśli pamiętać, to nagle dostaje się halunów od Czerwonej Gorączki i wrażenie, że to już nie jest Kansas, tylko Floryda. Po huraganie. (Bo, no, wariactwo.) Taki numer po ledwie kilku wzmiankach w poprzednich latach to trochę za dużo, jak na bonus do szkaradziejstwa ze stopionego mięsa.

To mój najbardziej nieulubiony sezon. Więcej nastolatkowych kocha-nie kocha, więcej pogadanek od serca (tylko jedna była przydatna, JEDNA), wreszcie ten blockbusterowy, w pełni pikselowy bebok, odbierający wszelkiego ducha tej produkcji - to było po prostu zbyt radosne i kompletnie niedopasowane do ponurego zadupia przy bazie naukowej.

Jestem zdziwiona, że w końcu Płateczek (Eleven w mojej nomenklaturze) przestała przywoływać u mnie tiki nerwowe wygaśnięte od matury. Naprawdę, naprawdę zdziwiona. Po dwóch sezonach udało jej się porzucić funkcję bezużytecznego słodziaka (czyli postaci, która ma przyciągać widownię i jej rola po pierwszym sezonie jest nadmuchiwana na siłę) na rzecz postaci z osobowością; może i scenariusz porzucił bezpieczne wody fanfiku do Kinga na rzecz burdelu na kółkach, ale przynajmniej odpuścili dziewczynie robotę Wybrańca. Trochę słabości i władowanie tyłka w tarapaty, i od razu człowiek robi się jakiś taki przyjaźniejszy.

Znośna jest też w końcu Nancy, dla równowagi Jonathan robi się jeszcze bardziej zmarnowany, niż miał to wpisane w grę; ich dynamikę ogląda się nieco dziwnie, może dlatego, że aktorzy to para (już podczas zdjęć czy po premierze? Nie śledzę tego), ale mieli najciekawszą scenę całych siedmiu godzin z hakiem - tę z ucieczką w szpitalu (której stanowczo nie powinni zygzakować z nastoleczkowatymi miłostkami). Miałkość to zresztą powszechna przypadłość wśród weteranów obsady, ci nowsi jeszcze się trzymają (z chlubnymi wyjątkami Steve'a i Dustina). Billy ostatecznie wypełnia swoją rolę lokowania odżałowanego Henry'ego Bowersa i odwala kitę - po jakże dla niego potrzebnej zmianie serca. Zniczyk przegrywu* dla Willa, któremu nie dość, że scenarzyści nie umieli znaleźć aktywnej roli, więc kazali się snuć za resztą (nie przypominam sobie żadnej sceny z nim poza rozwalaniem szałasu), to jeszcze in-universe olewają go po równo kumple i matka. Przynajmniej wyjaśniła się dzięki temu zagadka, kiedy przestaje się być istotnym dla społeczeństwa - czternaście lat. Czy to przypadkiem nie trochę OOC ze strony Joyce, nawet przy jej koncentracji tunelowej, przypomnieć sobie o niedołężnym według własnej oceny potomku w, ile, dwa dni?, podczas trzeciej edycji dziwnych wydarzeń?

Tytuł najgorszej sceny otrzymuje... NeverEnding Story. Biedny Dustin, szacunek dla widza i minuta wyjęta z życia (dziękujmy Bogu za przewijanie!). Nie jest to jednak najgorszy wątek, bo zęby rozbolały mnie dopiero przy Milczącej Akcji™ Joyce i Hoppera, jeszcze bardziej pogrążonym przez komentarz Baumana (który w jakichśtam okolicznościach może i byłby zabawny, ale na litość Matuchny Przenajświętszej, ten facet robi tak no-to-ry-cznie!) oraz zdecydowane OOC Hoppera - jego czasy sceptycyzmu IMHO minęły wraz z wplątaniem się w robotę papierkową z Rządem i drugim przypadkiem ratowania szczeniażerii przed czymś, z czym nie radzili sobie dorośli. Poza tym flashbacki Billy'ego byłyby ciekawsze bez muzyki.

O tym, jak bardzo na kolanie wymyślali ten sezon, świadczy nacisk na kapitalizm - nie tylko się go ratuje przed Złymi Socjalistami I Ich Brakiem Wszystkiego, ale i nabija kabzę na product placement niezdrowych przekąsek i coli, dyskrecją rodem z TVP. Dialog o "nowym, lepszym" beboku w przedostatnim odcinku był tylko i wyłącznie po to, nikt mi nie mówi, że nie.

Proponuję brać łyka za każdym razem, gdy zmienia się narracja, bo postać mija poprzednią scenę. To nie będzie groźne dla zdrowia, ale zwróćcie uwagę, ile można korzystać z tego chwytu w jednym sezonie!?

I najważniejsze - JAK ruskie wiedziały o portalu w Hawkins? To tylko ja, czy serio nikt nie poruszył tego na ekranie? Domyślnie, że od jakiegoś szpiega? Showrunnerzy wyjaśnili to jakoś w zakamarkach socjali?


* Gugiel nie wie, co to jest.

https://rzekaswiadomosci.blogspot.com/2024/12/modziezowkowe-bingo.html

______________
ilustracja: strangerthings.fandom.com

08 marca 2026

"Mexican Gothic", Silvia Moreno-Garcia

Obiecywali, że to dobra książka - ba, T. Kingfisher od Co porusza martwych obiecywała - ale nikt się nie zająknął, że jest przede wszystkim CIERPKA.

W celu zbadania, czemu jej kuzynka wysłała dziwny list, Noemí przenosi się z towarzyskiego Ciudad de México klasy wyższej do kostycznego dworu zmurszałej angielskiej arystokracji - tak szybko, że prawie nie czuć tego pierwszego. Serio, serio, gdyby nie trochę hiszpańskich i bazujących na nahuatl toponimów, równie dobrze akcja mogłaby toczyć się na kolejnym spłachetku Anglii. I to nie takim odwiedzanym przez pannę Marple, tylko najbardziej zawilgoconym, smętnym grajdole. Atmosfera jest wroga, sztywna i włazi pod skórę jak Mroczny Sekret™ lokalu - Noemí od pierwszego kopa czuje, czemu kuzynka odchodzi od zmysłów, zaś gospodarze tylko ją w tym upewniają.

Ah, gospodarze. Doyle'owie, w których wmężyła się kuzynka, ani trochę nie starają się rozwiać podejrzeń. Przytłaczający, odpychający, pasywno-agresywni i protekcjonalni, jasnowłosi i niebieskoocy, umniejszający wysłanniczce, jakby nawet sam Bóg Wszechmogący nie mógł ich dosięgnąć - bo nie może. Ich poziom neofobii jest tak silny, że niegdysiejszy blichtr dosłownie pleśnieje, a wynikający z tego skok na majątek rodu Noemí jak żywcem wyjęty z jeszcze zamierzchlejszej przeszłości, niż sama akcja. Tak intruzywni, że Noemí nawet czerwone flagi subtelne jak Chiny na otwarciach olimpijskich nie powstrzymują przed załatwieniem sprawy własnoręcznie, zamiast wzywać ojcowskie posiłki. Ale czy aby był wybór?

Noemí nie jest jakąś głupią, rozpuszczoną dziewuszką - idzie przez życie przebojem, ale nie boi się ubrudzić, by wleźć przysłowiowym oknem, gdy plombują drzwi przed jej nosem. W powinowatych zaś znajduje godnego przeciwnika, dysponującego taranem patriarchalnego wbijania szpileczek - do skutku, do dumy. Bo to, że Noemí cieszy się życiem, nie oznacza, że świat jest na to gotowy - to właśnie Noemí przekonuje ojca do podjęcia działań, bo jej kuzynka NIE JEST histeryczką, i cały czas nawiedza ją świadomość, że sama może zostać uznana za jedną. Nie zwalę tego na karb fiftisów, bo i dziś, siedemdziesiąt lat i kilka zmian obyczajów później, to wciąż problem. Jest ZBYT uniwersalny i obawiam się, że nawet za sto lat będzie uderzać zbyt blisko domu.

I nieprzypadkowo zaznaczyłam ubarwienie rodzinki - pan i władca na włościach ma eugenicznego świra (antropologia jest też wśród zainteresowań Noemí, jako strzelba Czechowa). Są jak ilustracja pod hasłem "złol", słowo daję - tylko najmłodszy jest lubialny.

Na poklask zasługują najdziwniejsze możliwe i niemożliwe scenariusze rodzące się w głowie coraz bardziej przytłoczonej Noemí oraz klimatyczne ostatnie chwile biednej Ruth. A te wizje żywego domu...

Jeśli za to do czegoś się przyczepić, to do dokładnych opisów garderoby Noemí, które nie mogły przestać mi się kojarzyć z opkami szatkowanymi na NAKW-ie (złote czasy...), do wątków okultystycznych i do strony 200, gdzie Francis - ten najmłodszy - znienacka zostaje nazwany "blondyn". Owszem, jest nim, ale nigdzie indziej w książce do identyfikacji nie służy kolor włosów.

12 lutego 2026

Wąwóz (2025)

Kiedy chcesz OBIE wieże, ale są tylko w komplecie z mordkami...

Wzięłam się za ten film tylko dla 50% zawartości (nie lubię romansideł jako gatunku). A że ta zaczyna się wybijać dopiero w połowie, dłużyło mi się - kinda ironia, bo z dziesięć lat temu narzekałam, że Alien długo się rozpędza, a teraz doceniam, że oczekiwanie wypełnili tam oczekiwaniem. A nie romansem na odległość.

Generalnie jest to chaos gatunkowy, w którym najwyraźniej to tajemnica wąwozu miała być dominująca, ale postanowiono albo zaeksperymentować, albo wykorzystać slot premierowy w lutym i dowalono romans... który przypomina mi to stwierdzenie Lema, że "jeśli usunąć z historii elementy fantastyczne i fabuła nadal fabułuje, to to nie była fantastyka" - tylko na odwrót; ten wątek spokojnie mógłby zadziałać w każdych innych okolicznościach. Dziwny wąwóz - nie.

Tak dziwny*, że dwójka snajperów najętych do jego pilnowania nie wie, na czym ta dziwność polega - tyle jedynie, że mają snajperować we mgłę, jeśli zrobi się nietypowa i nie kontaktować się między sobą (co jest dość głupie, bo jak się szybko okazało, pomoc z drugiej wieży bardzo się przydaje, kiedy zawartość mgły dociera do szczytu pierwszej - automatyczne działka wydają się mieć specjalnie ograniczony zasięg i mało dokładne czujniki; nie mówiąc o ewentualnych przerwach w obchodach na drugim brzegu). I łamią tę zasadę już w 1/4 kontraktu (znaczy po trzech miesiącach) - z kuźwa rozmachem, imprą z konkursem strzeleckim (która wywabia zawartość mgły, LOL). Nic nie jest bardziej nieprzewidywalnym stworzeniem niż znudzony/-a Wschodnioeuropejczyk/-ka.

(W zasadzie pewnym wyjaśnieniem na niekontakt jest neutralizacja poprzednich najemników - żaden spoiler, tego łatwo się domyślić już po tym, że taka scena w ogóle zaistniała.)

To, że akcyjna połowa się klei, zawdzięczamy specjalizacji reżysera w takich klimatach - Zbaw nas ode złego, Czarny telefon - nawet, jeśli rozwiązanie trzeba było podać śmigiem i na tacy, żeby upchnąć i romans (BTW ciekawe, jak by to wyglądało bez romansu - już abstrahując od orientacji i płci - też by tak chętnie się dogadali? Kolab geopolitycznych przeciwników wobec wąwozowych cudactw mógłby mniej męczyć).

Czego natomiast nie zawdzięczamy, to CGI na poziomie strendżerfingsowego przy SPOILER uzbrojonych dronach pod koniec, Światu Wąwozu Beksińskiego daruję, bo przerzucanie surrealistycznych obrazów na 3D nie jest sztuką, która udaje się dwa razy w ciągu pięćdziesięciu lat. Zwłaszcza komputerami w latach 20. XXI wieku. Poza tym soundtrack nienachalny, chyba że była akcja.

SPOILER Beksiński Beksińskim - za drugiego rodzica musiała robić Anihilacja (książka, film, obojętnie), o czym trochę można zapomnieć, ale jest parę scen bardzo o tym przypominających - te drzewa 😨 (te po tymże z zajefajnym mechanizmem ofensywnym). Albo gąszcz w silosie. Albo bunkier.

To jakaś nowa moda, żeby SPOILER organizacje okołomilitarne nazywać kombinacją "synonim ciemnego" + "woda powierzchniowa"? Jak nie Darklake to zeroszansowa Czarna Rzeka - co następne, Obscure Sea? Dim Puddle?

Nie wiem, co myśleć o Sigourney Weaver - może poczekam, aż trafi mi się czas na ST5 i Lindę Hamilton, żeby ocenić, na ile to był zmarnowany potencjał (BTW - szpiegini to uoficjalniająca się forma?).

Wiem, co za to myśleć o SPOILER paliwie po 75 latach w strefie umiarkowanej, skoro w tropikach wyparowują w 20 lat, oraz o biciu rekordu personalnego i nieoficjalnego światowego w strzale snajperskim - na kursie ostrzegali przed takimi zabiegami.

Generalnie fajny film - panna ma talent do bliskich spotkań trzeciego stopnia, feel ya, sis (jeśli zamienić beboki na szafki) i doznawania kontuzji (choć raz nie, gdy wypadało - nie mam zielonego pojęcia o działaniu granatów zapalających, ale gorący podmuch powinien wywołać jakąś reakcję, skoro miała odsłonięte ramiona i kark).

Przez syndrom Jekylla i Hyde'a film niezbyt nadaje się na solowe seanse, ale za to idealnie dla towarzystwa o przeciwnych gustach, na wahty - nic tak nie udowadnia dobrze pokładanego zaufania, jak obudzenie współwidza na preferowany wątek.


* I tajny. Fanon lobbuje za Alaską, bo 1) to jeden z typów męskiego protagonisty, 2) SPOILER pokrywa się z trzęsieniem ziemi o odpowiednim terminie i magnitudzie, i 3) SPOILER Sowieci prędzej zżarliby własną flagę niż pozwolili Amerykańcom umieścić tę ich na szczycie dzielonego masztu, co dyskwalifikuje Syberię (powiedziałabym że w tym świetle i Skandynawię, zwłaszcza przez brak tychże w komitywie, ale Amerykańce kochają wpieprzać się na górę łańcucha u sojuszników i neutralnych). Niestety żadne z naszych milusińskich nie operuje znajomością botaniki ani geologii, inaczej mogliby zawęzić możliwości dzięki skałom (kręcili zewnętrze w Norwegii, gdzie są prekambryjskie granity) i roślinom (wreszcie byłby pożytek fabularnych z narwanych na randkę kwiatów).


[Prywata: z jakiegoś powodu Gugiel podał w obsadzie Masona Thamesa - tego z Czarnego telefonu - a moje doświadczenie z horrorów i jeszcze poprzedniego roku utkało prawdopodobne zakończenie (które zupełnie się nie sprawdziło). Czy byłby to odgrzewany kotlet? Zwłaszcza przy premierach odległych o raptem pół roku? Jeszcze jak - ale obu filmom wyszłoby na dobre, gdyby tamten biegł samodzielnie i "oddał" zakończenie Wąwozowi. Nie jestem fanką szczęśliwego zakończenia tutaj, czuje się je, jakby faworyzowali część romansidłową.


The Gorge
reżyseria: Scott Derrickson
scenariusz: Zach Dean
wystąpili: Anya Taylor-Joy, Miles Teller, Sigourney Weaver
__________________
ilustracja: IMDb

10 stycznia 2026

Obcy: Ziemia - sezon 1 (2025)

Był hit, to teraz jest i kit - ten serial szura brzuchem po dnie Rowu Mariańskiego tak bardzo, że aż się dziwię, że dostał zielone światło na drugi sezon.

Jak na coś z wyższej półki (250 mln zielonych) mają wyjątkowo podłe CGI, nawet w porównaniu do mojego dotychczasowego antyulubieńca, Stranger Things 4 (mającego średnio o bańkę mniej na każdy odcinek), choć Obcy - nie jeden, jak głosiła reklama, a aż trzech - cierpią też praktycznie; nie widziałam tak przaśnych efektów od filmików fanowskich (jeden był podczas bitwy o Gallipolli). AVP i poroniony sequel 20 lat temu nagle zyskują (choć uwzględniając inflację, miały po odpowiednio 100 i 56 milionów budżetu). Pamiętam tylko dwie sceny, kiedy dorosły ksenomorf wyglądał korzystnie - obie w piątym odcinku, o którym jeszcze się rozpiszę - i jedną z rozrywaczem, bo akurat był kukiełką.

Nie mniej kontrowersyjny okazał się montaż typu "przenikanki" - nakładające się na siebie ujęcia, miejscami aż do czterech naraz - od których głowa zaczęła mnie boleć jeszcze pod koniec pierwszego odcinka, a od drugiego wprzód prawie się wyłączałam; na szczęście zrobili od nich przerwę w piątym odcinku.

Oraz to, co pogrzebało finał - pomysł wyjściowy o dziecięcych umysłach w dorośle wyglądających, wzmocnionych robotach był dobry, ale jego relacja ze światem przedstawionym... Na litość, żeby wyposażyć nierozwiniętą robocicę w dostęp do sieci bezpieczeństwa i nie pomyśleć o zabezpieczeniach?

...Co sprowadza się do kierującego wrogą W-Y korporacją placementu Muska. Nie mam pojęcia, jakim cudem można być geniuszem robotyki i przedsiębiorczości oraz ignorować każdą czerwoną flagę podtykaną pod nos - najwyraźniej można. Robotyczne pseudo-dzieci to potwory, ale dopiero przez jego paradoksalny brak myślenia perspektywicznego (które powinien mieć, skoro wspiął się tak wysoko i umościł w pierwszym rzędzie). Jak raz pomyślał o bezpieczeństwie, żeby znaleźć mackookiemu kosmicie słabego hosta, to niemal mu przyklasnęłam - taki poziom; bo normalnie to "szklanka w połowie pełna", a przejeżdża się na niej jak Hammond. Na dokładkę ciuchy wywalczył chyba na pięści od bezdomnego ex-hippisa - co to miało być w odcinku trzecim, jakaś, kurwa, piżama? Naprawdę nie mógł przeprowadzać eksperymentów z komunikacją ksenów jednym z własnych syntów (mały spoiler - na podorędziu był jeszcze jeden poza Kirshem)?

(APO Kirsha: grubo przed premierą gruchnęła wieść, że Olyphant ma grać w okołoalienowym projekcie, ale nie doczytałam i uznałam, że chodziło o Romulusa - czyli, biorąc pod uwagę młodą obsadę, Olyphant musiałby grać synta. Połowę trafiłam 😂.)

Pomysł może i nie był zły, ale za to nieprzyjemny w odbiorze - abstrahując od behawioralnej Doliny Niesamowitości (która była wpisana w ryzyko) oraz kompletnej amoralności udziału dzieci, wspomniany już wcześniej brak konsekwencji u odpowiedzialnych za wszystko dorosłych skręca wewnętrznie. Jeśli przekonasz dzieci, że mogą wszystko, i nie dasz im dojrzeć, żeby miały refleksje, otrzymujesz właśnie taki niestrawny kierunek rozwoju fabuły jak tutaj - jedyne, co służyło za dupochron, to wiek mentalny (chyba zaczynam dostrzegać, co knuje Hawley); choć trochę się przysram do mimiki tej rudej jako dorosłego robota, bo w porównaniu z dziecięcą aktorką wyglądała jakoś niegramotnie. A przy okazji spełnia się czarny sen o dziewczynce zaprzyjaźnionej z ksenem - E.T., kurwa, wchodzi na pełnej 😆; mam nadzieję, że w następnym sezonie ugryzie ją to z rozmachem w rzyć.

Dlatego jednym z dwóch najbardziej interesujących elementów jest właśnie "przenoszenie umysłów do robotów" - niestety potraktowane po macoszemu, zarówno rozwój takich syntetyków jak i proces przenoszenia - które moim zdaniem jest niczym innym jak mapowaniem umysłu, dokładnym skanem pracy mózgu mającym odtwarzać świadomość (bo że świecąco-migający stół to pokazówka dla offowanych dzieci i nie!Muska, to rozumie się samo przez się - musieli zmapować mózgi podczas którychś z multum badań, jakim poddawano dzieci, a dodanie ostatnich chwil ludzkiego ciała do pamięci robota nie byłoby trudne). Było o tym w Starości aksolotla (przyznaję - u mnie to DNF), oraz w Płomieniu, gdzie jest to kwestia moralnie problematyczna (a procesowi zostają poddani w pełni funkcjonalni umysłowo dorośli; co i tak odbija się czkawką na kierownikach projektu), a tu - hulaj dusza! Komercha! Nadmieńmy, że prowadzący ten burdel naukowcy PLANOWALI poprawiać kod symulacji świadomości, aż osiągną poziom dorosłego człowieka, zanim zbombardował to Jaśnie Pan Na Siłę Dziecinny. Czyli gra na lęku wobec AI z Syndromem Pinokia - bardzo na czasie.

(Ale przynajmniej mają za imiona prawdziwe słowa, a nie kody handlowe dla paliw lotniczych 😆 [acz co wśród bandy Piotrusia robił pirat Smee? I czemu nie Tinkerbell? Curly byłaby świetną Tinkerbell, zazdrośnica z niej]. Prawdziwi ludzie mieli trochę mniej szczęścia - Hawley chyba nie do końca wiedział, jak działają personalia, ot wrzucił parę imion, nazwisk i randomowych słówek (niektóre błędnie zapisane) i zwolnił maszynę losującą.)

Drugim najciekawszym elementem był świat przedstawiony, zwłaszcza polityka międzykorporacyjna. Właściwie tak - wywalić niedorobione sceny akcji i rozwinąć przepychanki między W-Y a Prodigy i mamy bardzo dobre show.

Chyba czując, że nie podołają z ksenami, dorzucili do puli masę dosłownych kosmicznych robali, samobieżną mięsożerną roślinę i oko z mackami, które z jakiegoś powodu stało się słynne (ponoć, bo chyba nie na insta) - chyba przez inteligencję, bo przecież nie przez wydłubywanie gałek ocznych? Udało im się przebić kseny, zwłaszcza kleszczopijawkom i mackookowi wpełzającemu w oczodoły wraz z masą zarazków i syfu zgarniętego z podłogi (przypomina mi się Sputnik). Ale choćby nie wiem, jak bardzo był inteligentny - skąd miał wiedzieć, jak podać liczbę pi w LUDZKICH cyfrach?

Była młockarnia kijem, to teraz trochę marchewki. Dwa słowa: retro-futuro. UWIELBIAM te staromodne ekrany, kiepski obraz, komórkę z klapką i wiecznie toczony grzybami ośrodek Prodigy jak zaplecza Wrocławskiego Ogrodu Botanicznego (przez które otoczenie Yutani wygląda jak z innej produkcji). Jatka na imprezie w drugim odcinku jako same dźwięki, off-screen i aftermatch to chyba najlepsza decyzja, jaką mogli podjąć w czasie produkcji - gdyby próbowali CGI, pogrążyliby tę scenę jak kilka chwil później jatkę za plecami Morrowa. "Przesył" dzieci do robotów był prawdopodobnie montażem, a nie mastershotem per se, ale i tak był bardzo dobrym ujęciem.

Odcinek 5 był jedynym, który dało się oglądać bez uwiądu mózgu, za to z prawdziwą przyjemnością (choć to trochę casus kanapki z masłem po piachu Przymierza). Pomaga porzucenie przenikanek na rzecz błyskawicznych zmian ujęć, które są trochę mniej męczące. Największym mankamentem jest standard serialu czyli galopująca głupota - procedury BHP mają na Maginocie do dupy, ani odbitek palców z klatki na jajo nie zebrać, ani operować sanitarnie w czepkach i maskach (chyba powinno nas cieszyć, że w ogóle pomyśleli o rękawiczkach), nie mówiąc już o oficerze bezpieczeństwa rzucającym niedopałek w wyżartą przez kilka pokładów dziurę, oraz trzymania jedzenia (i niezabezpieczonego picia!) w tym samym miejscu, co sekcjonują kosmitów (to ja już wolę pety w żarciu od larw pijawek w wodzie). Na swoją obronę odcinek ma te dwa razy, kiedy ksen wyglądał porządnie - raz, jak stał groźnie przed tymczasową kapitan, a drugi, paradoksalnie, jak miotał się, bo mackook skoczył mu na ryj. Poza tym Rahim i Madey to jedyne postaci, do których poczułam sympatię.

W ramach bonusu, bo nie będzie mi się opłacało robić osobnego postu, spisywane na bieżąco podczas binge'u uwagi:
odcinek 2
- jasne, że walnęli prosto w landmark
- kotek 😢 mają u mnie minusa
- najbardziej niezdarna akcja łapania ever
- no i głąb nachyla się nad jajem - przynajmniej bez efektu
odcinek 3
- mobilnej chłodni rzeźniczej to się nie spodziewałam
- nagle zapomina o trafieniu jej ogonem?
odcinek 4
- szybko chłop jest na nogach po implancie płucnym
- szef dobrał se w miarę normalny ciuch
odcinek 5
- co się ciskasz o bieliznę, babo? jakbyście się regularnie tak nie widywali
- musieli tę scenę seksu, nie wystarczyło wspomnieć?
- jak oni ogarniają klawiaturę z geometrią?
- to mackooki jest dobry?
- [o robalu włażącym do rany postrzałowej w głowie] nie zrobili tego, nie zrobili tego! fuuuuj!
odcinek 7
- gościu, na bosaka w kosmiczne smarki?
- co ona ciągle z tym genialnym chłopcem, nie po nazwisku?
- weź nervomix, laska
odcinek 8
- o masz, Ruda reaktywowała 😫
- jeszcze raz zobaczę jej [Wendy] paszczę na close-upie, to mnie pojebie

_________________
ilustracja: avp.fandom.com

22 grudnia 2025

Czarny telefon (2021)

Nawet nie będąc bezpośrednią laurką do Kinga, Czarny telefon jest nią jako dzieło jego syna - i robi to lepiej niż ten fanfikowy crossover rozciągnięty na piąty sezon. Tutaj przemoc rówieśnicza to zagrożenie równe dorosłemu psychopatycznemu mordercy, a nawet bardziej nurtujące i trwałe; napisy początkowo nieźle zapowiadają, co w programie.

Moim zdaniem najlepiej działającym typem horroru jest ten odludzki, najbardziej przyziemny, bo możliwy do zrealizowania - i najczęściej inspirowany taką realizacją. Grabber to kolejny wykolejeniec z linii kongi orającej USA od końca sikstisów (zwanej "złotym wiekiem seryjnych morderców"), przyziemny do bólu i niebudzący zrozumienia ani współczucia zbędną motywacją. Teatralnością przypominał mi trochę Jokera - tego Keoghana, na podstawie usuniętej sceny; ciężko powiedzieć, czy były inspiracje i w którą stronę, bo zdjęcia obu powstawały w zbliżonym okresie (koniec The Batman zahaczył o całość Czarnego telefonu) i nie wydaje mi się, żeby dzieliły studia czy ludzi, w każdym razie odbiór jest ciarkogenny.

Czy element nadprzyrodzony (do złudzenia przypominający tatusine "lśnienie") psuje efekt? Szczęśliwie nie, broniąc się stroną techniczną. Nie jest podsycaczem grozy - duchy straszą tylko przez pierwszy ułamek sekundy, jako jump scares, dalej są po prostu przygnębiające; ich choreografia, zwłaszcza Billy'ego (to tylko ja, czy trochę za słabo ukryli doprawkę CGI?), bardzo dobrze niwelowała efekt "gadających głów", a w przypadku Vance'a 'Pinballa' ratowała uparte powtórki. "Czitowanie" Gwen? Stylizacja na wideo domowe kręcone z ręki sprzedaje to.

Kupuję, że Finney to wyjątek od reguły, bo jako jedyna ofiara miał nie-lśnienie, bo nie był głąbem (poza tym drobnym, acz istotnym dla fabuły momentem dania się nabrać podejrzanemu typowi, jakby raptem kilka dni wcześniej nie był święcie przekonany, że taki krąży po okolicy [to ten słynny brak instynktu przetrwania nastoletnich chłopców?]), umiał dedukować i wymyślić proch. I daję spokój z tymi oczywistościami uświadamianymi przez ofiary - rozumiem, że wielu widzów wykorkowałoby z nudów, gdyby do oglądania był tylko kręcący się ze słuchawką chłopak. Ostatecznie finał rozplanował sam.

Mniej wyrozumiała jestem dla ekspozycji w rozmowie Gwen i jej ojca o matce i tym nie-lśnieniu - "jestem siostrą twojej matki, która cię wychowała", jak to określiła Prostracja. Oraz dla poziomu nieogaru policji wolącej polegać na nieletnim medium niż przepytać wszystkie sklepy żelazne w okolicy pod kątem nabywania materiałów przydatnych przy pozbywaniu się zwłok (i do wygłuszania przechowalni wkrótce-zwłok) albo określić "teren łowiecki" - panowie drodzy, siedemdziesiąty ósmy to już czas, w którym nawet przeciętny policjant powinien znać takie procedury.

Generalnie nie miałam za wiele do czepiania się - żarty nienachalne, finałowa "walka" w duchu Prey (albo raczej ta z Prey w duchu tej?), refleksyjny geniusz zamieszania z domem [fraza jest jasna dopiero po obejrzeniu] oraz Backstage at Budokan w soundtracku (kawałek o samotności w obcym otoczeniu (Budokan to japońska arena koncertowa - ten szok kulturowy dla zachodnich zespołów)) - nic, tylko cieszyć się tym ponurym filmem.


The Black Phone
reżyseria: Scott Derrickson
scenariusz: Joe Hill (materiał wyjściowy), Scott Derrickson, C. Robert Cargill
występują: Mason Thames, Madeleine McGraw, Ethan Hawke
_________________
ilustracja: movieposters.com

24 listopada 2025

Stranger Things - sezon 2 (2017)

Ten sezon powstał z przymusu posukcesowego, choć jeszcze większość palców trzyma się poręczy.

Bebok, tym razem większy i bardziej psychiczny niż fizyczny, obrał sobie za cel ledwo co wyciągniętego z niedoli Willa, jakby chłopak nie miał wystarczająco problemów z ludźmi - naprawdę się z nim zgadzam, to trzynastolatek, nie trzylatek, nie potrzebował skakania wokół i chodzenia na paluszkach, choćby nie wiem jak bardzo przypominał zranionego jelonka. Nastolatki odchodzą na moment do wątku pobocznego, w którym uwalają złych jajogłowych, ale ostatecznie wracają do burzowego monstrum, wszystkie ręce na pokład! Zwłaszcza Eleven The Special Snowflake, szukająca własnego "ja" z typowym miksem nieznającej świata naiwniaczki, nastolatki u progu buntu i psionicznej broni. Do momentu, w którym się pojawiła, cała na czarno, to był dobry sezon.

Serial nie uchował się przed klątwą kontynuacji i element, którym chciał przebić pierwowzór, był jego gwoździem do trumny. Ponownie przestrzelili z podobieństwem do inspiracji, tym razem Aliens - w pierwszym sezonie mieli straszne bydlę z nadprzyrodzonymi możliwościami (trochę limitowanymi), natomiast tutaj paskud jest więcej, i od tego debilnieją. Mentalność roju, jasne. Tamten to był zbuntowany, czy ki czort? Aż szkoda, że nie było żadnej Demo-Królowej (WTF?).

Bez Płateczka Śniegu na horyzoncie Mike od razu normalnieje - zwłaszcza, gdy wietrzy złe czyhające na jego kumpla. Mieli z Willem bardzo dobrą chemię. Sceny z opętaniem też były spoko.

Śmieszne, że Steve lepiej współgra z dzieciarnią, niż rówieśnikami. Nieźle się nakombinowali ze znalezieniem mu miejsca, po tym, jak zatrzymali go na siłę, każąc wracać do Nancy (po zrujnowaniu sobie obrazu w jej oczach... ale ejtisy były podobno bardzo zacofane socjalnie); w pierwszym sezonie jego wątek wyglądał jak reperowany na gorąco - miał kipnąć, ale uratowała go charyzma Joego Keery'ego, a tego ze zdjęciami to chyba w ogóle nie było w pierwszym rzucie, więc nie wiadomo, co robił zamiast rozbicia aparatu, za to slutshame'ował by na bank. NARESZCIE, że skonstruowali coś spójnego.

Dostajemy w końcu to odludzkie zło, którego naobiecywał pitch bible - niby Billy'ego, ale w sumie więcej do popisania się bucerią miał Hargrove Senior, zsumowując i poziomując. Billy to jednak wprawiony padawan i robi to, co nie udało się sforze raczkujących mini-beboków. Gdybym oglądała to bez spoilerów, liczyłabym na wstęp do poważniejszego popisu, a tak to casus Henry'ego Bowersa z To: Rozdział pierwszy. Na pocieszenie są sceny dodatkowe z punktu widzenia Max.

Nie jest to medium, z którego można wyciągnąć mądrości, ale niespodzianka - społeczeństwu trzeba rozwadniać prawdę do najbardziej przyziemnej wersji? Złota myśl.

[https://rzekaswiadomosci.blogspot.com/2024/12/modziezowkowe-bingo.html]
______________
ilustracja: strangerthings.fandom.com

30 października 2025

"Coś", John W. Campbell

Tradycji musi stać się zadość - jak 31 października, to seans Coś Carpentera; a tak się składa, że to adaptacja opowiadania (albo remake adaptacji?). I że Vesper machnął aż dwa wydania, bo pięć lat to najwyraźniej na rynku wydawniczym wieczność, a ja mam to starsze.

Ogół
Roboczo Who goes there? miało nazywać się Frozen Hell, będąc drugim tymczasem dla tego tytułu - poprzednik stanął na The Moon is Hell. Sam koncept przyjaciel-czy-kopia to też recykling z wcześniejszego projektu, Imitation wydanego jako - och, bogowie - Brain-Stealers of Mars. A inspiracja...

Historia z życia wzięta, jak to ujmował Campbell - otóż jego mama miała identyczną bliźniaczkę, która bardzo go nie lubiła, więc kiedy ciocia wpadała z wizytą, mały Campbell żył w niepewności, jak się skończy podbiegnięcie do mamy.

Opowiadanie
Who goes there? AKA Frozen Hell nie zostało przeniesione na ekran jeden do jednego - ani za pierwszym, ani za drugim (lepszym) razem - za co odpowiadają liczebność obsady, jej status jako mięsa armatniego i inne czasy. Dodatkowo mówimy tu o "wersji roboczej", czyli FH, bo wydrukowana oficjalnie WGT? zubożała o trzy pierwsze rozdziały, żeby przyspieszyć akcję. Jednym mogło się podobać, że od razu ląduje się w nerwowej sytuacji w bazie, a ja preferuję powolniejszy start - lubię przyjrzeć się redshirtom, zanim zaczną offować.

Na początku wczucie się hamowała mi świadomość, że to tekst na zamówienie (czego absolutnie nie miałam z Fantologią), do tego "reżyserka", bo wycięli te sceny (absolutnie Fantologia, oficjalna Noc Ropuchy jest trochę odchudzona), ale z czasem wrażenie mija. Wiek tekstu pozwalał wybaczyć zbyt wytworne jak na sytuację dialogi (acz zygzakujące z "naturalnymi") oraz te dziwne wynurzenia o większej szansie ryby niż ssaka na odżycie po rozmrożeniu, bo jest mniej skomplikowana i szybciej odbudują się jej komórki (po mojemu to raczej reakcja mięśni) - taki stan wiedzy dziewięćdziesiąt lat temu; o uwagach mechanicznych i fizycznych się nie wypowiem, bo zamęczanie FNIN nie daje mi kompetencji w tych kierunkach. Nie ratuje natomiast naszych ukochanych podwójnych standardów, według których test "strzału w serce" byłby zbyt "drastyczny" dla ludzi (gdyby trafiło na nich, nie kosmiczne kopie) - nie lubię tego motywu i kropka.

Problemem dla polskiego odbiorcy może być stosowanie miar anglosaskich, bez przypisów. Owszem, można by się pokusić o przełożenie ich na bardziej ludzki system metryczny, ale lepiej nie iść w przesadną dokładność - Czternasta Kolonia z SIGMA Force niech służy za przykład: "mierzące ponad sto osiemdziesiąt trzy centymetry ciało"? Dokładna miara i PONAD? (Jestem przekonana, że w oryginale było "over six feet".) Lokacja lingwistyczna to zołza.

Następnym problemem tłumaczenia jest "druciana siatka ułożona wzdłuż listew" (strona 88) - jak ułożyć WZDŁUŻ coś złożonego z krzyżujących się linii? Przy każdej listwie była zrolowana siatka? Ktoś coś? (Oraz nieśmiertelne dzielenie kwestii tej samej postaci na akapity.)

Zabiegiem, dzięki któremu ekranizacja Carpentera została horrorem idealnym, było skurczenie obsady z trzydziestu siedmiu (!) chłopa - zbyt licznego pogłowia jak na klimatyczną historię, ale adekwatnego dla ekspedycji naukowej. Zapamiętałam może dwie osoby (głównie dlatego, że nazwisk użyto i w filmie). Okazuje się też, że film podkręca rzeźnię, bo większość zgonów i przemian odbywa się "pozaekranowo", a te trzy krwawe sceny nie mają soczystych opisów - szczególnie słynne testy krwi (albo przez brak strachu przykryty gniewem, albo poszło za krótko) - więc nie jest aż tak, jak w W górach szaleństwa.

APO testów krwi - tak, to element oryginalny, nie napędzany ejtisową paniką przed AIDS. Tu jednak chodziło o budowę chemiczną, nie reakcję obronną.

Wspominałam, że mieli tam krowy? Cztery plus byk. Abstrahując od logistyki utrzymania tego całego, nie bójmy się tak tego nazwać, jedzenia, chętnie zobaczyłabym choć mały opis stopionego bydła. Nie z psychopatycznej zachcianki, tylko dla poziomu kreatywności Campbella.

Czy zatem chuderlawe opisy ufoka w akcji i mało wyeksploatowana paranoja czynią opowiadanie wyjściowe gorszym od swojego wysokooktanowego potomka? Nie. Opowiadanie ma swój urok, zgłębia filozofię funkcjonowania kosmity i chwyta początkowymi wykopaliskami.

Czy korzystanie z antarktycznych zapasów węgla nie jest przypadkiem łamaniem traktatów, nawet jak na lata trzydzieste?

Kontynuacja
Jak to w USA, Frozen Hell ma szansę dostać sequel - to wydanie (nie wiem, jak zeszłoroczne) zawiera teaser nieznanego autorstwa (możliwe, że Johna Gregory'ego Betancourta - przy okazji właściciela wydawnictwa, które zajęło się "wersją reżyserską), dający bardzo mocny aromat Aliens tą całą większą liczbą stworów i amerykańskimi trepami. Zapowiada się nieźle, może nie skończy w niebycie jak "matka".

09 października 2025

Śmierć jednorożca (2025)

Jeden z tych, których opis brzmi jak kolejna oderwana klepka, ale realizacja dobrze się klei. Jednorożce mają rozbudowane tło i lwią część udziału, nawet nie będąc bezpośrednio na wizji, a przez lwią część mam na myśli skoncentrowanie na sobie całej fabuły, dzięki czemu to film o nich, nie tylko z nimi (jak co poniektórzy). Nie są ukryte jak pierwszy ksenomorf - o ile nie wymaga tego element zaskoczenia - więc spotlight jest tu dosłowny; nawet wypadek ze źrebakiem jest w środku dnia ("Volvo - idealne auto do potrącania nieznanych nauce zwierząt"). A jest czemu ich nie chować, bo zaprojektowano je naprawdę przepięknie. Mogę wybaczyć postawienie na CGI, acz nadal o schodek lepszego niż te nieszczęsne renifery w czwartym sezonie True Detective.

Wzmianka o ksenie nie jest przypadkowa - Śmierć jednorożca plwa na kapitalizm w podobny sposób, jak Aliens i Park Jurajski, że jedyną odmianą gorszą od chciwości jest chciwość i brak ogłady wobec istot żywych (jak na coś ponoć górującego rozumem na tej planecie, ludzie mają zaskakujący talent do niedostrzegania rozumu).

Jestem pod wrażeniem, jak wszyscy trzymają się osobowości postaci też podczas scen paniki, a nie odlatują jak kurczaki bez głowy. Miałam trochę zagwozdkę z pierwszym tekstem Pani Na Włościach, który albo był żartem - do podwładnego, a więc sytuacja OOC - albo babka naprawdę nie pamiętała, jaką sprawę właśnie wsparła, co już do niej pasowało. Shotout dla Griffa, lokowania widowni - wiedzącego, kiedy się ulotnić, nie piszącego się na wymysły szefostwa i mającego Nope-moment z szybą.

Z dwóch strzelb Czechowa jedna zyskała element komiczny, a druga nieplanowany i subiektywnie - otóż motorem napędowym są gobeliny AKA tapiserie z cyklu Polowanie na jednorożca, szczególnie egzemplarz piąty, gdzie wykorzystano, że większość przepadła (pewnie w żołądkach francuskich rewolucjonistów) i dosnuto własną wersję... która mnie rozwala, bo wyprute bebechy na XV-wiecznej dekoracji? Generalnie historia sztuki daje radę, kumpela zdawała na maturze i dzięki niej wiem o Crystal Palace rzeczy, których sama bym nie wygrzebała. Ciekawostka, że te gobeliny rzeczywiście można pooglądać w MET; gdyby tylko USA nie było teraz mniej więcej tak samo kuszące co śmietnik mieszany w upał...

Mój największy zarzut dotyczy uleczenia trądziku u Ridley, z którym wcale nie wyglądała tragicznie - a już się cieszyłam, że wreszcie będzie postać z nieidealną cerą!


Death of a Unicorn
reżyseria i scenariusz: Alex Scharfman
występują: Jenna Ortega, Paul Rudd, 
Téa Leoni, Richard E. Grant, Will Poulter
_________________
ilustracja: IMDb.com

19 września 2025

Stranger Things - sezon 1 (2016)

Nie przeszkadza mi, że to było mało odkrywcze. Ba, ja nawet lubię nowe podejścia do tych samych tematów, i tak jest ograniczona liczba kombinacji. A większość filmów, które lubię, powstały w ejtisach. To, co mi przeszkadza, to subtelność nawiązań niczym czołg na rabatce. Jakby Dufferowie podeszli do sytuacji niczym dzieciak do posiłku - widać bez specjalnych oględzin, co było na obiad, czyli E.T. na przystawkę i D&D na główne. A na deser King.

Głównym składnikiem tego deseru jest Podpalaczka, marynowana w eksperymentach parapsychologicznych, reszta to drama. Przy czym ta reszta to tylko dla posmaku, nawet nie smaku - książeczka reklamująca serial producentom obiecywała zło pod postacią ludzkiej natury, ale wymieńcie mi wszystkie takie przejawy, oraz możliwe przejawy, które się nie pojawiły. Bo miejsca w misce starczyło dla grzebania w pozostałych dziewięćdziesięciu procentach mocy mózgu.

(A patrząc po fabule, zamiarach Dufferów i aluzjach, poza byciem fanfikiem E.T./Elliott to głównie fanfik Kinga, z tych bez głębszego researchu - motywy tak, czynnik nie.)

Przystawka była na jeden kęs, za to danie główne będzie wszędzie, do przesytu, do pęknięcia żołądka. Przede wszystkim ten drugi wymiar jakimś dziwnym trafem wygląda jak wersja jednej z kampanii - cokolwiek stamtąd wylezie, ma ładne i wygodne porównanie. Świat interpretowany jako turówka wyobrażona przez straumatyzowane dziecko.

Na razie wszystkie elementy - eksperymenty, Siła Przyjaźni™, nadnaturalne zło - współgrają, że nawet nie żyjąc w ejtisach, da się wczuć. Sytuacja jest też ejtisowo nieskomplikowana: znika dzieciak i równocześnie naukowcom z lokalnego laba nawiewają eksperyment i coś, co eksperyment wyciągnął z sąsiedniego wymiaru. Oczywiście to się łączy. W czasie, gdy obsada bawi się w detektywów, bebok sieje zamęt, a eksperyment stara się nie doprowadzić do zabicia kotów przez ciekawość, bo byli dla niej jedynymi miłymi osobami w życiu.

Przystawka jest na początku, więc i E.T. na początku, logiczne. Dlatego wątek dzieciaków wygląda jak fanfik, w którym Elliott zakochuje się w kosmicie, tylko kosmitą jest dziewczynka-eksperyment, która powinna rozwalić mu głowę, gdy tylko na nią krzyknął (widać wpoili jej karność, no dobra). Elliottem tego cyrku jest Mike, patetyczno-heroiczne słoneczko, i jest w nim w znaczeniu, o które nie chodziło Dufferom - chyba, że chcieli stworzyć nieletniego dupka. Facet, wiem, że zniknął ci kumpel, ale zluzuj, pokrzywdzona primadonno. Nie dręcz nowo poznanej dziewczyny, która wyraźnie właśnie uciekła ze strasznego miejsca i nie rozumie nowej sytuacji. I sygnalizuje z subtelnością monstertrucka, że brnięcie w to dalej to taki se pomysł. Posłuchałbyś też kumpli, bo to wyraźnie nie ty jesteś w tej paczce mózgiem (tylko Dustin albo Lucas. Może się tym dzielą?). Najwyraźniej odzyskanie jednego kumpla za dwóch to poświęcenie, na jakie jesteś gotów. Nie wierzę, że to mówię, ale aktor naprawdę wypadł przystępniej w To: Rozdział pierwszy. Żeby Rick Hawkins Junior wzbudzał więcej sympatii niż Elliott, to już trzeba mieć nadprzyrodzone umiejętności.

Wątek Joyce równocześnie podziwiam i go nie cierpię, za skojarzenia, jakie może przywołać wykorzystanie podobnych elementów w przyszłości; czasem niektóre rzeczy bywają zbyt trendy. Mam tylko wątpliwości co do jej relacji ze starszym synem - to wyglądało, jakby ona ignorowała Jonathana na rzecz młodszego, bo "jest już zaradny". Przypomina sobie o nim losowo - głównie, żeby go guilt-trippować; jedynym objawem troski była wzmianka o znalezieniu mu obstawy na wycieczkę do ksero w drugim odcinku - i nic nie wskazywało, żeby się martwiła, gdy znikał na dłużej podczas nietypowych wydarzeń, w tym raz na KURWA CAŁĄ NOC. Może i takie podejście do piętnasto-szesnastolatków (jeszcze do tego wrócę) było wówczas normalne, ale mnie to wyglądało, panie majster, że chłopak jest zaniedbywany emocjonalnie. [Errata: zasięgnęłam opinii u ludzi żyjących w ejtisach - polskich, ale ejtisach - i będących na podobnym etapie życia, i starsze dzieci faktycznie szybciej wpychano w dorosłość, żeby niańczyły młodsze.]

Mówiąc o stosunku do nastolatków lat 80. - jak to w końcu było, że gdy mały wsiąkł, to wszyscy pod budkę, a gdy Barb wsiąkła, nikt nie dał faka (poza Nancy)? Musi być jakaś granica wieku, w którym dzieci przestają się liczyć dla społeczeństwa, tylko gdzie? Szesnaście lat? Piętnaście? Czy po prostu Hopper dał się przekonać na szeroko zakrojoną akcję, żeby Joyce zeszła mu z głowy? I czemu rodzice Barb tak nie naciskali? Ameryka naprawdę nienawidzi nastolatków.

Na odpowiedź, czym chcą się z ejtisów inspirować, Dufferowie musieli odpowiedzieć: "Wszystkim!". I dostali wszystko, a że nie da się panować nad każdym wątkiem, w końcu jeden staje się faworyzowany. Niuniusiem mamusi bezsprzecznie były dzieciaki - ich inspiracja przeszła właściwie w całości, co ironicznie doprowadziło do najlepszego dopracowania; Dufferowie muszą wspominać z sentymentem tamten okres w życiu. Drudzy do żłobu dogrzebali się dorośli, kingowsko zmęczeni życiem, zwłaszcza Hopper i jego Smutna Przeszłość™. Ochłapy zostały, co za zaskoczenie, nastolatkom - cały ich byt koncentruje się wokół dzieciaków i wymiaru D&D, doceniajmy te rzadkie momenty traktowania ich jako samodzielnych postaci, zamiast fabularnego supportu; Dufferowie muszą się wstydzić tamtego okresu w życiu.

Ale muzyka mi się podobała. Soundtrack carpenterowski to zdecydowanie atut (BTW w trakcie reklamy posiłkowano się podkładem z The Fog, które jest jednym z moich faworytów. I to w zasadzie jedyne nawiązanie, od kiedy wynieśli się z Long Island). Znalazłam tam parę kawałków na playlistę, ale nie przebiją wszystkich trzech Strażników Galaktyki.

https://rzekaswiadomosci.blogspot.com/2024/12/modziezowkowe-bingo.html
______________
ilustracja: strangerthings.fandom.com

"Czarne", Anna Kańtoch

Zaczynając książkę, myślałam, że moją największą zagwozdką będzie czy ktoś funkcjonujący w pierwszych trzech dekadach XX wieku mówiłby flirt...