Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meksyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meksyk. Pokaż wszystkie posty

11 czerwca 2026

O powstawaniu "Predatora", cz. 6: Łowca ściga się z czasem

[Żeby było śmiesznie, premiera 39 lat temu też była w piątek.]

Praca nad "ryżym pasierbem" oznaczała zajeżdżanie się jak koń na westernie, takim kręconym przez Kubricka: tylko sześć tygodni na zameldowanie się na planie, bo wstrzymywanie zdjęć nie wchodziło w grę, poza tym już i tak stopowali miesiąc, a szef SWS traktował sprawę osobiście, bo to w zasadzie przysługa.

Testy kostiumu, głowa wersja do bio-maski (jeszcze bez dredów); od lewej: Brian Simpson (goniec, który później latał po dżungli z chłodziarką do kostiumu), zasłonięty Matt Rose, Shannon Shea (z którego bloga korzystam jako ze źródła), Stan Winston profilem, Kevin Peter Hall w kostiumie i Richard Landon. W kącie po prawej easter egg Dyniogłowego.

Masajsko-Cameronowski miszmasz później pozostało tylko znaleźć jelenia kogoś, kto zgodzi się kisić średnio kilkanaście godzin dziennie w piance, przy ponadtrzydziestostopniowych upałach - oczywiście po tym, jak przetrzyma chrzest bojowy w formie odlewniczej. Stanęło na Kevinie Petrze Hallu, który był po prostu idealny - nie dość, że znacznie górował nad dobranymi mu na oponentów eks-rugbystami, weteranami i kulturystami (poza Shanem Blackiem. On dostał rolę, bo producent chciał mieć go na oku w trakcie tworzenie scenariusza do Zabójczej Broni), to w zasadzie był bardziej aktorem niż kaskaderem i miał już doświadczenie w graniu w kostiumie, dość podobnej roli (Ostrzeżenie / Without Warning [płaczę], taki horror z dolnej półki, za to z przyszłym Horejszjo Kejnem). I sasquatcha imieniem Harry.

Hall w formie odlewniczej (pre-formie?)

Nad kostiumem pracowało w porywach do siedmiu osób - a głównie Steve Wang i Matt Ross (i chyba mniej aktywnie Shannon Shea?), kiedy resztę wykruszył Dyniogłowy, bo Stan Winston złapał fuchę reżyserską. Wangowi dostało się najgorzej, bo ciało (i zasymilowana z tymże zbroja) - a kiedy nie pomagali mu Alec Gillis, Shane Mahan i Shea (dwaj pierwsi przed zmianą filmu), miał na głowie jeszcze malowanie. Dosłowną głowę dostał Ross, stopy John Rosengrant a karwaszo-bransoleto-cosie Tom Woodruff, Jr.. W ten sposób starczyło im czasu tylko na dwa kostiumy i trzy głowy.

Przynajmniej mieli o tyle mniej pod górkę niż Boss Film Studio, że najbardziej skomplikowany był łeb, a reszta jak najbardziej człekokształtna. Jak to ujął Stan Winston: "Człowiek w kostiumie działa tak długo, jak pamiętasz o humanoidalności postaci jako o jej sednie.".

Wang z aerografem
Tu też

Zastanawiając się, co mogło się skićkać w animatronice, obstawiacie pewnie żwaczki - i macie rację.

To były trzystawowe żwaczki, więc koniuszki się ruszały, i odginały się, ale dolne człony nie rozwierały się. Musiałem użyć siłowników liniowych, co jest najgorszym mechanicznym osiągnięciem na świecie, generalnie ciągną od centrum zamiast rozwierać jak bramę.
- Richard Landon, konstruktor mechanik (?)

Jedyne zdjęcie mechanizmu, jakie znalazłam. Ugór

Ostatecznie sterujący dolnymi żwaczkami serwomotor Tonegawa-Seiko SSPS-102 wylądował na plecach, koło apteczki, ratując tym straszącą modelarzy szczerbę powstałą po wyschnięciu grubej warstwy gumy.

Powiedziałem: okej, tam będzie mój serwomotor. I tak wielki mechanizm wylądował gościowi na plecach. Wtedy ktoś, nie wiem kto, ubrał go w te wszystkie kości, pancerze, pióra i resztę, a ktoś inny wziął pęk kręgów i umieścił na tym wszystkim.
- Landon

Rypnęła też jedna z brwi (mechanizm to to w garbie na ciemieniu).

Jedna strona działała bez zarzutu. Druga wystawała. Nie działała poprawnie. Spędziliśmy godzinę na telefonie z Davem [Nelsonem] opisującym nam, jak przeprowadzić i przewiercić dziurę z boku śruby, żebym mógł przepchnąć tę śrubę przez gwintowaną część "unoszącego się fistaszka" [ksywa mechanizmu od brwi - przyp. aut.]. I nie mam pojęcia, ile wyniósł Stana [Winstona] rachunek za telefon.
- Landon
Montowanie zmechanizowanej maski, bo ugór

Ostatnie szlify - bo zmiany na półmetku to tradycja w branży - oznaczały: pozbycie się przedłużanych palców po Gillmanie z The Monster Squad i rzeźbienie nowych dłoni, zamaskowanie nieudanego eksperymentu z optycznym przedłużeniem nóg szmatą, i wreszcie maska (ta in-universe).

Pierwsza wersja była spoko - ładna, groźna i jednak funkcjonalna. Zdania nie podzielał organ decydujący (czyli producent), uznawszy - słusznie - że drugą po "niewidzialności" częścią tajemniczości Predatora jest stopniowe ukazywanie się, a stara maska za bardzo zdradzała, co pod nią jest.

Nie obawiajcie się, ten design jeszcze powróci

[Korzystając, że jeszcze są w cywilizacji, studio nalatało się za składnikami do pomarańczowej krwi, żeby skończyć z zieloną, bo choćby skały srały, płynu do lightsticków koloru zażyczonego sobie przez producenta nie było w sprzedaży. Producent przyjął porażkę, gorzej z Hynkiem od efektów komputerowych, bo trzeba było poprawiać wszystkie ujęcia z pomarańczowych na zielone.]

Ekipa od kostiumu poznała lokalizację planu dopiero w styczniu '87. Czy Hall też wtedy, nie znalazłam, ale zamówił system chłodzący, który dowalił kolejnej bolączki - składał się z kamizelki pełnej przewodów, przez które płynęła chłodna woda, a ustrojstwo od chłodzenia małe nie było i ważyło jakoś z 11 kilo, co otworzyło wakat na tragarza (goście ze studia mieli swoje granice, a jeden z firmowych gońców był z tych nienarzekających).

W samej dżungli wylądowali chwilę po skończeniu prac - i rajdzie po urzędach za paszportami w nieprzepisowym terminie (jak Hollywood chce, to potrafi) - w lutym. Reszta jest historią.

Co noc odklejaliśmy kostium z Kevina Petera Halla i wrzucałem go na pakę. Raz na jakiś czas myślałem sobie: "Jeżdżę z Predatorem! Hej, kto chce zobaczyć, co mam na pace?". Pamiętam wieszanie tego stroju w łazience mojego małego mieszkania [meksykańskiego? - przyp. aut.], z małym osuszaczem powietrza do wysuszenia tych obrzydliwych, śmierdzących pianek noc w noc.
- Howard Berger, nadal nie znam jego profesji (ale odpowiadał za suszenie kostiumu)
Dla porządku - kostium w lokacji

Stan Winston School of Character Arts: Predator Behind The Scenes: Creating the alien hunter's animatronic head

Monster Legacy: Hunter - Predator

Monster Legacy: Monster Gallery: Predator (1987)

First Person Monster Blog: Part 45: The Saga of THE PREDATOR, Part 1

First Person Monster Blog: Part 46: The Saga of THE PREDATOR, Part 2

First Person Monster Blog: Part 47: Will you EVER finish with THE PREDATOR?

08 marca 2026

"Mexican Gothic", Silvia Moreno-Garcia

Obiecywali, że to dobra książka - ba, T. Kingfisher od Co porusza martwych obiecywała - ale nikt się nie zająknął, że jest przede wszystkim CIERPKA.

W celu zbadania, czemu jej kuzynka wysłała dziwny list, Noemí przenosi się z towarzyskiego Ciudad de México klasy wyższej do kostycznego dworu zmurszałej angielskiej arystokracji - tak szybko, że prawie nie czuć tego pierwszego. Serio, serio, gdyby nie trochę hiszpańskich i bazujących na nahuatl toponimów, równie dobrze akcja mogłaby toczyć się na kolejnym spłachetku Anglii. I to nie takim odwiedzanym przez pannę Marple, tylko najbardziej zawilgoconym, smętnym grajdole. Atmosfera jest wroga, sztywna i włazi pod skórę jak Mroczny Sekret™ lokalu - Noemí od pierwszego kopa czuje, czemu kuzynka odchodzi od zmysłów, zaś gospodarze tylko ją w tym upewniają.

Ah, gospodarze. Doyle'owie, w których wmężyła się kuzynka, ani trochę nie starają się rozwiać podejrzeń. Przytłaczający, odpychający, pasywno-agresywni i protekcjonalni, jasnowłosi i niebieskoocy, umniejszający wysłanniczce, jakby nawet sam Bóg Wszechmogący nie mógł ich dosięgnąć - bo nie może. Ich poziom neofobii jest tak silny, że niegdysiejszy blichtr dosłownie pleśnieje, a wynikający z tego skok na majątek rodu Noemí jak żywcem wyjęty z jeszcze zamierzchlejszej przeszłości, niż sama akcja. Tak intruzywni, że Noemí nawet czerwone flagi subtelne jak Chiny na otwarciach olimpijskich nie powstrzymują przed załatwieniem sprawy własnoręcznie, zamiast wzywać ojcowskie posiłki. Ale czy aby był wybór?

Noemí nie jest jakąś głupią, rozpuszczoną dziewuszką - idzie przez życie przebojem, ale nie boi się ubrudzić, by wleźć przysłowiowym oknem, gdy plombują drzwi przed jej nosem. W powinowatych zaś znajduje godnego przeciwnika, dysponującego taranem patriarchalnego wbijania szpileczek - do skutku, do dumy. Bo to, że Noemí cieszy się życiem, nie oznacza, że świat jest na to gotowy - to właśnie Noemí przekonuje ojca do podjęcia działań, bo jej kuzynka NIE JEST histeryczką, i cały czas nawiedza ją świadomość, że sama może zostać uznana za jedną. Nie zwalę tego na karb fiftisów, bo i dziś, siedemdziesiąt lat i kilka zmian obyczajów później, to wciąż problem. Jest ZBYT uniwersalny i obawiam się, że nawet za sto lat będzie uderzać zbyt blisko domu.

I nieprzypadkowo zaznaczyłam ubarwienie rodzinki - pan i władca na włościach ma eugenicznego świra (antropologia jest też wśród zainteresowań Noemí, jako strzelba Czechowa). Są jak ilustracja pod hasłem "złol", słowo daję - tylko najmłodszy jest lubialny.

Na poklask zasługują najdziwniejsze możliwe i niemożliwe scenariusze rodzące się w głowie coraz bardziej przytłoczonej Noemí oraz klimatyczne ostatnie chwile biednej Ruth. A te wizje żywego domu...

Jeśli za to do czegoś się przyczepić, to do dokładnych opisów garderoby Noemí, które nie mogły przestać mi się kojarzyć z opkami szatkowanymi na NAKW-ie (złote czasy...), do wątków okultystycznych i do strony 200, gdzie Francis - ten najmłodszy - znienacka zostaje nazwany "blondyn". Owszem, jest nim, ale nigdzie indziej w książce do identyfikacji nie służy kolor włosów.

11 czerwca 2025

O powstawaniu "Predatora", cz. 5: Zbiorowa odpowiedzialność za mordercę idealnego

Po tym, jak dżungla okazała się kiepskim terenem na szczudła, zaś JCVD nie wytrzymał presji (a ekipa filmowa jego), produkcja stanęła w martwym punkcie, dopóki ekipa od efektów praktycznych nie skombinuje łatwiejszego w manewrowaniu maszkarona (jakby manewrowanie czymkolwiek na meksykańskim zadupiu było łatwe).

Pierwszym podejściem było ubranie Huntera [tak, kiedyś ufok nazywał się bardziej adekwatnie] w egzoszkieletozbroję, żeby wyglądał straszniej; a jako że nadal miał te problematyczne szczudłowate nogi, trzeba było w końcu przyznać się, że się wtopiło i zmienić podejście.

I to jest japońszczyzna, a nie gołodupiec!

Przez krótki moment rozważano zgapienie z ksenomorfa (coś całkiem odwrotnego,
niż dwie dekady później knuli z Predalienem - więcej Aliena niż Predatora),
zanim spróbowano z... goblinem?

Za ostateczny projekt i jego podejścia odpowiadało tyle osób, że do tej pory etiam mater incerta est. Same żuwaczki to według jednych źródeł wkład Jamesa Camerona poprzez Stana Winstona, podsunięty podczas lotu na trasę reklamową Aliens w Japonii, a według innych - recykling z porzuconego Goblins Rogera Cormana, tych samych konceptystów, Roberta Shorta i Alana Munro; ten drugi miał być nieoficjalnie (i faktycznie, według Shannona Shea) autorem pełnej sylwetki opartej na grafice Masaja z gabinetu producenta Joela Silvera, za którą oficjalnie odpowiadał Mitch Suskind.

Ktokolwiek za to odpowiada, ma kredyt za dredy

W każdym razie efektem było zaangażowanie Stan Winston Studios - do akurat czego nie ma żadnych wątpliwości. Latem '86 Hunter-Predator był na językach firm od efektów praktycznych - zwłaszcza po zdaniu grabek przez Boss Film Studio - i SWS podjęło rękawicę z pewną rezerwą, bo udział oznaczał rozparcelowanie ekipy między Meksyk a The Monster Squad (wtedy oczko w głowie, teraz tylko smętny przypis do Predatora i niezbyt wielkie grono fanów).

Przy Predatorze pracowało tylko kilku z nas, podczas gdy wszyscy inni byli przy Łowcach potworów. W warsztacie panowało nastawienie, że Predator to film-"bękart", a Łowcy potworów to ten fajny. Robiliśmy za ryżego pasierba. Ale hej, słyszeliście o Łowcach? Widzieliście jakiś sequel czy "Łowcy potworów kontra Obcy"? Zrozumiałe, czemu wszyscy byli podekscytowani Łowcami, ale nawet, jeśli film zebrał grono wielbicieli, to nie był hitem, a Predator okazał się fenomenem.
- Howard Berger, chyba rzeźbiarz?

Neandertalczyk tydzień po spotkaniu z lwem jaskiniowym

Tu ująć szczękoczułek, tam dodać żuchwę...

Już w ferworze prac (sześć tygodni!) Predator wymienił rozdwojony język na przedłużone palce - spuścizna po Gillmanie z TMS - ale ogólnie biorąc, trzymano się projektu Steve'a Wanga na podstawie tego "masajskiego".

____________________
źródło:

12 czerwca 2024

O powstawaniu "Predatora", cz. 4: Motyl i czerwony skafander

Predator od pomysłu był skazany na uwzględnienie efektów komputerowych. Czy zastanawiano się nad kamuflażem "na żywca", nie wiadomo, jednak tempo produkcji każe w to wątpić.

Najefektywniejszym pomysłem było to, co dziś osiąga się przechwytywaniem ruchu, a więc bazowanie obrazu na człowieku w gustownym wdzianku, czerwonym, jako że niebieskie i zielone było otoczenie. W osiągnięciu tego wniosku pomogła telewizja, dokładniej realizacja reklamy dla firmy telekomunikacyjnej.

Próbowaliśmy wszystkiego, i robiliśmy reklamę dla Southern Bell, gdzie mieliśmy kogoś w czerwonym stroju, kto trzymał zieloną kulę na niebieskim tle. Zgaduję, że to tutaj zapaliły się żarówki: "Okej, wsadzimy gościa w czerwony strój i pobiegamy po dżungli, bo dżungla jest zielona, a niebo niebieskie", więc spróbowaliśmy. Próbowaliśmy wszystkiego, co mogliśmy wymyśleć, ściągaliśmy obrysy tego czerwonego stroju. Coś jak Blue Screen na odwrót, gdzie obiekt jest ekranem, a pierwszy plan ostatnim.
 - Joel Hynek, kierownik efektów wizualnych

Wszystko, co mogli wymyśleć, ujęte jako stopklatki i rozmycia, prowadziło do efektu "biegającego wokół wycinka" i wyglądało futurystycznie w złym tego słowa znaczeniu (kojarzycie te niskobudżetówki puszczane na SyFy, z Obciachowych Lat 00-10?). Ewentualnie postęp uzyskano dzięki błędowi sprzętu, coś a la casus awarii teleskopu kosmicznego wykorzystanej jako baza pod mammograf - próba efektu slit-scan (w terminologii pokolenia Z jako filtr Time Warp Scan czymkolwiek by to draństwo nie było) na drukarce optycznej (projektor podłączony do kamery, takiej szpulowej, dorysowywali na taśmie efekty i kopiowali materiał - na lepsze tłumaczenie nie liczcie, odeszły do lamusa trzydzieści lat temu) poskutkowała masą linii. Metodą prób i błędów R/Greenberg Associates udało się to powtórzyć w sposób, który przypominał soczewkę powiększającą, z charakterystycznymi coraz mniejszymi obrysami - w drugiej kolejności, najpierw próbowali z obrysem zewnętrznym (Hynek podał jako przykład musical Xanadu, gdzie ludzie mają te dziwne aury - nie oglądałam, ale łatwo znaleźć kadry).

Test, który powinien skończyć w gotowym filmie. Trzymajmy kciuki,
żeby zrobili nawiązanie w Prey 2 albo Badlands

*

R/Greenberg byli zaangażowani już w czasach "kaczko-krokodyla z kolanami w tył (WTF?)", czyli pracowali na modelu zaprojektowanym przez Boss Film Studios. Tym samym, który straumatyzował JCVD, a poprzez niego ekipę. 

Z przyczyn których już nie pamiętam, grupa wykonawcza stwora założyła klikę i alienowaliśmy się w pokoiku na uboczu, gdzie pracowaliśmy na kupie. Czerwony strój, używany w filmie do przezroczystych scen, został stworzony właśnie tam, więc i tam pan Damme przychodził na przymiarki. Znów, zawieruszyłem gdzieś jedyne nagranie jego w tym stroju, jak wykonuje jeden ze swoich (słynnych dziś) wykopów, natychmiast rozpruwając krok. Na nieszczęście jest zakryty od stóp do głów, więc go nie rozpoznasz, ale podpowie sylwetka.
- Stuart Land, rzeźbiarz z Boss Film Studios

O ile przeskakiwanie nad pniem było pestką, przejście obok
jeszcze stojącego drzewa nastręczało Van Damme'owi pewnych trudności

Na planie niewidzialny strój nie był, khm, niewidzialny, więc żeby magia zadziałała, trzeba było na bieżąco robić po dwie wersje ujęć (nie licząc dubli), z i bez gościa w czerwieni, wymagającego idealnego śledzenia ruchu. Tak oto w meksykańskiej dżungli znalazła się chłodnia na kółkach.

A potem nastała przerwa w produkcji, spowodowana wypadnięciem z łask Boss Film Studios, i Hynek z ekipą zorientowali się, że chłodnia i czerwony reflektor (cień w zielonej dżungli był, niespodzianka, zielony) nie są konieczne, i wystarczą dwa ekrany pilnowane przez operatora kamery.

Technika miała swoje mankamenty, jak dziwny dygot wokół kamuflażu (ledwo zauważalny):

W ujęciu, jeśli pamiętasz, tym gdzie, jak sądzę, Carl Weathers [w rzeczywistości Bill Duke - przyp. aut.] patrzy na stworzenie, i oczy Predatora błyskają żółto, i wtedy obraz dygocze wokół niego odrobinę, pomyślałem: "O Boziu. Poddaje się!". Ale Joel Silver [producent - przyp. aut.] powiedział: "Nie, to super. Właśnie tak zrobiłby Predator. Tak by zamierzał.". I to przetrwało.
- Hynek (tu będą głównie jego cytaty)

Po wznowieniu prac, wraz z Stan Winston Studio na pokładzie, a więc i przerobionym czerwonym strojem, akrobacje wymagane od tekstu stały się nagle możliwe i pokuszono się nawet o kicanie po drzewie. Trudno wykonalne dla Homo sapiens bez zaśmiecania dżungli dźwigiem, więc dla uproszczenia sięgnięto po brzytwę Ockhama w postaci Skarpecianej Małpki małpy ogoniastej w czerwieni. Fail na całej linii.

Lagun meksykański, i facet próbujący złapać go do plecaka (sic!)

Jak sobie poradzili bez tego, nie wiadomo.

Mniej boleśnie wypadło Wynurzenie i dyndanie na betonowym drzewie, gdzie po prostu bazując na warstwie z Blue Screenu wymazali ekspozycję drukarką optyczną, zostawiając ładny efekt 3D dzięki faktycznemu rozkładowi oświetlenia i cieni na Predatorze (dlatego widać dredy).

*

Kolejną brzytwą Ockhama było wykorzystanie kamery termicznej jako POV-u Predatora, tylko że czujnik miał tendencję do odwalania impresji powyżej 34℃ (ciekawe, czy wojskowe też?), i miał mniejszą rozdzielczość niż reszta obrazu, co może i stwarzało ciekawy efekt, ale Hynek postanowił nie ufać domyślności widowni (skądinąd słusznie), i dawaj powtórkę z kamuflażu. Nakombinowali jak koń pod górę, kierując kamerę w dół na lustro pod kątem 45 stopni, potem filmowano poziomo, była też kamera filmowa za lustrem... Nie pytajcie, jak to miało wyglądać, bo na pewno już tego nie uczą. Chyba chodziło o to, żeby tło było niebieskie, bo przeciętny widz rozpoznałby obiekt dopiero na solidnym zbliżeniu. 

Żeby dodać zabawniej, obraz z termo nie nagrywał się na taśmie. Witaj znów ciężarówko pośrodku niczego, i tono kabli, żeby to wszystko leciało na monitor (oraz, jakimiś niewytłumaczonymi mugolom czarami-marami, na filmie).

I tu akurat musi wchodzić mój domysł - żeby wyłapać ludzi z wielkiej pomarańczowej plamy, nagrywając za dnia musieli... schładzać dżunglę. Wodą. Co udowadnia, że Dutch nie musiał łamać praw fizyki, a Jungle Hunter jest na wpół ślepy, i wystarczyłoby mu po prostu machać łapami jak wiatrak, względnie dźgać badylem (i nie przestanę robić z tego jaj, odkąd Predators obniżyło poprzeczkę). Obwody przepaliło i Silverowi, na jego własne życzenie:

Jesteśmy w dżungli, pierwszego dnia zdjęć termicznych, i oczywiście jest upał. Odpalają kamerę i mamy po prostu kalejdoskop. Ludzi nie wyłapiesz. Joel Silver drze się na mnie: "Co się do diabła wyprawia? To naruszenie kontraktu!", mówię mu: "Cóż, Joel, nie dostałeś wiadomości? Mówiłem, że powyżej 34 stopni nie da się zobaczyć człowieka", na co on: "To co chcesz zrobić?". Zasugerowałem: "Musisz schłodzić dżunglę. [...] Opryskaj ją wodą". Spakowaliśmy się. Następnego dnia próbujemy jeszcze raz. Przywieźli cysterny z wodą i opryskujemy dżunglę. Opalamy kamerę, nadal gorąco, nadal kalejdoskop. Joel Silver znowu na mnie wrzeszczy, że "Naruszenie kontraktu!". I wtedy mnie olśniło, że te cysterny są czarne, i ustawione na słońcu, więc leją ciepłą wodę. Mówię: "Okej, Joel, musimy dostać zimną wodę. Lodowatą". Następnego dnia pojawili się z cysternami z lodowatą wodą, oblewają dżunglę, i wszystko działa. Ludzie wychodzą świetnie, wszystko gra. Ale oczywiście, jak to w naturze, już nie było upałów, temperatura opadła i nie potrzebowaliśmy używać tej wody aż tak.
- Hynek

*

W porównaniu spięcia były banalnie proste, stara dobra animacja "rysunek na papierze, fotografia, wkombinować w klatkę". Jeśli kogoś ciekawią naprawdę szczegółowe duperele, jako punktu odniesienia używano Cewki Oudina. 

____________________
źródło:

12 czerwca 2023

O powstawaniu "Predatora", cz. 3: Jesteś w dżungli, skarbie, zginiesz tutaj marnie

Jednym z mniej oczywistych wniosków, które przychodzą przy porównywaniu ksenomorfów z Yautja, jest dychotomia wnętrze-zewnętrze (odpowiednio) - pierwsi straszą w korytarzach, drudzy w plenerze [na tym przejechały się oba AVP]. Żeby było śmiesznie, plany zdjęciowe ładnie to odzwierciedlały. I dlatego w tegorocznym odcinku wcale nie cicha bohaterka planów wszystkich, fanfary, dżungla.

Nie należała ona do prostych współpracowników, co to, to nie. Mieszczuchom strefy umiarkowanej szybko pokazała ich miejsce; pewnego razu zatrucia pokarmowego po niefiltrowanej wodzie hotelowej dostali wszyscy, poza reżyserem, który miał paranoję na punkcie przynoszenia "swojego" prowiantu, i po usłyszeniu "Cięcie!" zrobił się wyścig ku wygódce. Nie mówiąc o efektach dźwiękowych zza gwatemalskiej strony granicy, zapewnianych przez lewicowych rebeliantów. 

Szwarceneger z boa cesarskim (B. imperator, nie ma chyba polskiej nazwy)

Jednak spécialité de la maison dżungli byli ci, co skaczą, i pełzają - jadowite węże, pijawki, komary, i żaby, zwłaszcza żaby.

Hotel, w którym mieszkaliśmy w Meksyku, był tuż przy skraju lasu, i na trawniku były setki żab wyskakujących z tego lasu. Więc część z nas weszła tam i zgromadziła masę tych żab, wielkich, jak pół bochna chleba, i wypełniło nimi brodzik w prysznicu w pokoju Stana [Winstona]. Później się ukryliśmy i czekaliśmy, co się wydarzy. Kiedy Stan wrócił do pokoju, po kilku minutach słyszeliśmy, jak wrzeszczy: "Żaby! Żaby! W moim pokoju są żaby! Kto wpuścił żaby do mojego pokoju!?". 
- Richard Landon, facet od mechaniki (jak jest po polsku mechanical designer?) 

Pierwszym i jedynym podejrzanym Winstona był jego stary kumpel, Arnie. Jako że byli dorosłymi, odpowiedzialnymi ludźmi, to miało ciąg dalszy:

Kazał nam pozbierać żaby i wrzucić do pokoju Arnolda. Tyle że nie mieliśmy pojęcia, że żona Arnolda, Maria Shriver, odwiedzała go tego weekendu. I to nie Arnold znalazł żaby, tylko właśnie Maria. I nie bawiło jej to. 
- znów Landon

Panowie nie wyjaśnili sobie tego, przez lata każdy czekał na przeprosiny tego drugiego. I ciągnęłoby się to do 2008 (roku śmierci Winstona), gdyby nie nocne  talk-show, kiedy to Schwarzenegger zapewnił o swojej niewinności przed milionami świadków, a Shane Mahan (spec od mejkapu protetycznego) przyznał się do numeru. 

Ikoniczne Wynurzenie, w tle wodospad Misol Ha, 15 km od Pelenque

Biotop też dołożył swoje - wiedzieliście, że nocą w lesie tropikalnym jest zimno? I pamiętacie, że przez całą walkę z Jungle Hunterem Schwarzenneger musiał być utytłany błotem? A technicznie gliną ceramiczną? I że błoto-glina prawem termolokacji wchłania ciepło? Co powinno wykluczyć wszelkie szanse na zniknięcie kosmicie z radaru, gdyby fizyka działała poprawnie?

Więc żeby im chłop nie wpadł w hipotermię, poili go sznapsem. Niestety Schwarzenneger to Austriak, nie Słowianin, więc te 40% tylko go nabzdryngolało. Choć w sumie musiało mu to pozwalać na ignorowanie zimna, więc win-win. Opcja z lampami odpadała, bo wtedy odpadało błoto. Dosłownie.

O ile Arniemu przeszkadzać w wodzie mogły tylko pijawki, to Kevin Peter Hall przebił stawkę - jego kostium już "na sucho" ważył z dziewięćdziesiąt kilo, a pianka lateksowa nasiąka. W wywiadzie Hall stwierdził, że "to nie był film, tylko historia przetrwania".

Pelenque to też ruiny Majów koło miasta. Od lewej: Arnie, Maria Shriver, Brian Simpson, Hall, nie wiem, Steve Wang (rysownik i rzeźbiarz), i parę innych osób

Co dziwne, uszkodziły się tylko dwie osoby: kaskader zastępujący Arniego podczas skoku z klifu do rzeki rozwalił se kolano, a reżyser po powrocie do Stanów zorientował się, że złamał nadgarstek przy upadku z drzewa. Było mu zbyt głupio, żeby się przyznać.

14 maja 2022

Kodeks Boturini i co słychać w EtnoMuzeum

Aktualnie sztuka współczesna Inuitów, stroje świąteczne i azjatycko-afrykańskie przydasie.

Z Inuickich najbardziej mi się podobały te z udziałem morza - tu zdjęcie tylko jednego, drugie wyszło zbyt niewyraźnie:

przy czym na pierwszym były jakieś foko-widmo-humanoidy w strefie przybrzeżnej, chyba nawiązanie do mitu pochodzenia ludzi, że się z morza wyłonili. Zwiedzałam bez przewodnika i nie bardzo znam zamysł autora.

Na wystawie o świętowaniu zrobili jump-scare'a - przy eskpozycji ze strojami kolędników jest na suficie głośnik aktywowany na ruch, mogli chociaż coś nakleić na podłodze, można od zaskoczenia wpaść na szybę.

Chodziło mi akurat o pudełko. Wzór ładny, ukraińskie

Drugi jump-scare jest na części afrykańskiej, jako hologram. Poza tym mają tam multum figurek, a otwierająca to sala rozwaliła mnie:

Pusto i biało, z jednym smutnym ciosem

Reszta już przystępna, pomijając takie natężenie światła, że aparat w komórce ledwo łapał. 

Jedyne wyraźnie zdjęcie z części afrykańskiej

Nawet multimedia mieli, to se w części azjatyckiej poczytałam o budowie samurajskiego miecza i instrumentów posłuchałam, vaji (cholernie ciężko tę nazwę znaleźć, jak się nie kojarzy, jako co klasyfikują ten typ - harfa łukowata, z Afganistanu) i "końskie skrzypce" to coś nowego.

Katar (hinduski sztylet), odmiana sprężynowa

Grzebyk z gabloty kobiecej - jest tu, bo to jedno z wyraźniejszych zdjęć

Detal ze stroju domowego z gabloty kobiecej

I wreszcie - Kodeks Boturini, dla którego tam przyszłam. Bardzo ładny doppelgänger. 

Tablica z interpretacją (wyżej) i odpowiedni kawałek kodeksu (niżej)

Detal - wzgórze z chyba pasikonikiem

Tłumaczenio-interpretacja po angielsku:

05 lutego 2022

Ku chwale kakaowca

Długo można narzekać na zwyczaje rdzennych Mezoamerykanów (jak się nie lubi krwi), ale jedno musi ocieplać ich wizerunek - czekolada.

Dość dla Majów pechowo, Jukatan to średnie miejsce dla kakaowców - mało wody, braki na cieniu, pogoda postrzelona jak koń po westernie - ale znaleźli na to sposób. Bo to pomysłowi ludzie byli, bardzo wynalazczy. Otóż Jukatan jest ubogi w rzeki i jeziora, ale w zamian ma cenotes. Dużo cenotes. A w nich masę wody.

Na jedenaście lejów przebobrowanych przez zespół amerykańsko-meksykański, w dziewięciu udało się dogrzebać teobrominy i kofeiny typowej dla kakaowców, plus schody, rampy, ołtarze i trochę jadeitowo-ceramicznych szpargałów, np.: w takim Dzadz ion niedaleko Coba (45 km na północny wschód od Tulum) było ramię figurki, kadzielnica, ceramiczne ziarna i kilka kakaowców. Kiedyś miało się szacunek do tego, co się jadło.

Ręka z bransoletą i, eee, jakiś kawałek ceramiki

Sztuczne ziarna. Niestety skali brak

Stukilometrowy szlak handlowy w pobliżu lejów sugeruje, że możni kontrolowali hodowlę. W końcu ziarna kakaowca były dla Majów tym, czym cebulki tulipanów dla XVII-wiecznych Holendrów. Znaczy pieniędzmi. Mieli nawet osobną boginię od kakao, Ixkawkaw.

31 października 2021

Meksykański chlebek dla zmarłych

[Przepis to średnia dwóch innych, które można znaleźć tu i tu.]

Miałam tu wrzucić to o tabliczce do wypędzania niesamodzielnych duchów, ale wisiało mi na pulpicie,  a miałam robić porządki.

Jedna pożarta. Te mają po około piętnaście centymetrów średnicy

Składniki:

- 700 g mąki (niecałe 4 szklanki)
- 7g suchych, lub 25 g kostkowych drożdży
- 150 g masła
- 200 ml mleka (2/3 szklanki)
- 5 jajek
- 1 łyżeczka soli
- 100 g cukru (1/2 szklanki)
- zależnie od upodobań, można dosypać trochę anyżu, cynamonu albo wody z pomarańczy

Drożdże wymieszać z połową szklanki mąki i mleko do gładkiej konsystencji (przyda się też łyżeczka cukru na pożywkę dla drożdży). Odstawić zaczyn na pół godziny pod ścierkę w ciepłym miejscu.

Do gotowego zaczynu dodać resztę mąki, jajka, cukier, sól i wybrany dodatek, wymieszać dodając stopniowo stopione masło. Wyrobić na gładko, ugnieść w kulę i zostawić ją w misie pod ścierką na około 2 godziny.

(Dla pewności ciasto można "przewrócić flakami na zewnątrz" - zrobić pięścią dołek w kuli, po czym wgnieść weń brzegi. Można też wstawić do lodówki na kilka godzin, żeby łatwiej je było wyrabiać.)

Podwojone objętością ciasto rzucić na oprószony mąką blat, podzielić na dwa większe bochenki (albo cztery bułki), przy okazji zostawić kawał ciasta wielkości mandarynki - z niego zrobić cztery (lub osiem) wałeczki oraz dwie (lub cztery) kulki. Ułożyć na tacy i przykryć ścierką na kolejną godzinę.

Piekarnik na 180 celsjuszy. Przy pomocy wody przylepić do bochenków "piszczele" i "czaszki". Piec około 30 minut (zależnie od wielkości półproduktu - na bułki wystarczy 25 minut, na chleby ze 40) aż do nabrania złocisto-brązowego koloru.

Świeżo wyjęte z piekarnika wypieki posmarować resztkami stopionego masła i obsypać cukrem. Jeść, jak już nie grożą oparzenia tkanek szczęk.

"Czarne", Anna Kańtoch

Zaczynając książkę, myślałam, że moją największą zagwozdką będzie czy ktoś funkcjonujący w pierwszych trzech dekadach XX wieku mówiłby flirt...