22 maja 2026

Stranger Things - sezon 4 (2022)

To jest ten moment, kiedy niektóre grzyby w barszczu okazują się halucypkami. Chwila, w której z opóźnieniem wpada cały na biało rząd USA, wywołała u mnie flaszbaki z drugiego odcinka Lovecraft County, przy którym dostałam zwarcia na zwojach, usiłując połączyć totalnie randomowe pomysły scenarzystów. Tyle, że sezon 4 przynajmniej obejrzałam do końca.

Wesołą kompanię podzielili na trzy grupy, a właściwie cztery, jeśli liczyć wypad solo Płateczka Śniegu do Krainy (Ponownego) Rozszerzania Granic Umysłu. Szkoda, że nie naćpali jej LSD, żeby przyspieszyć - może by jej się odblokowało coś nowego, na przykład "popchnięcie" (miało być o lataniu, ale ona już przecież lewitowała. Zepsuli mi żart 🙁). Reszta miota się między ratowaniem Płateczka, rozkminianiem rzezi nastolatków [dlaczego zawsze ta grupa wiekowa, dorośli reagują zabawniej] w centrum oka cyklonu, a praniem po mordach Ruskich, co było całkiem satysfakcjonujące.

Akcja w Hawkins wygląda jak kombinacja Ulicy Wiązów z West Memphis Three i jedyny raz na serial pokazuje małomiasteczkowy popłoch milczenia owiec wobec lokalnego basket case (który tym razem naprawdę jest basket case, nareszcie scenarzystom przypomniało się o relacjach społecznych [Jeszcze do tego wrócę]). Mieszkańcy miasta w końcu się ocknęli, że przez ostatnie trzy lata coś się działo, i załatwili to raz a dobrze - szósty odcinek pokazuje, jak głęboko w okrężnicy mają policję (no powaga, nie mieli prawa spacyfikować nawołującego do przestępstwa wariata?), od kiedy wyparował Hopper, jedyny z kręgosłupem - ale nie pomyśleli, że to jakiś spisek rządowy, wzorowi obywatele. Ani nie oskarżali Sowietów. Chryja z Sowietami nie mogła przestać mi się kojarzyć z czwartym Obcym (nie, Dufferowie, nie wmówicie mi, że to była "trójka", nie po ósmym odcinku). Nagle pojawił się problem, że Trzecia WŚ będzie przypominała rozgrywkę D&D. Albo to się skończy inwazją a la Jurassic World. Czyli generalnie w sześć (cztery?) lat przeszliśmy od Szczęk do polityki.

Postaci
Plot twist, że wszystko było połączone przez jednego, wkurzonego na Płateczka złodupca, był jakiś... na siłę. To zaczyna przypominać mem z marionetkami:

Niedługo zacznie brakować marionetek

Ostatecznie złodupiec przejechał się na nadmiernym patetyźmie i kiju od mopa robiącym za drugi kręgosłup; gdy jeszcze był Zbyt Przyjaznym Dyżurnym, ratowała go możliwość poruszania twarzą, ale w makijażu protetycznym miał mniej więcej takie opcje ekspresji co po botoksie. Co wychodzi jeszcze boleśniej, gdy sobie uświadomić inspirację. Modus operandi OK, straszny, ale nie DWADZIEŚCIA razy! Freddy Kruger i To byli kreatywni, Państwo Romans-Kinga-I-Ejtisów. I nie zaględzali do urzygu - zwłaszcza siedmiolatek, które nie mają możliwości skupić się na takim monotonnym słowotoku.

W związku z czym Brenner deklasuje go o lata świetlne jako Zło. Ten facet jest... całkowicie pozbawiony jakichkolwiek redemption qualities. Wiadome już od pierwszego sezonu, a ten tylko to potwierdza - jedyna sytuacja, kiedy wykazuje ludzkie odruchy, żartując z jednym z obiektów testowych, pikuje do "creepy" w pierwszej sekundzie spotkania po latach z Płateczkiem. Nawet Slade z Teen Titans wzbudza sympatię, a do obu tych gości ma się ochotę wezwać policję, gdy tylko znajdują się mniej niż dwieście metrów od dowolnego dziecka lub nastolatka. Jedną z bardziej niepokojących oznak tego, jak bardzo Brenner zniszczył umysły eksperymentowanych dzieci, jest infantylne zachowanie tych najstarszych - nie mówiąc już o szczuciu na siedmiolatkę i obroży elektrycznej. I o co mu chodziło z trzymaniem niestabilnego emocjonalnie dorosłego, potężnego Pacjenta Zero (Jeden?) tuż przy małych dzieciach? To jakiś pokrętny odpowiednik komór gazowych, żeby odciążyć psychikę żołnierzy w razie likwidacji nieobiecujących egzemplarzy? Przeżyją najbardziej obiecujący? Zdechnięcie w piachu i wzgardzie ostatniej ofiary to odpowiednia karma.

Motyw "Zabijmy Nowe Lubiane Mięso Armatnie" ma się świetnie. Eddie, pomimo Momentu Rolanda, był zdecydowanie ciekawszy niż stała obsada... gdzieś do przedostatniego odcinka, bo Sacrifice™! I szkoda, że śmierć Chrissy nakręcili przed sceną w lesie, bo podobno mogłaby wytrwać dłużej; choć z drugiej strony - uratowało ją to przed niechybną dekompozycją charakteru. Jakimś za to cudem ten były klawisz, Antonov, doczołgał się do finału (a miał nie) chyba nie chwytając aż tak widowni za serca, więc już nie wiem, na jakiej zasadzie działa ten odstrzał - ruletka, kurwa? Bo Robin jest lubiana, a przeżyła dwa bajzle bez złamanego palca, a nawet zdobyła dziewczynę.

Wytrwale trzyma się i degradacja Starego Mięsa Armatniego W Sezonie Ochronnym - nie dlatego, że postaci było za dużo jak na trzynaście godzin, ale... 
piękny rozwój Nancy jako badassówy kręci się w miejscu przez pierdolony, odgrzewany kotlet quasi-trójkąta (nawet spece od dźwięku się zgadzają - kawałek lecący przy jednym z tych kopniętych flirtów z byłym to ten sam, co gdy ostatni raz widziała Barb. A co wtedy Barb mówiła? "Nancy, zachowujesz się jak nie ty". Posłuchaj przekazu podprogowego, dziewczyno);
 u Jonathana boleśnie widać, że nie mieli na niego żadnego pomysłu niż naćpać w trzy dupy i szoferować księciu poszukującemu księżniczki (z przerwą na bycie emotional support petem brata);
 wszystkie statki Steve'a zatonęły ale i tak każą mu wtryniać się w sytuację koleżanki, jakby nie mógł się pogodzić z koszem. Słowo daję, ten typ miał lepszą chemię z Eddiem niż Nancy (nie, nie shippuję - byli po prostu bardziej wiarygodni jako ludzie). Ktoś na górze musi go nie znosić;
 relacja Hoppera i Joyce (która ostatecznie przestała przejmować się potomstwem i znalazła nową pasję) była tak samo pasjonująca co wędkarstwo przeremblowe dla ADHD-yka;
 Mike istnieje wyłącznie dla robienia maślanych oczek na Płateczka - i żeby uratować sytuację w finałowym odcinku Atomową Siłą Miłości™ (Strażnicy Galaktyki 2 zrobili to lepiej)...
 ...a Will na niego. Przykro patrzeć, jak chłopak najpierw spędził dwa sezony jako ofiara tortur, a następne dwa w toksycznej pseudo-przyjaźni z egoistą, trzymając się w fabule chyba tylko jako token. Nic, tylko chomik spóczucia 🐹.

Finał postawił mnie w pewności, że showrunnerzy nie umieją pozbyć się postaci z długim stażem. Skrewili trzykrotnie, to czemu by nie czwarty raz? Z takim nastawieniem ciężko się wczuć w niebezpieczeństwo.

Aż się dziwię, że to mówię: Jason, ten koleś, który zapoczątkował nagonkę na Eddiego - szkoda mi go. Naprawdę. W jednym wywiadzie aktor od Lucasa powiedział, że dziwi się, że więcej ludzi współczuje zatwardziałemu psycholowi i rasiście Billy'emu, niż Jasonowi, który tylko dziwnie znosił żałobę po drastycznej śmierci ukochanej. Jasne, Jason był religijnym świrem, ale w chwilach poczytalności dusza człowiek. To, że kamera nie przejęła się jego śmiercią, było podłe - wizja jechała dalej, jakby gość był losowym pechowcem z fafdziesiątego planu. Trudno było pokazać go, jak próbuje się ratować?

Nietrudno też nie zauważyć, że prześladowczynie - Carol, Angela, na upartego ta dziewczyna, która śmiała się z Max i Płateczka w obuwniczym sezon temu - to wredne suczydła, ale prześladowcy? Na prawie każdego znajdzie się jakiś smuteczek, za który chce się go poklepać po pleckach. Dlaczego dorośli ludzie upierają się robić z nastoletnich dziewcząt jednowymiarowe, głupie krowy rodem z poprzedniodekadowych blogasków, is beyond me.

Za pierwszym obejrzeniem - trzeba było aż dwóch - nie rozumiałam, o co chodziło Max z tym żalem po Billym, dlatego tym z podobną zagwozdką polecam Wszyscy mówią na mnie Max; może i nie do końca ten sam tier wiarygodności, ale staje się jasne, że Max miała wobec niego podejście I Can Fix Him, a przynajmniej zrozumienie, jak bardzo zniszczył go jego stary i żal napędzany gdybaniem.

(W ogóle - był kiedyś taki fanon [actanon?] Winony Ryder i Davida Harboura, że Jonathan mógłby być dzieckiem Hoppera; najstarsze źródło to chyba z 30 kwietnia 2023 i generalnie Harbour i Ryder przedstawili to Dufferom, ale wyszło na nie - co chyba byłoby pierwszym przejawem konsekwencji lore'u przez nich, biorąc pod uwagę wpływ Agent Orange na długo przed '67/'68, a Jonathan nie ma problemów zdrowotnych.)

Wizualia, logistyka, blaski i cienie
Ten sezon jest smutnym przykładem na to, że więcej czasu nie oznacza automatycznie lepszego budowania historii. Miałam wrażenie, jakbym oglądała trzy kompletnie różne filmy, które przypadkowo zmontowano razem i dla niepoznaki wstawiono wspólne zakończenie, że taki był plan - cokolwiek by narzekać na nowy, flashy klimat sezonu 3, tamtejsze wątki wyglądały jak spod tej samej ręki. Tu? Każdy ma inny klimat, estetykę, nawet tempo. Całość sprawia wrażenie, jakby usiłowano przedłużać na siłę - stąd te wszystkie romanse goniące własne ogony. Cały wątek Max i Lucasa - spoko, to bym zostawiła, zaczynam lubić Max. Szkoda, że nie mogłam się na tym skupić, bo paplanina innych smażyła mi mózg.

Najgorsze, że zapowiadało się nieźle - pierwszy odcinek był bardzo dobry, ale od trzeciego wątki zaczynają żyć własnymi życiami; potem początek odcinka piątego i już zapominam, o co chodziło w każdym, taki pierdolnik. Drugą połowę sezonu muszę się posiłkować wiki, a finał to masakra dla szarych komórek, za którą odpowiada uwielbienie Vecny do słuchania własnego głosu (którego spokojnie można by uniknąć, zostawiając sam obraz i rezygnując z tej mętnej ekspozycji) oraz domykanie KAŻDEJ DUPERELI - jest powód, dlaczego prezentowanie pobitewnych aftermatchów nie jest popularne, a tym ciołkom oficjalnie udało się pobić scenki rodzajowe z Shire po koronacji. I zapewne na darmo - założę się, że powtórzą część tych smętów w piątym sezonie [notka: piszę to przed jego premierą]. To chyba jedyny raz, kiedy cieszę się z pójścia na łatwiznę (podpalenia stworów na Kamczatce), bo NIECH JUŻ SKOŃCZĄ, TO SIĘ WLECZE GODZINĘ! I tak dramatyzm śmierci Eddiego i (tymczasowo) Max poszedł się tarmosić w krzaki.

Efekty specjalne, zwłaszcza od czwartego odcinka, są niesamowite, bynajmniej nie na swoją korzyść. Trzy z hakiem razy wyższy budżet (względem poprzedniego sezonu) rozdrobnili na pnączomacki, demogorgona-białasa, demogorgoniątka, łamanie kołem kończyn, twarz Millie Bobby Brown, Drugą Stronę przed wjazdem Ubermenscha... co oznacza, że wszystko wyszło po równo niedopracowanie - ale najbardziej gryzie w oczy ta twarz Brown na siedmioletniej stand-in (nie wiem, czy mapowali dorosłą, czy archiwalne z pierwszego sezonu, ale efekt i tak był zbyt nieproporcjonalny i rozmyty) i Vecna lecący przez napierdalającą w niego burzę. Wzmianka specjalna pod adresem zbyt płynnego prowadzenia kamery na pustyni w przedostatnim odcinku.

Że sens trzyma się w tym interesie na ślinę i przyklepane, wiadomo nie od dziś, ale dziury w scenariuszu jak na polskich drogach wywołały całą masę mindfucków, których nie warto wrzucać w osobny post. Nad tymi rzeczami nie da się dyskutować, po prostu... są jak współczesne domy w Sudetach. Chyba, że ktoś mi wyjaśni, jakim cudem ruska lala nie zapaliła czerwonych lampek w urzędzie pocztowym; jaki miałby być cel istnienia ekranów wewnątrz cysterny deprywacyjnej inny niż dekoracja; czemu psiarnia nie przejęła się jadącą na pełnym regulatorze konferencją międzywymiarową (której uczestników mieli przesłuchiwać); czemu dopiero teraz złote cząsteczki sygnalizują prąd (skoro w pierwszym sezonie radzili sobie bez nich); po kiego te dwa tłuki siedzą w przyczepie, zamiast zablokować bramę przed gackami i spierdalać (imperatyw GOT?); skąd roczny pustostan nadal ma bieżącą wodę; albo O CO, U DIABŁA, CHODZI Z TYM POŚWIĘCENIEM? Nie widzisz wyjścia, to przynajmniej utoruj innym drogę doń? To już urasta do kultu, to nie jest zdrowe. Amerykańców to jara?

Oraz - o rondlu Willa litościwie milczałam przez trzy rundy, ale patrząc, jak zajebiście wyglądała Płateczek (zanim ją ostrzygli na Słowiańskiego Blokersa) - nie, Joyce, nie masz faworytów, wcale [to akurat LOL, nie JPRDL].

Mimo wszystko mieli te nieliczne przebłyski dużo powyżej poprzeczki, vide zmiana sceny liceum-niebo-przyczepy (nie znalazłam, czy to ma techniczną nazwę) w odcinku 2; mastershot z inwazją domową i płonąca kołyska w odcinku 4; treningowe ciskanie dziećmi o ściany, jakkolwiek okropne, o fenomenalnym montażu oraz jedyny dobry żart sezonu, gdy Max zabiera lornetkę - oba odcinek 6; scena z wymianą gróźb między Lucasem a Ericą (ni mnie grzeją, ni ziębią, ale aktorzy zagrali bardzo fajnie) w odcinku 7; i jak zwykle wspaniała aktywacja świateł z drugiego wymiaru (sentyment do początków), jakkolwiek niejasne są same światełka.

https://rzekaswiadomosci.blogspot.com/2024/12/modziezowkowe-bingo.html

Najwyraźniej robi się z tego tradycja:
odcinek 1
▶ Płateczek zmiotła cały projekt i wybuch na Alfa-Biczę? Dufferowie, whattaya doin'?
▶ to już 3 innuenda, a to dopiero 43 minuta sezonu 😬
▶ jak się fajnie złożyło, że Max mieszka naprzeciwko Eddiego
▶ "Happy Screams" przy Chrissy i Eddiem - touché, montażysto
odcinek 2
▶ znowu przerzut wątku mijanką!
▶ ciekawe, czy „słoń” to wadliwy, czy standardowy egzemplarz ruskiej myśli technicznej?
▶ diler ogląda filmy o ćpaniu? Pffft!
odcinek 3
▶ polski lektor – przyrodni to z 50% pokrewieństwem, nie adopcyjny
[powiązanie teoretyczne z przyczepami] starożytne cmentarzysko Indian XD
▶ żarcie w łagrze apetyczniejsze niż w kapitalistycznych liniach lotniczych (bo chowałam się na strączkowych i razowym?) 
odcinek 4
▶ ciągle cola – produkt placement wraca
▶ dlaczego ona ciągle mówi „cycki”!? 😫
▶ że też paranoik jak Murray nie domyślił się z naszprycowaną kawą
▶ dlaczego nie zabrałeś całego plecaka, ośle, tylko jeb na maskę i multum kaset w objęcia!? 🤦
odcinek 5
▶ Max niezgorzej rysuje (tylko nie ludzi), wyprztykała Holly z czerwonych kredek
▶ a Nancy składanie obrazków idzie lepiej, niż w 1 sezonie
▶ raz 7Up nie cola
▶ miło, że pamiętają o ściganym przez psycholi Eddiem 😭
odcinek 6
▶ znowu cola – nie mają w tym świecie pepsi?
▶ czemu tacy zdziwieni, że las był wokół jeziora? że niby że Eddie nie zwiał dalej?
odcinek 7
▶ czy potworny nietoperz skamlał jak szczeniaczek!?
▶ doba od Patricka i Max się rozluźniła z Kate Bush
▶ bramy i klątwa – oficjalnie przeszliśmy do fantasy
▶ kotłownia jako nawiązanie do Ulicy Wiązów? Subtelnie, jak na ten serial
▶ zgadnijcie? cola! (+ wzmianka o spricie)
▶ ofkors, że 11 przeżyła jako jedyna, bo była najwyjątkowsza z wyjątkowych 🙄
odcinek 8
▶ te macki na krześle to już estetyczna przesada, wystarczyłyby uwięzi 
▶ albo ruski demogorgon jest wytrzymalszy od przeciętnego ksena, albo ruskie karabiny do luftu
▶ nic dziwnego, że Jonathan ma papkę zamiast mózgu, skoro spędza tyle czasu z reggae (no hard feelings, ale dobór kawałków… zgrywają się rytmem z prędkością serialu)
▶ Jason, weź nie naruszaj jej przestrzeni osobistej!
▶ stary to creep – dlaczego dotykasz jej twarzy!?
odcinek 9
▶ 5–te (?) innuendo? Mam dość, ten sezon to więzienie
▶ jasne, że zsześdziesionował ich MAGA–owiec
▶ chwila, kto to był Chrissy?
▶ to slo–mo z otwartymi buźkami, I can’t XD
▶ legitnie zapomniałam, że Nancy była częścią ekipy (i kto to ta laska w berecie?)
▶ wolność złowa to ZŁO – przestań siać panikę, dziadzie! I tak jest burdel
▶ Karen – przez dwa dni nie kontaktowałam się z 1/3 potomstwa, luz!
▶ Jonny, kopiesz sobie grób; dajcie już Nancy żyć bez tych dwóch cymbałów!
▶ wielki powrót coli!
______________
ilustracje: strangerthings.fandom.com i wikipedia.org

08 maja 2026

Projekt Hail Mary (2026)

Niestety książki prawie zapomniałam - recka ma 3 lata! - więc porównanie będzie z tego żadne. Mgliście kojarzę, że lokalizacja Grace'a swojego miejsca we Wszechświecie tutaj przebiegła szybciej i bez "tentegowania w głowie", i że brakuje paru postaci i scen. Oraz wytłumaczenia, z jakiej paki sondy to imiennicy Beatlesów.

(Za to dobrze pamiętam, że pominęli cytat o Predatorze, bo to był mój ulubiony moment.)

(I że AI-niańka jest tak samo natrętna - pół sekundy na odpowiedź? Po latach unieruchomienia układu mowy? Kto to, kurna, programował?)

Trzymam się starych opinii, że bliskie spotkania trzeciego stopnia ludzkości ogółem to przepis na zagładę, ale jednostkowo może wypalić (ludzkość vs astrofagi a Grace vs Rocky); że komunikacja międzygatunkowa jest super (jeden z najlepiej oddanych elementów); że Stratt lubię, choć tu chyba ją trochę ułagodzili; że humor jest dobry; i że brak przypominajki to spłuczka U-1206 ery lotów kosmicznych.

Rozwaliła mnie ta tablica z 20 minuty z marszem ewolucji - tak, garniak to naturalny element antropogenezy 😂.

Ktokolwiek przyklepał cholernego Harry'ego Stylesa w soundtracku, powinien dostać plaskacza w tył głowy.

Estetycznie statek Rocky'ego przypominał mi trochę bambus, trochę o Beksińskim (zawsze na propsie 😛), z wnętrzem à la tył półki z książkami w Człowieku zza półki z książkami Interstellar. Czy samego sobie Rocky'ego sobie tak wyobrażałam... nie pamiętam, bo oczywiście nie chciało mi się drania rysować (jako i mapy w Żądlaku). Ujęcie z perspektywą z szóstej minuty jest bardzo dobre. I nie wiedziałam, że w próżni można latać tak chaotycznie (bo w życiu nie prowadziłam w próżni [a kto prowadził?]). Soundtrack miejscami jak ambient z growego The Invincible (LEMA!), choć minus za niewykorzystanie Satellite 15... The Final Frontier Iron Maiden.


Project Hail Mary
reżyseria: Phil Lord, Christopher Miller
scenariusz: Drew Goddard
występują: Ryan Gosling, Sandra Hüller, James Ortiz, Lionel Boyce, Priya Kansara
___________
poster: movieposters.com

25 kwietnia 2026

O powstawaniu "Obcego", cz. 5: Uściski na śmierć i życie

Jest taki typ pomysłów, na które wpada się nocą, odparowując po "dłuższej chwili tentegowania w głowie" - to coś mówi, że Shusett musiał zrywać waletującego u niego O'Bannona z kanapy, rozwiązaniem problemu władowania ufoka na statek "przeleceniem jednego z członków załogi". Dekady później O'Bannon stwierdził, że to już on wybrał na ofiarę faceta, żeby uniknąć niewłaściwych pomysłów od męskiej części widowni, i bo to było mniej oczywiste (nie przypuszczaliście, że to film feministyczny, niet?).

OBCY, FAZA PIERWSZA. Małe stworzenie, mogące przypominać ośmiornicę, które czeka w pojemniku, aż zjawi się ofiara. Gdy ktoś dotknie pojemnika, pokrywa opada, a mały obcy (w fazie pierwszej) wyskakuje ze środka i przywiera do twarzy ofiary.
- list do Gigera, 11 lipca '77 [za: Robert Filipowski]
Cobb i coś, co niebezpiecznie przypomina ten strzępek z Life

Tak jak Jajo, Twarzołap był ściśle jednej funkcji - co w tym przypadku oznaczało organ reprodukcyjny. Zmysł praktyczny Gigera miał się na czym wyżyć.

Latający omlet in question

Wyglądało to jak latający omlet. [...] Dodałem więc ogon, który działał niczym sprężyna zabawki wyskakującej z pudełka. Spodobał mi się ten pomysł, bo był w duchu Lovecrafta. Zacząłem od ciała, który przypominało wielki narząd płciowy, bo tak naprawdę nim było, i dodałem dwie dłonie, którymi stwór mógł się trzymać głowy. Ponieważ musiał otworzyć usta ofiary, dodałem też narząd przypominający instrument, którym starożytni Egipcjanie otwierali usta zmarłym, żeby wypuścić duszę.
- Giger o redagowaniu O'Bannonna [za: RF]

Praca 364, nie do końca łapiąca twarz
Praca 365, z... pijawką?

Projekt przeszedł chrzest bojowy, siejąc panikę wśród celników na lotnisku w Los Angeles, co zmusiło producentów do pofatygowania się po aerografy osobiście. Druga faza testów, na ciele producenckim, wypadła wprawdzie pomyślnie, ale aż za bardzo - w końcu to był, jakby nie patrzeć, przywierający narząd. Zresztą pojemnik nań, o, eee, przeciwnej inspiracji anatomicznej, też nie wzbudził sympatii. Po chrześcijańsku.

Drugi pomysł Gigera, który przeszedł tylko w nowelizacji Fostera

Odpowiedzialność zepchnięto na Dickena, skoro i tak miał się zająć Rozrywaczem. W teorii model wystarczyło zmniejszyć, a w praktyce jeszcze tu ująć, tam dodać, co bardzo szybko zmieniło się w chaos przepychania własnych gustów, niezłagodzony nawet wizualizacją Scotta przy pomocy Necronomiconu (albumu Gigera, nie magicznej księgi). Totalnie przebodźcowionego Dickena przejął O'Bannon i skleili wersję-Frankensteina, która dostała zatwierdzenie. O dziwo, ta wersja przetrwała z grubsza nienaruszona, poza zmianą koloru z zielonego na skórę człowieka rasy kaukaskiej w ramach nowego i uwiarygadniającego sytuację gamechangera.

Zaprojektowaliśmy Twarzołapa jako coś, co właśnie wyszło z łona. Z tego powodu postanowiliśmy zostawić naturalny kolor skóry. Ilekroć próbowaliśmy przemalować go na inny kolor, wyglądał sztucznie i mniej przerażająco.
- Scott przypisuje sobie zasługi, choć to O'Bannon, of all the people, przyklepał zmianę

Dicken i modele

A że nie ma łatwo, "penis we wczesnym stadium" i mały Alien stały się kością niezgody w zimnej wojnie Gigera i Rogera Dickena, absolutnie na życzenie tego pierwszego, który był oddelegowany wyłącznie do fazy dojrzałej, ale uparł się, że Dicken nie umie w 3D-fikację jego dzieł.

Strzelanie gumową wersją w Johna Hurta sfilmowano w dokrętkach, 22-23 i 30 listopada. O dziwo, nie był to najbardziej każący przemyśleć wybór kariery element scenariusza. Czy to w ramach swojego perfekcjonizmu, czy dziwnego solidaryzowania się, dyrektor użyczył własnych rąk, nawet, jeśli wyraźnie za grubych w porównaniu. I mimo, iż ciągle piszę o "rzucaniu" kukłą, w realu pacali nią, przyczepioną do rękawiczki, po obiektywie.

Zamontowaliśmy jajo do góry nogami na scenie, a następnie wystrzeliliśmy. Kiedy już wszystkie bebechy wyleciały, wsadziliśmy do środka gumowego twarzołapa. Jeden z ludzi wspiął się na jajo i przez jego podstawę wypchnął twarzołapa prosto w obiektyw kamery.
- Nick Allder, nadzorca efektów specjalnych [za: RF]

Inspiracja dla proszonej kolacji z Beetlejuice?

Pozostałe trzy sceny uwzględniające Twarzołapa - nieudaną próbę usunięcia z zachowaniem twarzy (11 i 14-15 sierpnia), trupa ex sufit i autopsjo-nekropsjo-whatever (16-17 sierpnia) - bez większych wpadek niż zacięcie się leżanki. Maseczka ubrzydniająca na bazie poliuretanu i oleju do skalpeli trzymała się na recepturki (albo gumę od gaci, nie podali detalu), a kwas na styropianowej podłodze skomponowali z chloroformu, acetonu, cykloheksyloaminy, kwasu octowego i te de, co wcale nie brzmi bezpieczniej od tego, co miał grać. Choć w sumie mniej obrzydliwie od faktycznych wnętrzności z robaków morza po kilkunastu minutach pod słynnym morderczym oświetleniem Shepperton.

Nadal lepsze od Gali Met
[zdjęcie pochodzi z książki Jak powstał Obcy]
Jakby sytuacja i tak nie była niekomfortowa, poprawki dorzucał sam reżyser
[zdjęcie pochodzi z książki Jak powstał Obcy]

Scottowi zamarzyło się, żeby pęcherze wersji nagłownej pulsowały na żelu, a nie na pusto, co skończyło się zapchaniem przewodów. Więcej szczęścia miała rurka w przecinanym odnóżu, może dlatego, że farba nie była taka gęsta (nie ma mowy, żeby to był kwas, jak podają źródła, nie przy głowie jednego aktora i rękach drugiego (choć, skoro palili na ciasnym jak komórka Pottera mostku...)).

____________________
źródła:

13 kwietnia 2026

Stranger Things - sezon 3 (2019)

Zwróćcie uwagę na symbolizm pieprzniętych na bok rowerów - oficjalnie puszczono poręcz 

Jak głosi stare, ludowe przysłowie: żaden serial nie jest planowany na więcej niż dwa sezony, później do gry wchodzi maszyna losująca.

Napomykani przez wariata od teorii spiskowych Sowieci spawnują się wielkim dupnięciem - pieprzoną Krasnaja Armija wsech silnej. Młodsze nastolatki w pełni korzystają ze swojej indukowanej wiekiem głupoty i beztroski, a w międzyczasie bebok z drugiego sezonu kontratakuje, opętując gościa, który miał robić za ostoję ludzkiego zła w tym nadprzyrodzonym chaosie. Żeby dopaść Płateczka, buduje sobie ciało z kilku mieszkańców i miejscowej populacji szczurów - bebok buduje, gość ma własne ciało - i po tym młodzież orientuje się, że ojej, sielanka się skończyła. Równocześnie dorośli i część dzieciarni - osobno - dowiadują się, że Sowieci jednak wiedzą o sąsiednim wymiarze i łowią materiał na eksperymenty pod miejskim symbolem konsumpcjonizmu.

No tak. Nagle tory się rozjeżdżają i jeśli nie pamiętać poprzednich sezonów, da się przełknąć ten barszczyk po radziecku. Jeśli pamiętać, to nagle dostaje się halunów od Czerwonej Gorączki i wrażenie, że to już nie jest Kansas, tylko Floryda. Po huraganie. (Bo, no, wariactwo.) Taki numer po ledwie kilku wzmiankach w poprzednich latach to trochę za dużo, jak na bonus do szkaradziejstwa ze stopionego mięsa.

To mój najbardziej nieulubiony sezon. Więcej nastolatkowych kocha-nie kocha, więcej pogadanek od serca (tylko jedna była przydatna, JEDNA), wreszcie ten blockbusterowy, w pełni pikselowy bebok, odbierający wszelkiego ducha tej produkcji - to było po prostu zbyt radosne i kompletnie niedopasowane do ponurego zadupia przy bazie naukowej.

Jestem zdziwiona, że w końcu Płateczek (Eleven w mojej nomenklaturze) przestała przywoływać u mnie tiki nerwowe wygaśnięte od matury. Naprawdę, naprawdę zdziwiona. Po dwóch sezonach udało jej się porzucić funkcję bezużytecznego słodziaka (czyli postaci, która ma przyciągać widownię i jej rola po pierwszym sezonie jest nadmuchiwana na siłę) na rzecz postaci z osobowością; może i scenariusz porzucił bezpieczne wody fanfiku do Kinga na rzecz burdelu na kółkach, ale przynajmniej odpuścili dziewczynie robotę Wybrańca. Trochę słabości i władowanie tyłka w tarapaty, i od razu człowiek robi się jakiś taki przyjaźniejszy.

Znośna jest też w końcu Nancy, dla równowagi Jonathan robi się jeszcze bardziej zmarnowany, niż miał to wpisane w grę; ich dynamikę ogląda się nieco dziwnie, może dlatego, że aktorzy to para (już podczas zdjęć czy po premierze? Nie śledzę tego), ale mieli najciekawszą scenę całych siedmiu godzin z hakiem - tę z ucieczką w szpitalu (której stanowczo nie powinni zygzakować z nastoleczkowatymi miłostkami). Miałkość to zresztą powszechna przypadłość wśród weteranów obsady, ci nowsi jeszcze się trzymają (z chlubnymi wyjątkami Steve'a i Dustina). Billy ostatecznie wypełnia swoją rolę lokowania odżałowanego Henry'ego Bowersa i odwala kitę - po jakże dla niego potrzebnej zmianie serca. Zniczyk przegrywu* dla Willa, któremu nie dość, że scenarzyści nie umieli znaleźć aktywnej roli, więc kazali się snuć za resztą (nie przypominam sobie żadnej sceny z nim poza rozwalaniem szałasu), to jeszcze in-universe olewają go po równo kumple i matka. Przynajmniej wyjaśniła się dzięki temu zagadka, kiedy przestaje się być istotnym dla społeczeństwa - czternaście lat. Czy to przypadkiem nie trochę OOC ze strony Joyce, nawet przy jej koncentracji tunelowej, przypomnieć sobie o niedołężnym według własnej oceny potomku w, ile, dwa dni?, podczas trzeciej edycji dziwnych wydarzeń?

Tytuł najgorszej sceny otrzymuje... NeverEnding Story. Biedny Dustin, szacunek dla widza i minuta wyjęta z życia (dziękujmy Bogu za przewijanie!). Nie jest to jednak najgorszy wątek, bo zęby rozbolały mnie dopiero przy Milczącej Akcji™ Joyce i Hoppera, jeszcze bardziej pogrążonym przez komentarz Baumana (który w jakichśtam okolicznościach może i byłby zabawny, ale na litość Matuchny Przenajświętszej, ten facet robi tak no-to-ry-cznie!) oraz zdecydowane OOC Hoppera - jego czasy sceptycyzmu IMHO minęły wraz z wplątaniem się w robotę papierkową z Rządem i drugim przypadkiem ratowania szczeniażerii przed czymś, z czym nie radzili sobie dorośli. Poza tym flashbacki Billy'ego byłyby ciekawsze bez muzyki.

O tym, jak bardzo na kolanie wymyślali ten sezon, świadczy nacisk na kapitalizm - nie tylko się go ratuje przed Złymi Socjalistami I Ich Brakiem Wszystkiego, ale i nabija kabzę na product placement niezdrowych przekąsek i coli, dyskrecją rodem z TVP. Dialog o "nowym, lepszym" beboku w przedostatnim odcinku był tylko i wyłącznie po to, nikt mi nie mówi, że nie.

Proponuję brać łyka za każdym razem, gdy zmienia się narracja, bo postać mija poprzednią scenę. To nie będzie groźne dla zdrowia, ale zwróćcie uwagę, ile można korzystać z tego chwytu w jednym sezonie!?

I najważniejsze - JAK ruskie wiedziały o portalu w Hawkins? To tylko ja, czy serio nikt nie poruszył tego na ekranie? Domyślnie, że od jakiegoś szpiega? Showrunnerzy wyjaśnili to jakoś w zakamarkach socjali?


* Gugiel nie wie, co to jest.

https://rzekaswiadomosci.blogspot.com/2024/12/modziezowkowe-bingo.html

______________
ilustracja: strangerthings.fandom.com

25 marca 2026

5 urodziny bloga

Staram się nie zastanawiać nad upływem czasu, bo zaczyna do mnie docierać, że zaraz Dzień Sądu i będę mogła się ubiegać o Kartę Seniora 😵.

Przez te pięć lat zmieniałam koncept bloga zdaje się, że trzy razy? Nie startowałam z żadnym większym planem - a przynajmniej takim wartym zapamiętania - ale teraz skupiam się głównie na recenzjach, co będzie trwało przynajmniej przez następny rok, jak nie dwa. Okazjonalnie mogę wrzucać coś innego, jeśli nie dopadnie mnie burnout (przez który te złogi niedokończonych recek). Okazało się, że bez trybu przetrwania nie jestem w stanie zabrać się za nic.

Kulisy Obcy i Predator będą, dopóki nie wyczerpie mi się materiał.

💖STA-TYS-TY-KI!💖

wejść8758 razem, 1869 tego roku (~5 dziennie; ~156 miesięcznie)

najaktywniejszy miesiąc fazygrudzień (587 wejść)

najaktywniejszy dzień fazy: 9 grudnia (236 wejść)

najpopularniejsze posty fazy: recenzja Uderz w struny (15 wejść), recenzja Obcy. Wyjście z cienia (12 wejść), JCVD jako niedoszły Jungle Hunter (wejść)

postów193 (tej fazy: 23)

19 marca 2026

Titans - sezon 1 (2018)

Zajawka na DC rozpoczęta prawie rok temu nadal trwa, więc odgrzebuję demona z zadziwiająco niedalekiej przeszłości (pod względem zakończenia, bo startowali osiem lat temu. Groza). Taki ekwiwalent sytuacji, kiedy wchodzi się do pomieszczenia i zastaje trupa, który jeszcze chwilę temu był całkiem żywy. Dlatego nie lubię czasu.

Trochę weszłam w to w ciemno, trochę nie - TAK, bo kompletnie nie kojarzę backgroundu Starfire/Kory (jak: tamarański opiera się na kontekście jak post-protoindoeuropejskie? I dlaczego jest powiązany z sumeryjskim?), Beast Boya/Gara jeszcze mniej (dlatego gościnny występ Doom Patrolu mnie wynudził), a NIE, bo odchowywałam się na Teen Titans, więc trochę pamiętałam lore Raven, oraz BatFam to generalnie coś, w co jestem into it [tak, wiem, że ten polglish nie ma sensu].

Za Chiny Ludowe pojęcia, kto to Hawk i Dove.

Fabularnie retelling czwartego sezonu TT, czyli Raven jest McGuffinem okultystycznego końca świata i wraz z resztą ekipy (no, ¾ reszty, bo Cyborg był na licencji DCAU Snyderversum jakkolwiek to zwać) próbują nie dopuścić do samospełnienia się przepowiedni - dosłownie. Pobocznie Dick ma kryzys powołania po pożarciu się z Brucem (kanoniczne), zakończony sfajczeniem szpargałów po eksie (eks-alter ego, więc od końca siódmego odcinka do cliffhangera jest na interglacjale międzyalteregowym) i odcięciem prawie wszystkich powiązań z życiem przed failem wychowawczym Bruce'a, a Kory ma amnezję. I to generalnie wszystkie wątki, czyli nie trzeba jeszcze wyciągać z szafy Tablicy Spiskowej™.

Kanon w tym w miarę jest, że Dickowi porzucenie zielonych gatek zajęło do trzydziestki, tylko nie ten najnowszy, a starszy, do 1984 (Earth-Two/pre-Crisis); skąd też pochodzi współrobinowanie (o co teraz jest marudzenie w sprawie Tima i Damiana) [Nie wiem, jak post-Flashpoint/Prime Earth (bo namotali), ale w pre-Flashpoint/New Earth Dick zrezygnował z Robina na 19-kę - i tak, trzyma rekord, bo Tima wykopano z roli gdzieś koło pełnoletności (jego właśni scenarzyści tego nie wiedzą), zanim poszedł się samobiczować mianem Red Robin.]. Przy Jasonie startującym jako Robin w wieku licealnym może i sięgali do post-Flashpoint; co wiem na pewno, to to, że tutaj Batman zgarnął go trochę za późno - nastolatki są już trochę zbyt zryte, żeby przemontować im światopogląd, zwłaszcza z takim nauczycielem (jeśli przykład Dicka może coś powiedzieć o poziomie podejścia Bruce'a do wychowawstwa). Ale urocze, że halucynacja Gdzie Się Widzisz Za 5 Lat uwzględniła Jasona, skoro znali się z Dickiem dopiero z przed chwili i dzień - znak, że jednak uważa młodego za rodzinę?

[BTW Dicka - wersja z wkurwem na życie, zamiast Goody Two-Shoes, przeplatała się z tą drugą po obu stronach Flashpointu, tu po prostu poszli tropem edgy. Adrenalinoholizm pamiętam z New Earth (Dick nie zniósł najlepiej wysiudania z policji), a ta scena ze small talkiem w ósmym odcinku była smutna - kolo spindolił od Dicka jak typowy neurotypowy 😢. Przynajmniej pamiętali, że barwy występowe Graysonów miały być takie same, jak w kostiumie Robina (nawet, jeśli bardzo ciemne).]

Rudawy Jason też nie jest nowością, a wręcz powrotem do źródła pre-Crisisowego, gdzie brunetem był dopiero po farbowaniu (New Earth też coś napomykało, ale krótko przed swoim końcem już chyba nie do końca panowało nad rzeczywistością) [No i animowane Batman: Gotham by Gaslight, ale to nie kanon]. Nawet niektórzy fanartowcy to podłapali, w tym ten gość od "trollingowych concept artów" do Dynamic Duo (zgubiłam oryginalny post, ale kolo postował i na swoim instagramie).

W każdym razie showrunnerzy podłapali też kanoniczne [albo to fanon?] - na tyle, że kiedy raz Jason podawał się za Nightwinga (a ta maska niewiele ukrywa), przeszło (i to przy innych fryzurach) - podobieństwo niespokrewnionych Dicka i Jasona. Coś jak przy Davidzie Wenhamie i Seanie Beanie mających podobne nosy, w pewien sposób oba castingi mogły być zależne jeden od drugiego:

Dick (Brenton Thaiwates) po lewej, Jason (Curran Walters po prawej

Co do innych - przy Kory nie wiem, o co cho internetowi z jej garderobą i fryzurą, nie było tak źle, po prostu wyrazy uznania dla kaskaderki Anne Diop, że dała radę bić się w tej kiecce i na szpilkach. Gara i Raven dzielących sceny trochę trudno mi oglądać ze świadomością, że między aktorami była tak z dycha różnicy (co przy scenach, gdzie Gar wraca do ludzkiej postaci, przez realizm nie mając ciuchów... nie jest szczęśliwe); ogólnikowo do gościa nie mam się czego przyczepić, za to Raven... W TT ją UWIELBIAŁAM, tu podchodziłam z rezerwą, że showrunnerzy mogli ją modnie zbachorować - ale miło się zaskoczyłam, fajna dziewczyna.

Mały mindfuck co do bicia przez Raven na alarm (ostatnie odcinki) - rozumiem, że potrzebowała każdej pary rąk, ale Jasona? Bo kojarzyła, że siedzi w biznesie? Dick najwyraźniej za niego ręczył? Dzielili jedną scenę, podczas której w zasadzie nie gadali - odrobili to pozaekranowo, jak dorośli kazali siedzieć im na tyłkach? Jego też nawiedzała, żeby poszukał Hanka i Dawn? Bo wyglądało, jakby uderzała tylko do nich.

Powiedzmy, że było "w porządku", bo w niektórych momentach jakość CGI zachęcała mnie do przeproszenia Pająka Z Mielonki z ST3. Ogólnie render nie rzuca się w oczy, aż tu nagle: jebitnie cyfrowy tygrys, kruk (pożyczony siedem lat później przez drugi sezon Wednesday), nastolatek na drzewie, nawet, kurna, prześcieradło. Drugim ciosem w powagę okazał się aktor Trigona - jasne, grał też gdzie indziej, ale problem w tym, że najbardziej kojarzy się chyba z Castlem, więc dosłownie zakwiczałam się ze śmiechu.


Nowa tradycja:
odcinek 1
➡ śmieszne, kiedyś mi się śniło zagracone zaplecze wesołego miasteczka;
➡ w 2018 nadal używali papierowych akt?;
[Dick vs bubki] choreografia bezkontaktowa XD
➡ jeszcze ta krew nie zakrzepła? to już kilka godzin;
➡ gołębi instynkt magnetyczny ją prowadził XD
➡ skrót. uliczką. wcaaale nie podejrzane.
➡ o, fajny elektroniczny kawałek;
["wstydzę się powiedzieć, co było zamówieniem"] to ma być innuendo czy "ostatnio" rzuciła tamarańską potrawą?;
➡ "nic nie jest takie, jakie się wydaje", łuuuu!;
odcinek 2
➡ tak od razu do kastracji? kolo ma jeszcze 20 palców i paznokci;
➡ czy ta scena łóżkowa była ultrakonieczna?;
➡ dziećmi? wczesne dwudziestki byliście;
➡ przetłumaczyli "commitement issues" na "problemy z wiernością", no LOL;
odcinek 3
➡ jak działa ta jej ciemność, że w uliczce raz pomogła?;
➡ ale co wyroki Pana mają do tej sytuacji?;
["próbował... nieważne. Tak naprawdę nie chciał mi pomóc"] to zabrzmiało tak dwuznacznie... 😬
➡ zakonnica jest podejrzana. (pięć minut później) whooops;
➡ dlaczego wyplastrowali ścianę dokładnie tym samym zdjęciem?;
➡ odhaczali te odzywki zakonnicy w jakimś bingo?;
odcinek 4
➡ nie dość, że najwyraźniej kłusownicy, to jeszcze pijani śmieciarze;
➡ cień do oczu jeszcze jej się nie zmazał?;
➡ kiedy lekarz mówi "to dla twojego dobra" - będzie ch**owo;
➡ i tak oto zebrała się Drużyna Pierścienia;
odcinek 5
➡ facet żywi się wyłącznie omletami?;
➡ tell-not-show dla nieogarniających komiksów. i pozostałych 4 godzin;
[moce Dicka] ma kasę. i szkolenie od control freaka;
➡ poświęcił swoje Porsche z manitou!?
[18:26] w sumie grooming ma kilka definicji;
➡ lustro nie wyglądało na aż tak ciężkie, żeby se z nim nie poradziła - chciała towarzystwa? (ogółem scena ma mocny vibe sprawdzania, czy pod wyrem/w szafie nie ma straszydeł);
➡ słabe mają te głowy, oj słabe... (to chyba przez brak soli i cytryny);
[że wybuchające głowy będą na nią] sercam to, Kory XD
➡ mocne pierwsze wejście (and Dick's so offended XD);
odcinek 6
➡ toś się wysprzęglił z personaliów [wyjątkowo Jason, nie Dick];
➡ trochę się spodziewałam, że zostawi go na parkingu;
➡ apdejtem kostiumu następnego Robina będzie kask (wiem, jestem świnia XD);
➡ wszczepienie nadajnika na śpiocha - pokłosie przebrania na śpiocha;
➡ obraził barwy 💀;
➡ zaczniesz żałować tego nadajnika, jak gdzieś wsiąkniesz nieintencjonalnie;
➡ Jason zdrowszy? że niby na umyśle? oj, zdziwisz się;
➡ poprzedni plan zakładał związanie tej kuli u nogi [Jasona] w jakimś skarbcu czy czymś, teraz muszę go zabrać, bo mu z wami nie ufam;
➡ ostatnio coraz więcej osób wie, kim jesteś, złotko [standardowo - Dick];
➡ te maski pooparzeniowe wyglądają gorzej niż same oparzenia;
➡ Batman sam się czasem tłucze z psiarnią, więc twój argument jest inwalidą;
➡ wiem, że młody już jest rąbnięty, ale wyciągnij go z tego wicked cycle of abuse, zanim to się skończy tragedią;
➡ czemu takiś zaskoczony, jakby ci młody jak chłop krowie na rowie nie wyjaśnił swojego stosunku do policji? bystry detektyw;
➡ ostatnio jak spotkałam się z takim tekstem ["chcę gadać tylko z X"] (w jeszcze niewydanej książce kumpeli), stanęło na porwaniu pertraktatorki;
odcinek 7
➡ specjalnie zostawiłeś mu to szkło, czy jak, Dick?;
➡ przy szklanych ścianach nie musiał aż wchodzić do pokoju;
➡ jak na "barwy ściągające ogień" są strasznie przytłumione;
➡ przeraźliwie wyraźne to znamię;
➡ teraz jej uwierzyłaś? bo twierdzi, że ma kruka całe życie? kto to konstruował?;
➡ oby na planie miał jakieś gatki;
➡ a to nie ognioodporny kostium? a przynajmniej kevlar i metal? zjara się gorzej niż szpital;
odcinek 8
➡ mikroplastik w żarciu let's gooo!
➡ nieszczególny ten dobór koloru szklanek;
➡ Drużyna Pierścienia się rozdziela XD
➡ jak oni nie umieją w animację skaczących ludzi XD
➡ plecak Rachel ma prawo przy niej być po tylu przenosinach?;
odcinek 9
➡ BARDZO szybko się zorientował. niepokojąco szybko 😨;
➡ dramatyzm rozjechania ukochanych zepsuty przez CGI;
➡ fajnie urwana terapia. "życie jest niesprawiedliwe" więc kulaj się dalej, sieroto;
➡ 0.0 cóż, po paskudnych przeżyciach bliskość jest wskazana, ale to już ZA blisko. i zwykle się takiego czegoś żałuje;
➡ ...no właśnie;
odcinek 10
➡ właściwie gdzie Kory ma bagaż z tymi wszystkimi outfitami? chyba nie podróżowała z żadnym;
➡ mamusia naszprycowała zupę!;
➡ jak to koromysło znalazło się w hali? bez części tejże hali?;
➡ Tamaranie mają stylistykę jak z laser-tagu. albo Muzeum Bursztynu;
➡ no migocze, migocze, tylko on to widzi a wy dom?;
odcinek 11
[o wizjo-Jasonie] biedak, nie przyjął się jako zastępcza złota rybka 🕯️;
[o Brusie i pomocy Dickowi] jak ocalił? zakrył problem innym?;
["zła dzielnica" "każda dzielnica Gotham jest zła"] a nie "jedna z lepszych"?;
➡ "mogło być gorzej" to w przypadku Bruce'a baaardzo cienka linia, której facet używa jako skakanki;
➡ przekazy z body cams wieszczą zrzynkę z Aliens;
➡ co to za montaż "wskok w plecy Batmana" -> "wyskok z pleców Dicka"?
➡ cliffhanger w stylu "no teraz to musicie nam dać kasę na sezon drugi";
➡ postkredyt pod wpływem zimnego otwarcia Strendżer Fings?;

___________
poster: titans.fandom.com
kadr: © Warner Bros. Entertainment Inc

08 marca 2026

"Mexican Gothic", Silvia Moreno-Garcia

Obiecywali, że to dobra książka - ba, T. Kingfisher od Co porusza martwych obiecywała - ale nikt się nie zająknął, że jest przede wszystkim CIERPKA.

W celu zbadania, czemu jej kuzynka wysłała dziwny list, Noemí przenosi się z towarzyskiego Ciudad de México klasy wyższej do kostycznego dworu zmurszałej angielskiej arystokracji - tak szybko, że prawie nie czuć tego pierwszego. Serio, serio, gdyby nie trochę hiszpańskich i bazujących na nahuatl toponimów, równie dobrze akcja mogłaby toczyć się na kolejnym spłachetku Anglii. I to nie takim odwiedzanym przez pannę Marple, tylko najbardziej zawilgoconym, smętnym grajdole. Atmosfera jest wroga, sztywna i włazi pod skórę jak Mroczny Sekret™ lokalu - Noemí od pierwszego kopa czuje, czemu kuzynka odchodzi od zmysłów, zaś gospodarze tylko ją w tym upewniają.

Ah, gospodarze. Doyle'owie, w których wmężyła się kuzynka, ani trochę nie starają się rozwiać podejrzeń. Przytłaczający, odpychający, pasywno-agresywni i protekcjonalni, jasnowłosi i niebieskoocy, umniejszający wysłanniczce, jakby nawet sam Bóg Wszechmogący nie mógł ich dosięgnąć - bo nie może. Ich poziom neofobii jest tak silny, że niegdysiejszy blichtr dosłownie pleśnieje, a wynikający z tego skok na majątek rodu Noemí jak żywcem wyjęty z jeszcze zamierzchlejszej przeszłości, niż sama akcja. Tak intruzywni, że Noemí nawet czerwone flagi subtelne jak Chiny na otwarciach olimpijskich nie powstrzymują przed załatwieniem sprawy własnoręcznie, zamiast wzywać ojcowskie posiłki. Ale czy aby był wybór?

Noemí nie jest jakąś głupią, rozpuszczoną dziewuszką - idzie przez życie przebojem, ale nie boi się ubrudzić, by wleźć przysłowiowym oknem, gdy plombują drzwi przed jej nosem. W powinowatych zaś znajduje godnego przeciwnika, dysponującego taranem patriarchalnego wbijania szpileczek - do skutku, do dumy. Bo to, że Noemí cieszy się życiem, nie oznacza, że świat jest na to gotowy - to właśnie Noemí przekonuje ojca do podjęcia działań, bo jej kuzynka NIE JEST histeryczką, i cały czas nawiedza ją świadomość, że sama może zostać uznana za jedną. Nie zwalę tego na karb fiftisów, bo i dziś, siedemdziesiąt lat i kilka zmian obyczajów później, to wciąż problem. Jest ZBYT uniwersalny i obawiam się, że nawet za sto lat będzie uderzać zbyt blisko domu.

I nieprzypadkowo zaznaczyłam ubarwienie rodzinki - pan i władca na włościach ma eugenicznego świra (antropologia jest też wśród zainteresowań Noemí, jako strzelba Czechowa). Są jak ilustracja pod hasłem "złol", słowo daję - tylko najmłodszy jest lubialny.

Na poklask zasługują najdziwniejsze możliwe i niemożliwe scenariusze rodzące się w głowie coraz bardziej przytłoczonej Noemí oraz klimatyczne ostatnie chwile biednej Ruth. A te wizje żywego domu...

Jeśli za to do czegoś się przyczepić, to do dokładnych opisów garderoby Noemí, które nie mogły przestać mi się kojarzyć z opkami szatkowanymi na NAKW-ie (złote czasy...), do wątków okultystycznych i do strony 200, gdzie Francis - ten najmłodszy - znienacka zostaje nazwany "blondyn". Owszem, jest nim, ale nigdzie indziej w książce do identyfikacji nie służy kolor włosów.

12 lutego 2026

Wąwóz (2025)

Kiedy chcesz OBIE wieże, ale są tylko w komplecie z mordkami...

Wzięłam się za ten film tylko dla 50% zawartości (nie lubię romansideł jako gatunku). A że ta zaczyna się wybijać dopiero w połowie, dłużyło mi się - kinda ironia, bo z dziesięć lat temu narzekałam, że Alien długo się rozpędza, a teraz doceniam, że oczekiwanie wypełnili tam oczekiwaniem. A nie romansem na odległość.

Generalnie jest to chaos gatunkowy, w którym najwyraźniej to tajemnica wąwozu miała być dominująca, ale postanowiono albo zaeksperymentować, albo wykorzystać slot premierowy w lutym i dowalono romans... który przypomina mi to stwierdzenie Lema, że "jeśli usunąć z historii elementy fantastyczne i fabuła nadal fabułuje, to to nie była fantastyka" - tylko na odwrót; ten wątek spokojnie mógłby zadziałać w każdych innych okolicznościach. Dziwny wąwóz - nie.

Tak dziwny*, że dwójka snajperów najętych do jego pilnowania nie wie, na czym ta dziwność polega - tyle jedynie, że mają snajperować we mgłę, jeśli zrobi się nietypowa i nie kontaktować się między sobą (co jest dość głupie, bo jak się szybko okazało, pomoc z drugiej wieży bardzo się przydaje, kiedy zawartość mgły dociera do szczytu pierwszej - automatyczne działka wydają się mieć specjalnie ograniczony zasięg i mało dokładne czujniki; nie mówiąc o ewentualnych przerwach w obchodach na drugim brzegu). I łamią tę zasadę już w 1/4 kontraktu (znaczy po trzech miesiącach) - z kuźwa rozmachem, imprą z konkursem strzeleckim (która wywabia zawartość mgły, LOL). Nic nie jest bardziej nieprzewidywalnym stworzeniem niż znudzony/-a Wschodnioeuropejczyk/-ka.

(W zasadzie pewnym wyjaśnieniem na niekontakt jest neutralizacja poprzednich najemników - żaden spoiler, tego łatwo się domyślić już po tym, że taka scena w ogóle zaistniała.)

To, że akcyjna połowa się klei, zawdzięczamy specjalizacji reżysera w takich klimatach - Zbaw nas ode złego, Czarny telefon - nawet, jeśli rozwiązanie trzeba było podać śmigiem i na tacy, żeby upchnąć i romans (BTW ciekawe, jak by to wyglądało bez romansu - już abstrahując od orientacji i płci - też by tak chętnie się dogadali? Kolab geopolitycznych przeciwników wobec wąwozowych cudactw mógłby mniej męczyć).

Czego natomiast nie zawdzięczamy, to CGI na poziomie strendżerfingsowego przy SPOILER uzbrojonych dronach pod koniec, Światu Wąwozu Beksińskiego daruję, bo przerzucanie surrealistycznych obrazów na 3D nie jest sztuką, która udaje się dwa razy w ciągu pięćdziesięciu lat. Zwłaszcza komputerami w latach 20. XXI wieku. Poza tym soundtrack nienachalny, chyba że była akcja.

SPOILER Beksiński Beksińskim - za drugiego rodzica musiała robić Anihilacja (książka, film, obojętnie), o czym trochę można zapomnieć, ale jest parę scen bardzo o tym przypominających - te drzewa 😨 (te po tymże z zajefajnym mechanizmem ofensywnym). Albo gąszcz w silosie. Albo bunkier.

To jakaś nowa moda, żeby SPOILER organizacje okołomilitarne nazywać kombinacją "synonim ciemnego" + "woda powierzchniowa"? Jak nie Darklake to zeroszansowa Czarna Rzeka - co następne, Obscure Sea? Dim Puddle?

Nie wiem, co myśleć o Sigourney Weaver - może poczekam, aż trafi mi się czas na ST5 i Lindę Hamilton, żeby ocenić, na ile to był zmarnowany potencjał (BTW - szpiegini to uoficjalniająca się forma?).

Wiem, co za to myśleć o SPOILER paliwie po 75 latach w strefie umiarkowanej, skoro w tropikach wyparowują w 20 lat, oraz o biciu rekordu personalnego i nieoficjalnego światowego w strzale snajperskim - na kursie ostrzegali przed takimi zabiegami.

Generalnie fajny film - panna ma talent do bliskich spotkań trzeciego stopnia, feel ya, sis (jeśli zamienić beboki na szafki) i doznawania kontuzji (choć raz nie, gdy wypadało - nie mam zielonego pojęcia o działaniu granatów zapalających, ale gorący podmuch powinien wywołać jakąś reakcję, skoro miała odsłonięte ramiona i kark).

Przez syndrom Jekylla i Hyde'a film niezbyt nadaje się na solowe seanse, ale za to idealnie dla towarzystwa o przeciwnych gustach, na wahty - nic tak nie udowadnia dobrze pokładanego zaufania, jak obudzenie współwidza na preferowany wątek.


* I tajny. Fanon lobbuje za Alaską, bo 1) to jeden z typów męskiego protagonisty, 2) SPOILER pokrywa się z trzęsieniem ziemi o odpowiednim terminie i magnitudzie, i 3) SPOILER Sowieci prędzej zżarliby własną flagę niż pozwolili Amerykańcom umieścić tę ich na szczycie dzielonego masztu, co dyskwalifikuje Syberię (powiedziałabym że w tym świetle i Skandynawię, zwłaszcza przez brak tychże w komitywie, ale Amerykańce kochają wpieprzać się na górę łańcucha u sojuszników i neutralnych). Niestety żadne z naszych milusińskich nie operuje znajomością botaniki ani geologii, inaczej mogliby zawęzić możliwości dzięki skałom (kręcili zewnętrze w Norwegii, gdzie są prekambryjskie granity) i roślinom (wreszcie byłby pożytek fabularnych z narwanych na randkę kwiatów).


[Prywata: z jakiegoś powodu Gugiel podał w obsadzie Masona Thamesa - tego z Czarnego telefonu - a moje doświadczenie z horrorów i jeszcze poprzedniego roku utkało prawdopodobne zakończenie (które zupełnie się nie sprawdziło). Czy byłby to odgrzewany kotlet? Zwłaszcza przy premierach odległych o raptem pół roku? Jeszcze jak - ale obu filmom wyszłoby na dobre, gdyby tamten biegł samodzielnie i "oddał" zakończenie Wąwozowi. Nie jestem fanką szczęśliwego zakończenia tutaj, czuje się je, jakby faworyzowali część romansidłową.


The Gorge
reżyseria: Scott Derrickson
scenariusz: Zach Dean
wystąpili: Anya Taylor-Joy, Miles Teller, Sigourney Weaver
__________________
ilustracja: IMDb

27 stycznia 2026

"Płomień", Magdalena Salik

Rok 20_, dłuższy lot międzyplanetarny załogowy jest już dla ludzkości możliwy, z czego ona korzysta, katapultując w tytułowym Płomieniu dwie mrożonki na Ziemio-podobną Kepler-936d, coby przecierały szlak.

Ponad sto lat później wstęp terraformacji trwa w najlepsze, a Płomień służy jako barka transportowa Ziemia-Kepler.

Jeszcze później Ziemia jest postapokaliptycznym pustkowiem i kilku ostatnich desperatów upatruje w Płomieniu szansę na ewakuację.

Wszystkich tych wątków wydaje się nie łączyć nic poza Płomieniem właśnie, bo mają różne atmosfery - pierwsze okienko jest o etyce, drugie o priorytetach w sytuacji kryzysowej, postapo to już kompletnie inna bajka, bo leci przygodówką. Od wątpliwości, przez skakanie sobie do gardeł w trakcie kryzysu w następnej fazie po dbanie o własne tyłki.

Etyka w kontekście mrożonek, bo już sama kolonizacja, nie taki spojler, nie jest wyższą koniecznością - nie potrzeba backupowego terenu na wypadek trzaśnięcia klimatu Matki Ziemi, nie ma przeludnienia, po prostu Bo Mogą. Mają "odwagę" (jak to ujęła twarz przedsięwzięcia na uspokajaniu szaraków) i kasę. Co jest... realistyczne - jeśli kiedyś nastąpi ten poziom utechnologicznienia, właśnie ta książka będzie mogła spokojnie robić za checklistę.

A moralność mrożonek? Tu już wchodzi dupochron - otóż podróż ma trwać sto lat, wiele się może zdarzyć, a na szali jest pośmiertny piedestał kierownika, więc zaproponowano skopiować ("zmapować mózgi") jestestwa załogi, żeby nawet po uszkodzeniu oryginałów, misja zakończyła się sukcesem. Stwarza to kupę problemów (czyli ten drobiażdżek, przy którym kreatorzy serialu z Aliena zatykali uszy i robili "lalala"), od domyślnego zrobienia z załogi wymienialnych narzędzi, przez fundowanie im praktycznie tortury świadomości zapasu i nie bycia dłużej osobami, po prawa do samoistnienia bytów dosłownie myślących o sobie jako ludzie - a gdyby coś poszło nie tak przy kopiowaniu i trzeba by skasować błędną kopię? Ten aspekt całego cyrku zajął więcej miejsca, niż informacje techniczne o mapowaniu i statku, w końcu jest istotniejszy - to przestroga, że sky is the illusive limit. A od wygody się w dupie przewraca.

Motorem napędowym rozprawy jest psycholożka moralności o brzmiącym jak sfonetyzowane nazwisku Brin (które, o dziwo, istnieje), wespół z wyżej wymienionym kierownikiem Townsendem, motorem napędowym rozpraw naukowych, wzbudzająca mniej sympatii niż losowy gruz w wątku postapo. Ją przynajmniej odkupuje po byciu hipokrytką pojawienie się na scenie męża - nie dziwię się tej pani, że miała dość typa, który pierwsze, co mówi po dłuższej rozłące, to "powinnaś się więcej uśmiechać" i "staro się ubierasz" (zgodnie z wiekiem IMHO) - ale Townsend jedzie takim kompleksem Boga, że mógłby stanąć w szranki z Peterem Weylandem; kiedy Brin mu wytyka, że nie wziął pod uwagę odpowiedzialności za coś, co może skończyć się solidnym pierdolnięciem długo po tym, jak bezpiecznie zejdzie z zasięgu prawników (nazwała to "barbarzyńcą podpalającym las i odwracającym się do tego plecami"), facet dostaje erupcji męskiej godności i strzela kosmicznego fochodąsa. Na początku myślałam, że ta frustrująca parka służy tylko za gadające głowy, jak u Lema, ale oni są kolejną przestrogą - naukowcy biją na alarm, że świat opanowuje coraz więcej narcyzów.

Prowadząca wątek problemów z zaopatrzeniem Keri to też nie dusza-człowiek, ale u mnie wygrywa dzięki chłodnemu osądowi priorytetów. Oczywiście jej współpracownicy są przeciwko, a jej pozycję dodatkowo podkopuje widmo psychozy kabinowej, kolejnej smutnej rzeczywistości pionierstwa kosmicznego, na zapadnięcie na którą jest podejrzewana. Czasem sama wątpi, czy tak nie jest, czasem, czy aby wysłany z nią na zwiad kolega nie stracił zmysłów, ale to ukrywa - dorzucając do barszczu grzybek kompleksu Kasandry. [W grę może też wchodzić zjawisko, które ostatnio skrystalizowałam, ale nie wyjaśnię, dopóki nie zabezpieczę go publikacją własnej książki.]

Wynfred... jest. Everymanem.

Rzeczywistość (wątku głównego) odznacza się cyfrowym podhype'owaniem części rozrywkowej i klimatem streszczonym do debetu ekologicznego (w sensie zasilania, zwłaszcza mobilności) i wykonywaniem wszystkiego z plastiku - więc generalnie nie wiadomo, jak z ociepleniem.

Podstawowym problemem Płomienia, przynajmniej w moim odczuciu, jest brak oznaczeń wątków - czasem trzeba czekać kilka akapitów (albo do następnej strony) aż rodzaj narracji podpowie, gdzie mamy wędrować myślami; główny jest trzecioosobowy, zaopatrzeniowy (Keri) w pierwszej osobie żeńskiej, postapo (Wynforda) w pierwszej męskiej. Na początku można jeszcze się bawić w szukanie klucza, bo przeskoki są regularne, ale im bliżej końca, tym akcja chaotycznieje. Rozumiem przyczynę, ale pozaznaczanie - np. odpowiednio "Przygotowania", "Keri" i "Wynford" - byłoby przydatne. Nie obyło się też bez zgrzytów logistycznych i, hmm, estetycznych?
Kim, u diabła, jest Gerda na stronie 215?
 Ta sama kwestia na stronach 203 i 254 ma inaczej porozmieszczane przecinki.
 Na stronie 268 imię postaci wprowadzono tak, że identyfikacja wymaga wyższych umiejętności dedukcji. I skąd narrator je poznał?
 Didaskalia o niedającej sobie w kaszę dmuchać Brin i poważnym i skupionym Townsendzie narzucają się jak komary, aż tylko notoryczny brak ołówka pod ręką powstrzymywał mnie od zaznaczania na marginesach SHOW-DON'T-TELL. Wystarczyło raz!
 Oraz zes*anie się drukarki na stronie 313, w wyniku którego pół bloku tekstowego wydrukował się prawie na samym dole kartki.
Kanibalom odpuszczam, bo wymiękają przy rozdziale 37.

Sama nazwa statku nawiązuje do niczego innego, jak cholernego ognia prometejskiego - po spustoszeniu, jakie wywołał w moim poczuciu estetyki ten cholerny prequel, mogę się tylko śmiać przez łzy.

10 stycznia 2026

Obcy: Ziemia - sezon 1 (2025)

Był hit, to teraz jest i kit - ten serial szura brzuchem po dnie Rowu Mariańskiego tak bardzo, że aż się dziwię, że dostał zielone światło na drugi sezon.

Jak na coś z wyższej półki (250 mln zielonych) mają wyjątkowo podłe CGI, nawet w porównaniu do mojego dotychczasowego antyulubieńca, Stranger Things 4 (mającego średnio o bańkę mniej na każdy odcinek), choć Obcy - nie jeden, jak głosiła reklama, a aż trzech - cierpią też praktycznie; nie widziałam tak przaśnych efektów od filmików fanowskich (jeden był podczas bitwy o Gallipolli). AVP i poroniony sequel 20 lat temu nagle zyskują (choć uwzględniając inflację, miały po odpowiednio 100 i 56 milionów budżetu). Pamiętam tylko dwie sceny, kiedy dorosły ksenomorf wyglądał korzystnie - obie w piątym odcinku, o którym jeszcze się rozpiszę - i jedną z rozrywaczem, bo akurat był kukiełką.

Nie mniej kontrowersyjny okazał się montaż typu "przenikanki" - nakładające się na siebie ujęcia, miejscami aż do czterech naraz - od których głowa zaczęła mnie boleć jeszcze pod koniec pierwszego odcinka, a od drugiego wprzód prawie się wyłączałam; na szczęście zrobili od nich przerwę w piątym odcinku.

Oraz to, co pogrzebało finał - pomysł wyjściowy o dziecięcych umysłach w dorośle wyglądających, wzmocnionych robotach był dobry, ale jego relacja ze światem przedstawionym... Na litość, żeby wyposażyć nierozwiniętą robocicę w dostęp do sieci bezpieczeństwa i nie pomyśleć o zabezpieczeniach?

...Co sprowadza się do kierującego wrogą W-Y korporacją placementu Muska. Nie mam pojęcia, jakim cudem można być geniuszem robotyki i przedsiębiorczości oraz ignorować każdą czerwoną flagę podtykaną pod nos - najwyraźniej można. Robotyczne pseudo-dzieci to potwory, ale dopiero przez jego paradoksalny brak myślenia perspektywicznego (które powinien mieć, skoro wspiął się tak wysoko i umościł w pierwszym rzędzie). Jak raz pomyślał o bezpieczeństwie, żeby znaleźć mackookiemu kosmicie słabego hosta, to niemal mu przyklasnęłam - taki poziom; bo normalnie to "szklanka w połowie pełna", a przejeżdża się na niej jak Hammond. Na dokładkę ciuchy wywalczył chyba na pięści od bezdomnego ex-hippisa - co to miało być w odcinku trzecim, jakaś, kurwa, piżama? Naprawdę nie mógł przeprowadzać eksperymentów z komunikacją ksenów jednym z własnych syntów (mały spoiler - na podorędziu był jeszcze jeden poza Kirshem)?

(APO Kirsha: grubo przed premierą gruchnęła wieść, że Olyphant ma grać w okołoalienowym projekcie, ale nie doczytałam i uznałam, że chodziło o Romulusa - czyli, biorąc pod uwagę młodą obsadę, Olyphant musiałby grać synta. Połowę trafiłam 😂.)

Pomysł może i nie był zły, ale za to nieprzyjemny w odbiorze - abstrahując od behawioralnej Doliny Niesamowitości (która była wpisana w ryzyko) oraz kompletnej amoralności udziału dzieci, wspomniany już wcześniej brak konsekwencji u odpowiedzialnych za wszystko dorosłych skręca wewnętrznie. Jeśli przekonasz dzieci, że mogą wszystko, i nie dasz im dojrzeć, żeby miały refleksje, otrzymujesz właśnie taki niestrawny kierunek rozwoju fabuły jak tutaj - jedyne, co służyło za dupochron, to wiek mentalny (chyba zaczynam dostrzegać, co knuje Hawley); choć trochę się przysram do mimiki tej rudej jako dorosłego robota, bo w porównaniu z dziecięcą aktorką wyglądała jakoś niegramotnie. A przy okazji spełnia się czarny sen o dziewczynce zaprzyjaźnionej z ksenem - E.T., kurwa, wchodzi na pełnej 😆; mam nadzieję, że w następnym sezonie ugryzie ją to z rozmachem w rzyć.

Dlatego jednym z dwóch najbardziej interesujących elementów jest właśnie "przenoszenie umysłów do robotów" - niestety potraktowane po macoszemu, zarówno rozwój takich syntetyków jak i proces przenoszenia - które moim zdaniem jest niczym innym jak mapowaniem umysłu, dokładnym skanem pracy mózgu mającym odtwarzać świadomość (bo że świecąco-migający stół to pokazówka dla offowanych dzieci i nie!Muska, to rozumie się samo przez się - musieli zmapować mózgi podczas którychś z multum badań, jakim poddawano dzieci, a dodanie ostatnich chwil ludzkiego ciała do pamięci robota nie byłoby trudne). Było o tym w Starości aksolotla (przyznaję - u mnie to DNF), oraz w Płomieniu, gdzie jest to kwestia moralnie problematyczna (a procesowi zostają poddani w pełni funkcjonalni umysłowo dorośli; co i tak odbija się czkawką na kierownikach projektu), a tu - hulaj dusza! Komercha! Nadmieńmy, że prowadzący ten burdel naukowcy PLANOWALI poprawiać kod symulacji świadomości, aż osiągną poziom dorosłego człowieka, zanim zbombardował to Jaśnie Pan Na Siłę Dziecinny. Czyli gra na lęku wobec AI z Syndromem Pinokia - bardzo na czasie.

(Ale przynajmniej mają za imiona prawdziwe słowa, a nie kody handlowe dla paliw lotniczych 😆 [acz co wśród bandy Piotrusia robił pirat Smee? I czemu nie Tinkerbell? Curly byłaby świetną Tinkerbell, zazdrośnica z niej]. Prawdziwi ludzie mieli trochę mniej szczęścia - Hawley chyba nie do końca wiedział, jak działają personalia, ot wrzucił parę imion, nazwisk i randomowych słówek (niektóre błędnie zapisane) i zwolnił maszynę losującą.)

Drugim najciekawszym elementem był świat przedstawiony, zwłaszcza polityka międzykorporacyjna. Właściwie tak - wywalić niedorobione sceny akcji i rozwinąć przepychanki między W-Y a Prodigy i mamy bardzo dobre show.

Chyba czując, że nie podołają z ksenami, dorzucili do puli masę dosłownych kosmicznych robali, samobieżną mięsożerną roślinę i oko z mackami, które z jakiegoś powodu stało się słynne (ponoć, bo chyba nie na insta) - chyba przez inteligencję, bo przecież nie przez wydłubywanie gałek ocznych? Udało im się przebić kseny, zwłaszcza kleszczopijawkom i mackookowi wpełzającemu w oczodoły wraz z masą zarazków i syfu zgarniętego z podłogi (przypomina mi się Sputnik). Ale choćby nie wiem, jak bardzo był inteligentny - skąd miał wiedzieć, jak podać liczbę pi w LUDZKICH cyfrach?

Była młockarnia kijem, to teraz trochę marchewki. Dwa słowa: retro-futuro. UWIELBIAM te staromodne ekrany, kiepski obraz, komórkę z klapką i wiecznie toczony grzybami ośrodek Prodigy jak zaplecza Wrocławskiego Ogrodu Botanicznego (przez które otoczenie Yutani wygląda jak z innej produkcji). Jatka na imprezie w drugim odcinku jako same dźwięki, off-screen i aftermatch to chyba najlepsza decyzja, jaką mogli podjąć w czasie produkcji - gdyby próbowali CGI, pogrążyliby tę scenę jak kilka chwil później jatkę za plecami Morrowa. "Przesył" dzieci do robotów był prawdopodobnie montażem, a nie mastershotem per se, ale i tak był bardzo dobrym ujęciem.

Odcinek 5 był jedynym, który dało się oglądać bez uwiądu mózgu, za to z prawdziwą przyjemnością (choć to trochę casus kanapki z masłem po piachu Przymierza). Pomaga porzucenie przenikanek na rzecz błyskawicznych zmian ujęć, które są trochę mniej męczące. Największym mankamentem jest standard serialu czyli galopująca głupota - procedury BHP mają na Maginocie do dupy, ani odbitek palców z klatki na jajo nie zebrać, ani operować sanitarnie w czepkach i maskach (chyba powinno nas cieszyć, że w ogóle pomyśleli o rękawiczkach), nie mówiąc już o oficerze bezpieczeństwa rzucającym niedopałek w wyżartą przez kilka pokładów dziurę, oraz trzymania jedzenia (i niezabezpieczonego picia!) w tym samym miejscu, co sekcjonują kosmitów (to ja już wolę pety w żarciu od larw pijawek w wodzie). Na swoją obronę odcinek ma te dwa razy, kiedy ksen wyglądał porządnie - raz, jak stał groźnie przed tymczasową kapitan, a drugi, paradoksalnie, jak miotał się, bo mackook skoczył mu na ryj. Poza tym Rahim i Madey to jedyne postaci, do których poczułam sympatię.

W ramach bonusu, bo nie będzie mi się opłacało robić osobnego postu, spisywane na bieżąco podczas binge'u uwagi:
odcinek 2
- jasne, że walnęli prosto w landmark
- kotek 😢 mają u mnie minusa
- najbardziej niezdarna akcja łapania ever
- no i głąb nachyla się nad jajem - przynajmniej bez efektu
odcinek 3
- mobilnej chłodni rzeźniczej to się nie spodziewałam
- nagle zapomina o trafieniu jej ogonem?
odcinek 4
- szybko chłop jest na nogach po implancie płucnym
- szef dobrał se w miarę normalny ciuch
odcinek 5
- co się ciskasz o bieliznę, babo? jakbyście się regularnie tak nie widywali
- musieli tę scenę seksu, nie wystarczyło wspomnieć?
- jak oni ogarniają klawiaturę z geometrią?
- to mackooki jest dobry?
- [o robalu włażącym do rany postrzałowej w głowie] nie zrobili tego, nie zrobili tego! fuuuuj!
odcinek 7
- gościu, na bosaka w kosmiczne smarki?
- co ona ciągle z tym genialnym chłopcem, nie po nazwisku?
- weź nervomix, laska
odcinek 8
- o masz, Ruda reaktywowała 😫
- jeszcze raz zobaczę jej [Wendy] paszczę na close-upie, to mnie pojebie

_________________
ilustracja: avp.fandom.com

Stranger Things - sezon 4 (2022)

To jest ten moment, kiedy niektóre grzyby w barszczu okazują się halucypkami. Chwila, w której z opóźnieniem wpada cały na biało rząd USA, w...