Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podrabiane Lata 80-te. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podrabiane Lata 80-te. Pokaż wszystkie posty

22 maja 2026

Stranger Things - sezon 4 (2022)

To jest ten moment, kiedy niektóre grzyby w barszczu okazują się halucypkami. Chwila, w której z opóźnieniem wpada cały na biało rząd USA, wywołała u mnie flaszbaki z drugiego odcinka Lovecraft County, przy którym dostałam zwarcia na zwojach, usiłując połączyć totalnie randomowe pomysły scenarzystów. Tyle, że sezon 4 przynajmniej obejrzałam do końca.

Wesołą kompanię podzielili na trzy grupy, a właściwie cztery, jeśli liczyć wypad solo Płateczka Śniegu do Krainy (Ponownego) Rozszerzania Granic Umysłu. Szkoda, że nie naćpali jej LSD, żeby przyspieszyć - może by jej się odblokowało coś nowego, na przykład "popchnięcie" (miało być o lataniu, ale ona już przecież lewitowała. Zepsuli mi żart 🙁). Reszta miota się między ratowaniem Płateczka, rozkminianiem rzezi nastolatków [dlaczego zawsze ta grupa wiekowa, dorośli reagują zabawniej] w centrum oka cyklonu, a praniem po mordach Ruskich, co było całkiem satysfakcjonujące.

Akcja w Hawkins wygląda jak kombinacja Ulicy Wiązów z West Memphis Three i jedyny raz na serial pokazuje małomiasteczkowy popłoch milczenia owiec wobec lokalnego basket case (który tym razem naprawdę jest basket case, nareszcie scenarzystom przypomniało się o relacjach społecznych [Jeszcze do tego wrócę]). Mieszkańcy miasta w końcu się ocknęli, że przez ostatnie trzy lata coś się działo, i załatwili to raz a dobrze - szósty odcinek pokazuje, jak głęboko w okrężnicy mają policję (no powaga, nie mieli prawa spacyfikować nawołującego do przestępstwa wariata?), od kiedy wyparował Hopper, jedyny z kręgosłupem - ale nie pomyśleli, że to jakiś spisek rządowy, wzorowi obywatele. Ani nie oskarżali Sowietów. Chryja z Sowietami nie mogła przestać mi się kojarzyć z czwartym Obcym (nie, Dufferowie, nie wmówicie mi, że to była "trójka", nie po ósmym odcinku). Nagle pojawił się problem, że Trzecia WŚ będzie przypominała rozgrywkę D&D. Albo to się skończy inwazją a la Jurassic World. Czyli generalnie w sześć (cztery?) lat przeszliśmy od Szczęk do polityki.

Postaci
Plot twist, że wszystko było połączone przez jednego, wkurzonego na Płateczka złodupca, był jakiś... na siłę. To zaczyna przypominać mem z marionetkami:

Niedługo zacznie brakować marionetek

Ostatecznie złodupiec przejechał się na nadmiernym patetyźmie i kiju od mopa robiącym za drugi kręgosłup; gdy jeszcze był Zbyt Przyjaznym Dyżurnym, ratowała go możliwość poruszania twarzą, ale w makijażu protetycznym miał mniej więcej takie opcje ekspresji co po botoksie. Co wychodzi jeszcze boleśniej, gdy sobie uświadomić inspirację. Modus operandi OK, straszny, ale nie DWADZIEŚCIA razy! Freddy Kruger i To byli kreatywni, Państwo Romans-Kinga-I-Ejtisów. I nie zaględzali do urzygu - zwłaszcza siedmiolatek, które nie mają możliwości skupić się na takim monotonnym słowotoku.

W związku z czym Brenner deklasuje go o lata świetlne jako Zło. Ten facet jest... całkowicie pozbawiony jakichkolwiek redemption qualities. Wiadome już od pierwszego sezonu, a ten tylko to potwierdza - jedyna sytuacja, kiedy wykazuje ludzkie odruchy, żartując z jednym z obiektów testowych, pikuje do "creepy" w pierwszej sekundzie spotkania po latach z Płateczkiem. Nawet Slade z Teen Titans wzbudza sympatię, a do obu tych gości ma się ochotę wezwać policję, gdy tylko znajdują się mniej niż dwieście metrów od dowolnego dziecka lub nastolatka. Jedną z bardziej niepokojących oznak tego, jak bardzo Brenner zniszczył umysły eksperymentowanych dzieci, jest infantylne zachowanie tych najstarszych - nie mówiąc już o szczuciu na siedmiolatkę i obroży elektrycznej. I o co mu chodziło z trzymaniem niestabilnego emocjonalnie dorosłego, potężnego Pacjenta Zero (Jeden?) tuż przy małych dzieciach? To jakiś pokrętny odpowiednik komór gazowych, żeby odciążyć psychikę żołnierzy w razie likwidacji nieobiecujących egzemplarzy? Przeżyją najbardziej obiecujący? Zdechnięcie w piachu i wzgardzie ostatniej ofiary to odpowiednia karma.

Motyw "Zabijmy Nowe Lubiane Mięso Armatnie" ma się świetnie. Eddie, pomimo Momentu Rolanda, był zdecydowanie ciekawszy niż stała obsada... gdzieś do przedostatniego odcinka, bo Sacrifice™! I szkoda, że śmierć Chrissy nakręcili przed sceną w lesie, bo podobno mogłaby wytrwać dłużej; choć z drugiej strony - uratowało ją to przed niechybną dekompozycją charakteru. Jakimś za to cudem ten były klawisz, Antonov, doczołgał się do finału (a miał nie) chyba nie chwytając aż tak widowni za serca, więc już nie wiem, na jakiej zasadzie działa ten odstrzał - ruletka, kurwa? Bo Robin jest lubiana, a przeżyła dwa bajzle bez złamanego palca, a nawet zdobyła dziewczynę.

Wytrwale trzyma się i degradacja Starego Mięsa Armatniego W Sezonie Ochronnym - nie dlatego, że postaci było za dużo jak na trzynaście godzin, ale... 
piękny rozwój Nancy jako badassówy kręci się w miejscu przez pierdolony, odgrzewany kotlet quasi-trójkąta (nawet spece od dźwięku się zgadzają - kawałek lecący przy jednym z tych kopniętych flirtów z byłym to ten sam, co gdy ostatni raz widziała Barb. A co wtedy Barb mówiła? "Nancy, zachowujesz się jak nie ty". Posłuchaj przekazu podprogowego, dziewczyno);
 u Jonathana boleśnie widać, że nie mieli na niego żadnego pomysłu niż naćpać w trzy dupy i szoferować księciu poszukującemu księżniczki (z przerwą na bycie emotional support petem brata);
 wszystkie statki Steve'a zatonęły ale i tak każą mu wtryniać się w sytuację koleżanki, jakby nie mógł się pogodzić z koszem. Słowo daję, ten typ miał lepszą chemię z Eddiem niż Nancy (nie, nie shippuję - byli po prostu bardziej wiarygodni jako ludzie). Ktoś na górze musi go nie znosić;
 relacja Hoppera i Joyce (która ostatecznie przestała przejmować się potomstwem i znalazła nową pasję) była tak samo pasjonująca co wędkarstwo przeremblowe dla ADHD-yka;
 Mike istnieje wyłącznie dla robienia maślanych oczek na Płateczka - i żeby uratować sytuację w finałowym odcinku Atomową Siłą Miłości™ (Strażnicy Galaktyki 2 zrobili to lepiej)...
 ...a Will na niego. Przykro patrzeć, jak chłopak najpierw spędził dwa sezony jako ofiara tortur, a następne dwa w toksycznej pseudo-przyjaźni z egoistą, trzymając się w fabule chyba tylko jako token. Nic, tylko chomik spóczucia 🐹.

Finał postawił mnie w pewności, że showrunnerzy nie umieją pozbyć się postaci z długim stażem. Skrewili trzykrotnie, to czemu by nie czwarty raz? Z takim nastawieniem ciężko się wczuć w niebezpieczeństwo.

Aż się dziwię, że to mówię: Jason, ten koleś, który zapoczątkował nagonkę na Eddiego - szkoda mi go. Naprawdę. W jednym wywiadzie aktor od Lucasa powiedział, że dziwi się, że więcej ludzi współczuje zatwardziałemu psycholowi i rasiście Billy'emu, niż Jasonowi, który tylko dziwnie znosił żałobę po drastycznej śmierci ukochanej. Jasne, Jason był religijnym świrem, ale w chwilach poczytalności dusza człowiek. To, że kamera nie przejęła się jego śmiercią, było podłe - wizja jechała dalej, jakby gość był losowym pechowcem z fafdziesiątego planu. Trudno było pokazać go, jak próbuje się ratować?

Nietrudno też nie zauważyć, że prześladowczynie - Carol, Angela, na upartego ta dziewczyna, która śmiała się z Max i Płateczka w obuwniczym sezon temu - to wredne suczydła, ale prześladowcy? Na prawie każdego znajdzie się jakiś smuteczek, za który chce się go poklepać po pleckach. Dlaczego dorośli ludzie upierają się robić z nastoletnich dziewcząt jednowymiarowe, głupie krowy rodem z poprzedniodekadowych blogasków, is beyond me.

Za pierwszym obejrzeniem - trzeba było aż dwóch - nie rozumiałam, o co chodziło Max z tym żalem po Billym, dlatego tym z podobną zagwozdką polecam Wszyscy mówią na mnie Max; może i nie do końca ten sam tier wiarygodności, ale staje się jasne, że Max miała wobec niego podejście I Can Fix Him, a przynajmniej zrozumienie, jak bardzo zniszczył go jego stary i żal napędzany gdybaniem.

(W ogóle - był kiedyś taki fanon [actanon?] Winony Ryder i Davida Harboura, że Jonathan mógłby być dzieckiem Hoppera; najstarsze źródło to chyba z 30 kwietnia 2023 i generalnie Harbour i Ryder przedstawili to Dufferom, ale wyszło na nie - co chyba byłoby pierwszym przejawem konsekwencji lore'u przez nich, biorąc pod uwagę wpływ Agent Orange na długo przed '67/'68, a Jonathan nie ma problemów zdrowotnych.)

Wizualia, logistyka, blaski i cienie
Ten sezon jest smutnym przykładem na to, że więcej czasu nie oznacza automatycznie lepszego budowania historii. Miałam wrażenie, jakbym oglądała trzy kompletnie różne filmy, które przypadkowo zmontowano razem i dla niepoznaki wstawiono wspólne zakończenie, że taki był plan - cokolwiek by narzekać na nowy, flashy klimat sezonu 3, tamtejsze wątki wyglądały jak spod tej samej ręki. Tu? Każdy ma inny klimat, estetykę, nawet tempo. Całość sprawia wrażenie, jakby usiłowano przedłużać na siłę - stąd te wszystkie romanse goniące własne ogony. Cały wątek Max i Lucasa - spoko, to bym zostawiła, zaczynam lubić Max. Szkoda, że nie mogłam się na tym skupić, bo paplanina innych smażyła mi mózg.

Najgorsze, że zapowiadało się nieźle - pierwszy odcinek był bardzo dobry, ale od trzeciego wątki zaczynają żyć własnymi życiami; potem początek odcinka piątego i już zapominam, o co chodziło w każdym, taki pierdolnik. Drugą połowę sezonu muszę się posiłkować wiki, a finał to masakra dla szarych komórek, za którą odpowiada uwielbienie Vecny do słuchania własnego głosu (którego spokojnie można by uniknąć, zostawiając sam obraz i rezygnując z tej mętnej ekspozycji) oraz domykanie KAŻDEJ DUPERELI - jest powód, dlaczego prezentowanie pobitewnych aftermatchów nie jest popularne, a tym ciołkom oficjalnie udało się pobić scenki rodzajowe z Shire po koronacji. I zapewne na darmo - założę się, że powtórzą część tych smętów w piątym sezonie [notka: piszę to przed jego premierą]. To chyba jedyny raz, kiedy cieszę się z pójścia na łatwiznę (podpalenia stworów na Kamczatce), bo NIECH JUŻ SKOŃCZĄ, TO SIĘ WLECZE GODZINĘ! I tak dramatyzm śmierci Eddiego i (tymczasowo) Max poszedł się tarmosić w krzaki.

Efekty specjalne, zwłaszcza od czwartego odcinka, są niesamowite, bynajmniej nie na swoją korzyść. Trzy z hakiem razy wyższy budżet (względem poprzedniego sezonu) rozdrobnili na pnączomacki, demogorgona-białasa, demogorgoniątka, łamanie kołem kończyn, twarz Millie Bobby Brown, Drugą Stronę przed wjazdem Ubermenscha... co oznacza, że wszystko wyszło po równo niedopracowanie - ale najbardziej gryzie w oczy ta twarz Brown na siedmioletniej stand-in (nie wiem, czy mapowali dorosłą, czy archiwalne z pierwszego sezonu, ale efekt i tak był zbyt nieproporcjonalny i rozmyty) i Vecna lecący przez napierdalającą w niego burzę. Wzmianka specjalna pod adresem zbyt płynnego prowadzenia kamery na pustyni w przedostatnim odcinku.

Że sens trzyma się w tym interesie na ślinę i przyklepane, wiadomo nie od dziś, ale dziury w scenariuszu jak na polskich drogach wywołały całą masę mindfucków, których nie warto wrzucać w osobny post. Nad tymi rzeczami nie da się dyskutować, po prostu... są jak współczesne domy w Sudetach. Chyba, że ktoś mi wyjaśni, jakim cudem ruska lala nie zapaliła czerwonych lampek w urzędzie pocztowym; jaki miałby być cel istnienia ekranów wewnątrz cysterny deprywacyjnej inny niż dekoracja; czemu psiarnia nie przejęła się jadącą na pełnym regulatorze konferencją międzywymiarową (której uczestników mieli przesłuchiwać); czemu dopiero teraz złote cząsteczki sygnalizują prąd (skoro w pierwszym sezonie radzili sobie bez nich); po kiego te dwa tłuki siedzą w przyczepie, zamiast zablokować bramę przed gackami i spierdalać (imperatyw GOT?); skąd roczny pustostan nadal ma bieżącą wodę; albo O CO, U DIABŁA, CHODZI Z TYM POŚWIĘCENIEM? Nie widzisz wyjścia, to przynajmniej utoruj innym drogę doń? To już urasta do kultu, to nie jest zdrowe. Amerykańców to jara?

Oraz - o rondlu Willa litościwie milczałam przez trzy rundy, ale patrząc, jak zajebiście wyglądała Płateczek (zanim ją ostrzygli na Słowiańskiego Blokersa) - nie, Joyce, nie masz faworytów, wcale [to akurat LOL, nie JPRDL].

Mimo wszystko mieli te nieliczne przebłyski dużo powyżej poprzeczki, vide zmiana sceny liceum-niebo-przyczepy (nie znalazłam, czy to ma techniczną nazwę) w odcinku 2; mastershot z inwazją domową i płonąca kołyska w odcinku 4; treningowe ciskanie dziećmi o ściany, jakkolwiek okropne, o fenomenalnym montażu oraz jedyny dobry żart sezonu, gdy Max zabiera lornetkę - oba odcinek 6; scena z wymianą gróźb między Lucasem a Ericą (ni mnie grzeją, ni ziębią, ale aktorzy zagrali bardzo fajnie) w odcinku 7; i jak zwykle wspaniała aktywacja świateł z drugiego wymiaru (sentyment do początków), jakkolwiek niejasne są same światełka.

[https://rzekaswiadomosci.blogspot.com/2024/12/modziezowkowe-bingo.html]


Najwyraźniej robi się z tego tradycja:
odcinek 1
▶ Płateczek zmiotła cały projekt i wybuch na Alfa-Biczę? Dufferowie, whattaya doin'?
▶ to już 3 innuenda, a to dopiero 43 minuta sezonu 😬
▶ jak się fajnie złożyło, że Max mieszka naprzeciwko Eddiego
▶ "Happy Screams" przy Chrissy i Eddiem - touché, montażysto
odcinek 2
▶ znowu przerzut wątku mijanką!
▶ ciekawe, czy „słoń” to wadliwy, czy standardowy egzemplarz ruskiej myśli technicznej?
▶ diler ogląda filmy o ćpaniu? Pffft!
odcinek 3
▶ polski lektor – przyrodni to z 50% pokrewieństwem, nie adopcyjny
[powiązanie teoretyczne z przyczepami] starożytne cmentarzysko Indian XD
▶ żarcie w łagrze apetyczniejsze niż w kapitalistycznych liniach lotniczych (bo chowałam się na strączkowych i razowym?) 
odcinek 4
▶ ciągle cola – produkt placement wraca
▶ dlaczego ona ciągle mówi „cycki”!? 😫
▶ że też paranoik jak Murray nie domyślił się z naszprycowaną kawą
▶ dlaczego nie zabrałeś całego plecaka, ośle, tylko jeb na maskę i multum kaset w objęcia!? 🤦
odcinek 5
▶ Max niezgorzej rysuje (tylko nie ludzi), wyprztykała Holly z czerwonych kredek
▶ a Nancy składanie obrazków idzie lepiej, niż w 1 sezonie
▶ raz 7Up nie cola
▶ miło, że pamiętają o ściganym przez psycholi Eddiem 😭
odcinek 6
▶ znowu cola – nie mają w tym świecie pepsi?
▶ czemu tacy zdziwieni, że las był wokół jeziora? że niby że Eddie nie zwiał dalej?
odcinek 7
▶ czy potworny nietoperz skamlał jak szczeniaczek!?
▶ doba od Patricka i Max się rozluźniła z Kate Bush
▶ bramy i klątwa – oficjalnie przeszliśmy do fantasy
▶ kotłownia jako nawiązanie do Ulicy Wiązów? Subtelnie, jak na ten serial
▶ zgadnijcie? cola! (+ wzmianka o spricie)
▶ ofkors, że 11 przeżyła jako jedyna, bo była najwyjątkowsza z wyjątkowych 🙄
odcinek 8
▶ te macki na krześle to już estetyczna przesada, wystarczyłyby uwięzi 
▶ albo ruski demogorgon jest wytrzymalszy od przeciętnego ksena, albo ruskie karabiny do luftu
▶ nic dziwnego, że Jonathan ma papkę zamiast mózgu, skoro spędza tyle czasu z reggae (no hard feelings, ale dobór kawałków… zgrywają się rytmem z prędkością serialu)
▶ Jason, weź nie naruszaj jej przestrzeni osobistej!
▶ stary to creep – dlaczego dotykasz jej twarzy!?
odcinek 9
▶ 5–te (?) innuendo? Mam dość, ten sezon to więzienie
▶ jasne, że zsześdziesionował ich MAGA–owiec
▶ chwila, kto to był Chrissy?
▶ to slo–mo z otwartymi buźkami, I can’t XD
▶ legitnie zapomniałam, że Nancy była częścią ekipy (i kto to ta laska w berecie?)
▶ wolność złowa to ZŁO – przestań siać panikę, dziadzie! I tak jest burdel
▶ Karen – przez dwa dni nie kontaktowałam się z 1/3 potomstwa, luz!
▶ Jonny, kopiesz sobie grób; dajcie już Nancy żyć bez tych dwóch cymbałów!
▶ wielki powrót coli!
______________
ilustracje: strangerthings.fandom.com i wikipedia.org

13 kwietnia 2026

Stranger Things - sezon 3 (2019)

Zwróćcie uwagę na symbolizm pieprzniętych na bok rowerów - oficjalnie puszczono poręcz 

Jak głosi stare, ludowe przysłowie: żaden serial nie jest planowany na więcej niż dwa sezony, później do gry wchodzi maszyna losująca.

Napomykani przez wariata od teorii spiskowych Sowieci spawnują się wielkim dupnięciem - pieprzoną Krasnaja Armija wsech silnej. Młodsze nastolatki w pełni korzystają ze swojej indukowanej wiekiem głupoty i beztroski, a w międzyczasie bebok z drugiego sezonu kontratakuje, opętując gościa, który miał robić za ostoję ludzkiego zła w tym nadprzyrodzonym chaosie. Żeby dopaść Płateczka, buduje sobie ciało z kilku mieszkańców i miejscowej populacji szczurów - bebok buduje, gość ma własne ciało - i po tym młodzież orientuje się, że ojej, sielanka się skończyła. Równocześnie dorośli i część dzieciarni - osobno - dowiadują się, że Sowieci jednak wiedzą o sąsiednim wymiarze i łowią materiał na eksperymenty pod miejskim symbolem konsumpcjonizmu.

No tak. Nagle tory się rozjeżdżają i jeśli nie pamiętać poprzednich sezonów, da się przełknąć ten barszczyk po radziecku. Jeśli pamiętać, to nagle dostaje się halunów od Czerwonej Gorączki i wrażenie, że to już nie jest Kansas, tylko Floryda. Po huraganie. (Bo, no, wariactwo.) Taki numer po ledwie kilku wzmiankach w poprzednich latach to trochę za dużo, jak na bonus do szkaradziejstwa ze stopionego mięsa.

To mój najbardziej nieulubiony sezon. Więcej nastolatkowych kocha-nie kocha, więcej pogadanek od serca (tylko jedna była przydatna, JEDNA), wreszcie ten blockbusterowy, w pełni pikselowy bebok, odbierający wszelkiego ducha tej produkcji - to było po prostu zbyt radosne i kompletnie niedopasowane do ponurego zadupia przy bazie naukowej.

Jestem zdziwiona, że w końcu Płateczek (Eleven w mojej nomenklaturze) przestała przywoływać u mnie tiki nerwowe wygaśnięte od matury. Naprawdę, naprawdę zdziwiona. Po dwóch sezonach udało jej się porzucić funkcję bezużytecznego słodziaka (czyli postaci, która ma przyciągać widownię i jej rola po pierwszym sezonie jest nadmuchiwana na siłę) na rzecz postaci z osobowością; może i scenariusz porzucił bezpieczne wody fanfiku do Kinga na rzecz burdelu na kółkach, ale przynajmniej odpuścili dziewczynie robotę Wybrańca. Trochę słabości i władowanie tyłka w tarapaty, i od razu człowiek robi się jakiś taki przyjaźniejszy.

Znośna jest też w końcu Nancy, dla równowagi Jonathan robi się jeszcze bardziej zmarnowany, niż miał to wpisane w grę; ich dynamikę ogląda się nieco dziwnie, może dlatego, że aktorzy to para (już podczas zdjęć czy po premierze? Nie śledzę tego), ale mieli najciekawszą scenę całych siedmiu godzin z hakiem - tę z ucieczką w szpitalu (której stanowczo nie powinni zygzakować z nastoleczkowatymi miłostkami). Miałkość to zresztą powszechna przypadłość wśród weteranów obsady, ci nowsi jeszcze się trzymają (z chlubnymi wyjątkami Steve'a i Dustina). Billy ostatecznie wypełnia swoją rolę lokowania odżałowanego Henry'ego Bowersa i odwala kitę - po jakże dla niego potrzebnej zmianie serca. Zniczyk przegrywu* dla Willa, któremu nie dość, że scenarzyści nie umieli znaleźć aktywnej roli, więc kazali się snuć za resztą (nie przypominam sobie żadnej sceny z nim poza rozwalaniem szałasu), to jeszcze in-universe olewają go po równo kumple i matka. Przynajmniej wyjaśniła się dzięki temu zagadka, kiedy przestaje się być istotnym dla społeczeństwa - czternaście lat. Czy to przypadkiem nie trochę OOC ze strony Joyce, nawet przy jej koncentracji tunelowej, przypomnieć sobie o niedołężnym według własnej oceny potomku w, ile, dwa dni?, podczas trzeciej edycji dziwnych wydarzeń?

Tytuł najgorszej sceny otrzymuje... NeverEnding Story. Biedny Dustin, szacunek dla widza i minuta wyjęta z życia (dziękujmy Bogu za przewijanie!). Nie jest to jednak najgorszy wątek, bo zęby rozbolały mnie dopiero przy Milczącej Akcji™ Joyce i Hoppera, jeszcze bardziej pogrążonym przez komentarz Baumana (który w jakichśtam okolicznościach może i byłby zabawny, ale na litość Matuchny Przenajświętszej, ten facet robi tak no-to-ry-cznie!) oraz zdecydowane OOC Hoppera - jego czasy sceptycyzmu IMHO minęły wraz z wplątaniem się w robotę papierkową z Rządem i drugim przypadkiem ratowania szczeniażerii przed czymś, z czym nie radzili sobie dorośli. Poza tym flashbacki Billy'ego byłyby ciekawsze bez muzyki.

O tym, jak bardzo na kolanie wymyślali ten sezon, świadczy nacisk na kapitalizm - nie tylko się go ratuje przed Złymi Socjalistami I Ich Brakiem Wszystkiego, ale i nabija kabzę na product placement niezdrowych przekąsek i coli, dyskrecją rodem z TVP. Dialog o "nowym, lepszym" beboku w przedostatnim odcinku był tylko i wyłącznie po to, nikt mi nie mówi, że nie.

Proponuję brać łyka za każdym razem, gdy zmienia się narracja, bo postać mija poprzednią scenę. To nie będzie groźne dla zdrowia, ale zwróćcie uwagę, ile można korzystać z tego chwytu w jednym sezonie!?

I najważniejsze - JAK ruskie wiedziały o portalu w Hawkins? To tylko ja, czy serio nikt nie poruszył tego na ekranie? Domyślnie, że od jakiegoś szpiega? Showrunnerzy wyjaśnili to jakoś w zakamarkach socjali?


* Gugiel nie wie, co to jest.

https://rzekaswiadomosci.blogspot.com/2024/12/modziezowkowe-bingo.html

______________
ilustracja: strangerthings.fandom.com

24 listopada 2025

Stranger Things - sezon 2 (2017)

Ten sezon powstał z przymusu posukcesowego, choć jeszcze większość palców trzyma się poręczy.

Bebok, tym razem większy i bardziej psychiczny niż fizyczny, obrał sobie za cel ledwo co wyciągniętego z niedoli Willa, jakby chłopak nie miał wystarczająco problemów z ludźmi - naprawdę się z nim zgadzam, to trzynastolatek, nie trzylatek, nie potrzebował skakania wokół i chodzenia na paluszkach, choćby nie wiem jak bardzo przypominał zranionego jelonka. Nastolatki odchodzą na moment do wątku pobocznego, w którym uwalają złych jajogłowych, ale ostatecznie wracają do burzowego monstrum, wszystkie ręce na pokład! Zwłaszcza Eleven The Special Snowflake, szukająca własnego "ja" z typowym miksem nieznającej świata naiwniaczki, nastolatki u progu buntu i psionicznej broni. Do momentu, w którym się pojawiła, cała na czarno, to był dobry sezon.

Serial nie uchował się przed klątwą kontynuacji i element, którym chciał przebić pierwowzór, był jego gwoździem do trumny. Ponownie przestrzelili z podobieństwem do inspiracji, tym razem Aliens - w pierwszym sezonie mieli straszne bydlę z nadprzyrodzonymi możliwościami (trochę limitowanymi), natomiast tutaj paskud jest więcej, i od tego debilnieją. Mentalność roju, jasne. Tamten to był zbuntowany, czy ki czort? Aż szkoda, że nie było żadnej Demo-Królowej (WTF?).

Bez Płateczka Śniegu na horyzoncie Mike od razu normalnieje - zwłaszcza, gdy wietrzy złe czyhające na jego kumpla. Mieli z Willem bardzo dobrą chemię. Sceny z opętaniem też były spoko.

Śmieszne, że Steve lepiej współgra z dzieciarnią, niż rówieśnikami. Nieźle się nakombinowali ze znalezieniem mu miejsca, po tym, jak zatrzymali go na siłę, każąc wracać do Nancy (po zrujnowaniu sobie obrazu w jej oczach... ale ejtisy były podobno bardzo zacofane socjalnie); w pierwszym sezonie jego wątek wyglądał jak reperowany na gorąco - miał kipnąć, ale uratowała go charyzma Joego Keery'ego, a tego ze zdjęciami to chyba w ogóle nie było w pierwszym rzucie, więc nie wiadomo, co robił zamiast rozbicia aparatu, za to slutshame'ował by na bank. NARESZCIE, że skonstruowali coś spójnego.

Dostajemy w końcu to odludzkie zło, którego naobiecywał pitch bible - niby Billy'ego, ale w sumie więcej do popisania się bucerią miał Hargrove Senior, zsumowując i poziomując. Billy to jednak wprawiony padawan i robi to, co nie udało się sforze raczkujących mini-beboków. Gdybym oglądała to bez spoilerów, liczyłabym na wstęp do poważniejszego popisu, a tak to casus Henry'ego Bowersa z To: Rozdział pierwszy. Na pocieszenie są sceny dodatkowe z punktu widzenia Max.

Nie jest to medium, z którego można wyciągnąć mądrości, ale niespodzianka - społeczeństwu trzeba rozwadniać prawdę do najbardziej przyziemnej wersji? Złota myśl.

[https://rzekaswiadomosci.blogspot.com/2024/12/modziezowkowe-bingo.html]
______________
ilustracja: strangerthings.fandom.com

06 listopada 2025

"Wszyscy mówią na mnie Max", Brenna Yovanoff

Nie jestem fanką Max Mayfield. Właściwie żadnej postaci przez cały jej czas antenowy (chyba poza Chrissy). Książkę posiadam w efekcie zajawki na dysfunkcyjne rodzeństwa po FNAF 4, i bo zamierzam powtarzać 3-ci i 4-ty sezon, do czego potrzebuję szerszego obrazu relacji Max i Billy'ego - inaczej wyszłaby kolejna cegła w plothole'owym ByTheWayu (tajest, popastwię się).

Fabularnie jest to 2-gi sezon (czyli na oko wtedy, kiedy Eddie rzucił budę dla rąbnięcia w szklany sufit - ale go tu nie ma, bo go jeszcze nie wymyślono), więc znacie dryl. Sceny ani dialogi nie są powtórzone ujęcie w ujęcie - poza atakiem Billy'ego na Steve'a (odrobinę cierpi za to scena na złomowisku, gdzie, na obronę aktorów, nie dało się już za wiele dodać) - a autorka skupia się na odczuciach Max, co jak dla mnie jest świetnym pomysłem. Można jej za to wybaczyć speedrun momentów z odcinków "Łupieżca Umysłów" i "Przejście".

Dobra lektura uzupełniająca dla fanów Max, bo w tamtym momencie warsztat aktorski Sadie Sink wyglądał trochę tak, jakby dziewczyna dopiero przyzwyczajała się do sytuacji i nie dała rady wszystkiego przekazać. Dla kontekstu są jeszcze retrospekcje i to właśnie one robią największą robotę - myśleliście, że serialowy Billy był kingowskim prześladowcą? Poczekajcie, aż przeczytacie o kocie i ręce Nate'a Walkera. Swoje pięć minut skurwysyństwa ma też i tatuś Hargrove - generalnie obu dżentelmenów daje vibe Henry'ego i Butcha Bowersów (Billy miał nawet kiedyś nieco tylko mniej stukniętych kumpli!). Dufferowie chyba sobie rekompensują za rezygnację z To.

Książka powstała między 2-gim a 3-cim sezonem, w związku z czym powstaje wielki mindfuck co do okoliczności stworzenia przez panów Hargrove i panie Mayfield patchworkowej, nieszczęśliwej rodziny - Dufferowie nie sprawdzają merszandyzy, czy ki czort? Choć przynajmniej oni dali Max i Billy'emu trochę czasu, zapoznając ich jako szczenięta, na zbudowanie nienawiści, zamiast miernego roku (i to góra - uwzględnijmy, że Billy, rocznik '67, mógł już prowadzić). Nie rzucałabym jednak negatywnego światła na Brennę Yovanoff, tylko na brak zorganizowania szefów tego kramu.

Oryginalne Runaway Max wyjaśnia się jeszcze w prologu - Max prawie-prawie zwiała z domu do ojca. I zamierzała zrobić to ponownie już w Hawkins.

Mniej więcej dostajemy również wytłumaczenie przeprowadzki na totalne zadupie drugiego końca kraju - SPOILER jeden z numerów Billy'ego kompletnie nie miał potencjału do zamiecenia pod dywan. Niestety stwarza to nowy plothole, czemu nie pomyśleli, że następna taka akcja wyjdzie na jaw szybciej właśnie na wypierdziszewie. Ograniczenia finansowe?

Pojawiają się smaczki takie jak Joyce w pierwszym rozdziale - anonimowo, ale ta kobieta jest tak charakterystyczna, że nie ma najmniejszych wątpliwości - albo jej starszy syn konsekwentnie identyfikowany po włosach.

19 września 2025

Stranger Things - sezon 1 (2016)

Nie przeszkadza mi, że to było mało odkrywcze. Ba, ja nawet lubię nowe podejścia do tych samych tematów, i tak jest ograniczona liczba kombinacji. A większość filmów, które lubię, powstały w ejtisach. To, co mi przeszkadza, to subtelność nawiązań niczym czołg na rabatce. Jakby Dufferowie podeszli do sytuacji niczym dzieciak do posiłku - widać bez specjalnych oględzin, co było na obiad, czyli E.T. na przystawkę i D&D na główne. A na deser King.

Głównym składnikiem tego deseru jest Podpalaczka, marynowana w eksperymentach parapsychologicznych, reszta to drama. Przy czym ta reszta to tylko dla posmaku, nawet nie smaku - książeczka reklamująca serial producentom obiecywała zło pod postacią ludzkiej natury, ale wymieńcie mi wszystkie takie przejawy, oraz możliwe przejawy, które się nie pojawiły. Bo miejsca w misce starczyło dla grzebania w pozostałych dziewięćdziesięciu procentach mocy mózgu.

(A patrząc po fabule, zamiarach Dufferów i aluzjach, poza byciem fanfikiem E.T./Elliott to głównie fanfik Kinga, z tych bez głębszego researchu - motywy tak, czynnik nie.)

Przystawka była na jeden kęs, za to danie główne będzie wszędzie, do przesytu, do pęknięcia żołądka. Przede wszystkim ten drugi wymiar jakimś dziwnym trafem wygląda jak wersja jednej z kampanii - cokolwiek stamtąd wylezie, ma ładne i wygodne porównanie. Świat interpretowany jako turówka wyobrażona przez straumatyzowane dziecko.

Na razie wszystkie elementy - eksperymenty, Siła Przyjaźni™, nadnaturalne zło - współgrają, że nawet nie żyjąc w ejtisach, da się wczuć. Sytuacja jest też ejtisowo nieskomplikowana: znika dzieciak i równocześnie naukowcom z lokalnego laba nawiewają eksperyment i coś, co eksperyment wyciągnął z sąsiedniego wymiaru. Oczywiście to się łączy. W czasie, gdy obsada bawi się w detektywów, bebok sieje zamęt, a eksperyment stara się nie doprowadzić do zabicia kotów przez ciekawość, bo byli dla niej jedynymi miłymi osobami w życiu.

Przystawka jest na początku, więc i E.T. na początku, logiczne. Dlatego wątek dzieciaków wygląda jak fanfik, w którym Elliott zakochuje się w kosmicie, tylko kosmitą jest dziewczynka-eksperyment, która powinna rozwalić mu głowę, gdy tylko na nią krzyknął (widać wpoili jej karność, no dobra). Elliottem tego cyrku jest Mike, patetyczno-heroiczne słoneczko, i jest w nim w znaczeniu, o które nie chodziło Dufferom - chyba, że chcieli stworzyć nieletniego dupka. Facet, wiem, że zniknął ci kumpel, ale zluzuj, pokrzywdzona primadonno. Nie dręcz nowo poznanej dziewczyny, która wyraźnie właśnie uciekła ze strasznego miejsca i nie rozumie nowej sytuacji. I sygnalizuje z subtelnością monstertrucka, że brnięcie w to dalej to taki se pomysł. Posłuchałbyś też kumpli, bo to wyraźnie nie ty jesteś w tej paczce mózgiem (tylko Dustin albo Lucas. Może się tym dzielą?). Najwyraźniej odzyskanie jednego kumpla za dwóch to poświęcenie, na jakie jesteś gotów. Nie wierzę, że to mówię, ale aktor naprawdę wypadł przystępniej w To: Rozdział pierwszy. Żeby Rick Hawkins Junior wzbudzał więcej sympatii niż Elliott, to już trzeba mieć nadprzyrodzone umiejętności.

Wątek Joyce równocześnie podziwiam i go nie cierpię, za skojarzenia, jakie może przywołać wykorzystanie podobnych elementów w przyszłości; czasem niektóre rzeczy bywają zbyt trendy. Mam tylko wątpliwości co do jej relacji ze starszym synem - to wyglądało, jakby ona ignorowała Jonathana na rzecz młodszego, bo "jest już zaradny". Przypomina sobie o nim losowo - głównie, żeby go guilt-trippować; jedynym objawem troski była wzmianka o znalezieniu mu obstawy na wycieczkę do ksero w drugim odcinku - i nic nie wskazywało, żeby się martwiła, gdy znikał na dłużej podczas nietypowych wydarzeń, w tym raz na KURWA CAŁĄ NOC. Może i takie podejście do piętnasto-szesnastolatków (jeszcze do tego wrócę) było wówczas normalne, ale mnie to wyglądało, panie majster, że chłopak jest zaniedbywany emocjonalnie. [Errata: zasięgnęłam opinii u ludzi żyjących w ejtisach - polskich, ale ejtisach - i będących na podobnym etapie życia, i starsze dzieci faktycznie szybciej wpychano w dorosłość, żeby niańczyły młodsze.]

Mówiąc o stosunku do nastolatków lat 80. - jak to w końcu było, że gdy mały wsiąkł, to wszyscy pod budkę, a gdy Barb wsiąkła, nikt nie dał faka (poza Nancy)? Musi być jakaś granica wieku, w którym dzieci przestają się liczyć dla społeczeństwa, tylko gdzie? Szesnaście lat? Piętnaście? Czy po prostu Hopper dał się przekonać na szeroko zakrojoną akcję, żeby Joyce zeszła mu z głowy? I czemu rodzice Barb tak nie naciskali? Ameryka naprawdę nienawidzi nastolatków.

Na odpowiedź, czym chcą się z ejtisów inspirować, Dufferowie musieli odpowiedzieć: "Wszystkim!". I dostali wszystko, a że nie da się panować nad każdym wątkiem, w końcu jeden staje się faworyzowany. Niuniusiem mamusi bezsprzecznie były dzieciaki - ich inspiracja przeszła właściwie w całości, co ironicznie doprowadziło do najlepszego dopracowania; Dufferowie muszą wspominać z sentymentem tamten okres w życiu. Drudzy do żłobu dogrzebali się dorośli, kingowsko zmęczeni życiem, zwłaszcza Hopper i jego Smutna Przeszłość™. Ochłapy zostały, co za zaskoczenie, nastolatkom - cały ich byt koncentruje się wokół dzieciaków i wymiaru D&D, doceniajmy te rzadkie momenty traktowania ich jako samodzielnych postaci, zamiast fabularnego supportu; Dufferowie muszą się wstydzić tamtego okresu w życiu.

Ale muzyka mi się podobała. Soundtrack carpenterowski to zdecydowanie atut (BTW w trakcie reklamy posiłkowano się podkładem z The Fog, które jest jednym z moich faworytów. I to w zasadzie jedyne nawiązanie, od kiedy wynieśli się z Long Island). Znalazłam tam parę kawałków na playlistę, ale nie przebiją wszystkich trzech Strażników Galaktyki.

https://rzekaswiadomosci.blogspot.com/2024/12/modziezowkowe-bingo.html
______________
ilustracja: strangerthings.fandom.com

06 listopada 2024

"Lot Ikara", Caitlin Schneiderhan

Węsząc zainteresowanie blankami w biografiach faworytów widowni, Stranger Things od drugiego sezonu pompuje merszandyzę literaturą, w niektórych przypadkach bardziej przyziemną, bo jeśli serial coś pomija, to warstwę obyczajową (do której nie wliczam romansów). Lot Ikara skupia się na takich zagadkach z życia Eddiego Munsona, jak "czemu jest dilerem", "dlaczego nie zdał liceum za pierwszym podejściem", "jakie miał życie, zanim Upside Down wbiło mu się w nie z butami", oraz "czy w ogóle zauważył, że Hawkins robi się coraz dziwniejsze", z różnym skutkiem. Jest 1984 - na oko przed drugim sezonem - i do Eddiego puka szansa, żeby wyjechać i potencjalnie zbudować karierę muzyczną; taki jednak tej sytuacji mankament, że Eddie jest spłukany, a nagranie dema, które nowa znajoma przekaże wytwórni muzycznej, do kosztowna impreza. I tutaj tytuł zobowiązuje - oto historia, jak Eddie rzeczoną szansę dokumentnie zaprzepaścił.

Sytuacja tej książki zakrawa o własny paradoks - z jednej strony to część wiadomej franczyzy, więc nie da się po niej spodziewać niczego powyżej "przeciętny", z drugiej zaskakuje jak pobudka z długoletniej śpiączki (nadal z powikłaniami, bądźmy realistami odnośnie śpiączki) [a żart słowny był niezamierzony].

Podobnym paradoksem jest Eddie - najlepsza zjebana postać sezonu - jako miasteczkowy parias, potomek przegrywa, któremu wróży się dokładnie ten sam los; ba, nawet nazywają go Juniorem, mimo, że ojcu na imię Alan. Paradoksem, bo całe życie usiłuje udowodnić, że nie będzie przestępcą, ale praktycznie nikt tuż przy samym korycie mu nie wierzy. I to w sumie częściowo Eddiego wina, kiedy straszy nadwrażliwych chrześcijan swoimi hobby, w samym środku ejtisowej satanistycznej paniki. Jeśli jednocześnie chce być sobą, i nie dać się za to zabić, to wybrał dziwną taktykę.

W tym momencie wchodzi, cała na biało, dziura w fabule - Munsonowie zostali wprowadzeni sześć lat po pierwszym sezonie (po wstępnym projekcie serialu to już w ogóle z dekadę), i z marszu stracili realizm. Jako zło doczesne powinni być na pierwszym miejscu listy podejrzanych o zniknięcie Willa, zwłaszcza Eddie, tymczasem nic - ani "starszy Munson wrócił do miasta" (może siedział wtedy w pierdlu, i jakoś o tym wiedziano, mogłam przegapić), ani "to ten świr z klubu wyznawców magii". Okoliczności wsiąknięcia były podejrzane. Eddie był podejrzany, co najmniej od gimnazjum (Middle School). Skoro śmierć Chrissy podniosła larum o ofiary z ludzi, to zaginięcie dziecka i nakładające się w czasie "samobójstwo" raczej lubianego gościa powinny zapalić wszystkim kontrolki. Hawkins naprawdę nie brzmi na aż tak zapadłą dziurę, żeby satanic panic dotarło tam dopiero wiosną 1986, ruch powstał jeszcze w latach 70.. Czy mam uwierzyć, że przy Willu nikomu nie wpadła taka ewentualność do głowy, bo wszyscy mieli Byersów głęboko w poważaniu? Bo naprawdę nic na to nie wskazuje. To było najwyżej trochę rezerwy.

Książka uwydatniła też główny problem serialu, jakim jest łapanie zbyt wielu srok za ogon. Mając tylko jeden plotline, jest w stanie go pociągnąć bez gubienia elementów, czego stanowczo brakuje serialowi. Dzięki temu wiadomo, co się dzieje, pytania zyskują odpowiedzi w kilka-kilkadziesiąt stron - zależy, jak dużym miały być twistem, albo jak zezwalał im na to ciąg wydarzeń - i przede wszystkim cokolwiek widać po postaciach. Nie siedzę na forach dyskusyjnych, tylko na jednym profilu Instagrama i lurkeruję wikię, ale nie zdziwiłabym się, gdyby Lot Ikara jeszcze bardziej wzburzył fanów Eddiego za zeszmacenie ich ulubieńca w serialu. Tutaj zrobił się jeszcze bardziej lubialny, więc Dufferowie i Levy powinni mieć bardziej przerypane na socjalach, niż za pozostałych. Ja się wściekam głównie za Amerykański Patos™, którym zepsuli koniec Eddiego.

Wściekam się też za Chrissy. Książka zaznacza, że już na dwa lata przed śmiercią szkoła i matka odebrały jej osobowość, ale jeden mały flashback wystarcza, żeby wieszać na producentach psy za nadgorliwość przy doborze kolejności scen do skompletowania (jeśli ktoś nie na bieżąco - rozmowa w lesie, której chemia między aktorami mogła utrzymać Chrissy dłużej w fabule, była kręcona już po scenie śmierci). Jeśli zastanawiał was enigmatyczny pokaz talentów, na którym spotkali się Eddie i Chrissy, oto jego kulisy (dosłownie) - i to naprawdę dobra interakcja. Wzbudzała nadzieję, że przynajmniej jeden motyw mógł wyjść dobrze. Dufferowie, wy c****!

W kwestii zbyt wielu srok - serial uparcie traktuje postaci z grupy starsze nastolatki/młodzi dorośli wyłącznie jako support dla smarków i dorosłych, więc interakcje między licealistami to złoto. Znajdą się tu sportowcy, nauczyciel, dyrektor, wzmianki o Stevie. I to jest szczerze mówiąc bardziej interesujące od odmiennych stanów świadomości Jane "Płateczka Śniegu" Hopper/Yves. Z jednym wyjątkiem tak zwanego wątku miłosnego, którego drugiej strony nawet nie pamiętam, taka dziewoja nudna była.

"Czarne", Anna Kańtoch

Zaczynając książkę, myślałam, że moją największą zagwozdką będzie czy ktoś funkcjonujący w pierwszych trzech dekadach XX wieku mówiłby flirt...