Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wszystko pod kontrolą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wszystko pod kontrolą. Pokaż wszystkie posty

10 stycznia 2026

Obcy: Ziemia - sezon 1 (2025)

Był hit, to teraz jest i kit - ten serial szura brzuchem po dnie Rowu Mariańskiego tak bardzo, że aż się dziwię, że dostał zielone światło na drugi sezon.

Jak na coś z wyższej półki (250 mln zielonych) mają wyjątkowo podłe CGI, nawet w porównaniu do mojego dotychczasowego antyulubieńca, Stranger Things 4 (mającego średnio o bańkę mniej na każdy odcinek), choć Obcy - nie jeden, jak głosiła reklama, a aż trzech - cierpią też praktycznie; nie widziałam tak przaśnych efektów od filmików fanowskich (jeden był podczas bitwy o Gallipolli). AVP i poroniony sequel 20 lat temu nagle zyskują (choć uwzględniając inflację, miały po odpowiednio 100 i 56 milionów budżetu). Pamiętam tylko dwie sceny, kiedy dorosły ksenomorf wyglądał korzystnie - obie w piątym odcinku, o którym jeszcze się rozpiszę - i jedną z rozrywaczem, bo akurat był kukiełką.

Nie mniej kontrowersyjny okazał się montaż typu "przenikanki" - nakładające się na siebie ujęcia, miejscami aż do czterech naraz - od których głowa zaczęła mnie boleć jeszcze pod koniec pierwszego odcinka, a od drugiego wprzód prawie się wyłączałam; na szczęście zrobili od nich przerwę w piątym odcinku.

Oraz to, co pogrzebało finał - pomysł wyjściowy o dziecięcych umysłach w dorośle wyglądających, wzmocnionych robotach był dobry, ale jego relacja ze światem przedstawionym... Na litość, żeby wyposażyć nierozwiniętą robocicę w dostęp do sieci bezpieczeństwa i nie pomyśleć o zabezpieczeniach?

...Co sprowadza się do kierującego wrogą W-Y korporacją placementu Muska. Nie mam pojęcia, jakim cudem można być geniuszem robotyki i przedsiębiorczości oraz ignorować każdą czerwoną flagę podtykaną pod nos - najwyraźniej można. Robotyczne pseudo-dzieci to potwory, ale dopiero przez jego paradoksalny brak myślenia perspektywicznego (które powinien mieć, skoro wspiął się tak wysoko i umościł w pierwszym rzędzie). Jak raz pomyślał o bezpieczeństwie, żeby znaleźć mackookiemu kosmicie słabego hosta, to niemal mu przyklasnęłam - taki poziom; bo normalnie to "szklanka w połowie pełna", a przejeżdża się na niej jak Hammond. Na dokładkę ciuchy wywalczył chyba na pięści od bezdomnego ex-hippisa - co to miało być w odcinku trzecim, jakaś, kurwa, piżama? Naprawdę nie mógł przeprowadzać eksperymentów z komunikacją ksenów jednym z własnych syntów (mały spoiler - na podorędziu był jeszcze jeden poza Kirshem)?

(APO Kirsha: grubo przed premierą gruchnęła wieść, że Olyphant ma grać w okołoalienowym projekcie, ale nie doczytałam i uznałam, że chodziło o Romulusa - czyli, biorąc pod uwagę młodą obsadę, Olyphant musiałby grać synta. Połowę trafiłam 😂.)

Pomysł może i nie był zły, ale za to nieprzyjemny w odbiorze - abstrahując od behawioralnej Doliny Niesamowitości (która była wpisana w ryzyko) oraz kompletnej amoralności udziału dzieci, wspomniany już wcześniej brak konsekwencji u odpowiedzialnych za wszystko dorosłych skręca wewnętrznie. Jeśli przekonasz dzieci, że mogą wszystko, i nie dasz im dojrzeć, żeby miały refleksje, otrzymujesz właśnie taki niestrawny kierunek rozwoju fabuły jak tutaj - jedyne, co służyło za dupochron, to wiek mentalny (chyba zaczynam dostrzegać, co knuje Hawley); choć trochę się przysram do mimiki tej rudej jako dorosłego robota, bo w porównaniu z dziecięcą aktorką wyglądała jakoś niegramotnie. A przy okazji spełnia się czarny sen o dziewczynce zaprzyjaźnionej z ksenem - E.T., kurwa, wchodzi na pełnej 😆; mam nadzieję, że w następnym sezonie ugryzie ją to z rozmachem w rzyć.

Dlatego jednym z dwóch najbardziej interesujących elementów jest właśnie "przenoszenie umysłów do robotów" - niestety potraktowane po macoszemu, zarówno rozwój takich syntetyków jak i proces przenoszenia - które moim zdaniem jest niczym innym jak mapowaniem umysłu, dokładnym skanem pracy mózgu mającym odtwarzać świadomość (bo że świecąco-migający stół to pokazówka dla offowanych dzieci i nie!Muska, to rozumie się samo przez się - musieli zmapować mózgi podczas którychś z multum badań, jakim poddawano dzieci, a dodanie ostatnich chwil ludzkiego ciała do pamięci robota nie byłoby trudne). Było o tym w Starości aksolotla (przyznaję - u mnie to DNF), oraz w Płomieniu, gdzie jest to kwestia moralnie problematyczna (a procesowi zostają poddani w pełni funkcjonalni umysłowo dorośli; co i tak odbija się czkawką na kierownikach projektu), a tu - hulaj dusza! Komercha! Nadmieńmy, że prowadzący ten burdel naukowcy PLANOWALI poprawiać kod symulacji świadomości, aż osiągną poziom dorosłego człowieka, zanim zbombardował to Jaśnie Pan Na Siłę Dziecinny. Czyli gra na lęku wobec AI z Syndromem Pinokia - bardzo na czasie.

(Ale przynajmniej mają za imiona prawdziwe słowa, a nie kody handlowe dla paliw lotniczych 😆 [acz co wśród bandy Piotrusia robił pirat Smee? I czemu nie Tinkerbell? Curly byłaby świetną Tinkerbell, zazdrośnica z niej]. Prawdziwi ludzie mieli trochę mniej szczęścia - Hawley chyba nie do końca wiedział, jak działają personalia, ot wrzucił parę imion, nazwisk i randomowych słówek (niektóre błędnie zapisane) i zwolnił maszynę losującą.)

Drugim najciekawszym elementem był świat przedstawiony, zwłaszcza polityka międzykorporacyjna. Właściwie tak - wywalić niedorobione sceny akcji i rozwinąć przepychanki między W-Y a Prodigy i mamy bardzo dobre show.

Chyba czując, że nie podołają z ksenami, dorzucili do puli masę dosłownych kosmicznych robali, samobieżną mięsożerną roślinę i oko z mackami, które z jakiegoś powodu stało się słynne (ponoć, bo chyba nie na insta) - chyba przez inteligencję, bo przecież nie przez wydłubywanie gałek ocznych? Udało im się przebić kseny, zwłaszcza kleszczopijawkom i mackookowi wpełzającemu w oczodoły wraz z masą zarazków i syfu zgarniętego z podłogi (przypomina mi się Sputnik). Ale choćby nie wiem, jak bardzo był inteligentny - skąd miał wiedzieć, jak podać liczbę pi w LUDZKICH cyfrach?

Była młockarnia kijem, to teraz trochę marchewki. Dwa słowa: retro-futuro. UWIELBIAM te staromodne ekrany, kiepski obraz, komórkę z klapką i wiecznie toczony grzybami ośrodek Prodigy jak zaplecza Wrocławskiego Ogrodu Botanicznego (przez które otoczenie Yutani wygląda jak z innej produkcji). Jatka na imprezie w drugim odcinku jako same dźwięki, off-screen i aftermatch to chyba najlepsza decyzja, jaką mogli podjąć w czasie produkcji - gdyby próbowali CGI, pogrążyliby tę scenę jak kilka chwil później jatkę za plecami Morrowa. "Przesył" dzieci do robotów był prawdopodobnie montażem, a nie mastershotem per se, ale i tak był bardzo dobrym ujęciem.

Odcinek 5 był jedynym, który dało się oglądać bez uwiądu mózgu, za to z prawdziwą przyjemnością (choć to trochę casus kanapki z masłem po piachu Przymierza). Pomaga porzucenie przenikanek na rzecz błyskawicznych zmian ujęć, które są trochę mniej męczące. Największym mankamentem jest standard serialu czyli galopująca głupota - procedury BHP mają na Maginocie do dupy, ani odbitek palców z klatki na jajo nie zebrać, ani operować sanitarnie w czepkach i maskach (chyba powinno nas cieszyć, że w ogóle pomyśleli o rękawiczkach), nie mówiąc już o oficerze bezpieczeństwa rzucającym niedopałek w wyżartą przez kilka pokładów dziurę, oraz trzymania jedzenia (i niezabezpieczonego picia!) w tym samym miejscu, co sekcjonują kosmitów (to ja już wolę pety w żarciu od larw pijawek w wodzie). Na swoją obronę odcinek ma te dwa razy, kiedy ksen wyglądał porządnie - raz, jak stał groźnie przed tymczasową kapitan, a drugi, paradoksalnie, jak miotał się, bo mackook skoczył mu na ryj. Poza tym Rahim i Madey to jedyne postaci, do których poczułam sympatię.

W ramach bonusu, bo nie będzie mi się opłacało robić osobnego postu, spisywane na bieżąco podczas binge'u uwagi:
odcinek 2
- jasne, że walnęli prosto w landmark
- kotek 😢 mają u mnie minusa
- najbardziej niezdarna akcja łapania ever
- no i głąb nachyla się nad jajem - przynajmniej bez efektu
odcinek 3
- mobilnej chłodni rzeźniczej to się nie spodziewałam
- nagle zapomina o trafieniu jej ogonem?
odcinek 4
- szybko chłop jest na nogach po implancie płucnym
- szef dobrał se w miarę normalny ciuch
odcinek 5
- co się ciskasz o bieliznę, babo? jakbyście się regularnie tak nie widywali
- musieli tę scenę seksu, nie wystarczyło wspomnieć?
- jak oni ogarniają klawiaturę z geometrią?
- to mackooki jest dobry?
- [o robalu włażącym do rany postrzałowej w głowie] nie zrobili tego, nie zrobili tego! fuuuuj!
odcinek 7
- gościu, na bosaka w kosmiczne smarki?
- co ona ciągle z tym genialnym chłopcem, nie po nazwisku?
- weź nervomix, laska
odcinek 8
- o masz, Ruda reaktywowała 😫
- jeszcze raz zobaczę jej [Wendy] paszczę na close-upie, to mnie pojebie

_________________
ilustracja: avp.fandom.com

24 lipca 2025

Jurassic World: Odrodzenie (2025)

Po pijanym tango Dominionu nie była to premiera, której oczekiwałam, zresztą słusznie - to nie tyle podskok, co trzymanie się tej samej poprzeczki (kompletnie nie ogarniam, czego to miałoby być "odrodzenie". Nowej trylogii? Sensu życia protagonistów?).

Na pewno nie jest to nowy start dla dinozaurów - dziewięć lat po opuszczeniu wyspy i pięć po ostatnim występie (niedaleka przyszłość, bo 2027) dotarło do nich, jak bardzo schrzaniony mamy klimat i mogą z grubsza funkcjonować tylko przy równiku. Szczęśliwie wyspa, na której jest już drugie utajnione i opuszczone labo we franczyzie, jest bliżej niego niż zwrotnika - dlatego to strefa zakazana dla ludzi, i dlatego dlatego Zła Firma odzyskuje hazard po trupach straczeńczych najemników.

Ale żeby to powstrzymało od rejsu, albo chociaż nakłoniło do refleksji po fakcie, ojca dwóm córkom? BWAHAHA!

Co nas prowadzi do konkluzji - bo spoilerem to żadnym - że nie trzeba przejmować się smarkażerią, zgodnie z prawami tej franczyzy mają plot armor grubszy niż "Newt" Jorden (podczas debiutu). Wątek tej rodziny nie miał sensu, ani się wiązał z misją protagonistów, ani nie tworzył jakiejś istotnej osi fabularnej, po prostu tam byli i plątali się dinozaurom pod nogami. Nawet sceny na stacji benzynowej i na rzece można by spokojnie oddać głównej obsadzie.

I - jasne, tato roku, zabierzmy stworzenie, o którego dobrobycie guano wiemy, z miejsca, w którym sobie radzi, w środowisko, które jest dla niego mordercze (jak wykładał chłop krowie na rowie NA SAMYM POCZĄTKU).

Postaci kasują Klisza Bingo jak raptory myśliwych InGenu, a scenariusz easter eggi z poprzednich odsłon - kuchnia z "jedynki", squot na wyspie z "dwójki", odławianie doświadczonych najemników z "trójki", chowanie się pod autem z biohazardem z "piątki" - biorąc oryginalnością z zaskoczenia: 
🦕 Doktorek okazał się umieć poruszać w terenie, a nie pipą zieleniejącą w suchym doku i potykającą się na pierwszym korzeniu w dżungli;
🦕 pierwszy raz od "trójki" darowano sobie Wielką Teropodzią Młóckę;
🦕 Dowódczyni to faktyczna, wzbudzająca sympatię silna kobieca postać.
Aż szkoda, że film musiał walnąć po oczach Matką Zmarłą Na To, Czemu Służą Pozyskiwane Składniki oraz Martwym Dzieckiem jako motywacją do niepatentowania leku i ratowania cywili - przecież Dowódczyni i Przewoźnik nie mogą być po prostu Przyzwoitymi Ludźmi, nie? 

Dinozaurów standardowo proporcjonalnie mało (i niestety bardzo wyraźnie w CGI), i poza tym nieszczęsnym distortusem rexem - wpływem Rancora, i chyba nieintencjonalnie Godzilli Emmericha (jedną z jego mutacji jest zmiana gabarytów na potrzeby ujęcia) - dowoziły:
🦕 aquilops jest nie tylko comic reliefem, ale i ciekawostką ewolucyjną - wczesnym kuzynem linii, która wykształciła protoceratopsy i ceratopsy właściwe. Prawda, że od razu sympatyczniejszy?;
🦕 wodne spinozaury! Labo zamknęli w 2010, czyli to wersja z po 2015 - czyżby frankensteini InGenu byli przewidujący? Dwugarbowy żagiel i wiosłowaty ogon to w miarę nowe wnioski rekonstrukcyjne. Tak czy inaczej - spinozaury to moje drugie ulubione dinozaury, więc tylko cieszyć oko, gdy jeden ujawnił się na przybrzeżnych skałach;
🦕 rzeczna ucieczka przed tyranozaurem w końcu na ekranie! Była legendarna już od pierwszej książki i spełniła oczekiwania (nawet, jeśli nad ludzkimi uczestnikami czuwała Producencka Siła Wyższa). Do tego tyranozaur pływał! Ktoś tu zerknął na Prehistoryczną Planetę;
🦕 kecalkoatl i lina - niby spodziewane, ale jak cieszy (nie dla zawartości liny)!;
🦕 najbardziej pokojowa scena w całym filmie - tytanozaury!;
🦕 niestety - znowu zero ichtiozaurów. RZĄDAM!

Nad tym wszystkim unoszą się dwa mindfuckowe pytania: 1) jakim cudem przepuścili do zakwarantowannowanego labo batonika (i jak właściciel snickersa zareaguje na tę przecudowną reklamę z papierka wywołującego awarię), oraz 2) co mezoamerykańskie ruiny wyprawiały w Ameryce POŁUDNIOWEJ? Atrakcja dla pracowników?

A zrujnowane labo wyglądało jak w Romulusie (ten film nie opuści mnie dłuuugo).


Jurassic World: Rebirth
reżyseria: Gareth Edwards
scenariusz: Michael Crichton (pomysł), David Koepp
wystąpili: Scarlett Johansson, Mahershala Ali, Jonathan Bailey, Rupert Friend
__________________
ilustracja: IMDb

08 września 2024

"Park Jurajski: Zaginiony Świat", Michael Crichton

Jako sequel Park Jurajski 2 wpada w casus Doktora Sna - nie jest tym samym, co filmowy Zaginiony Świat: Park Jurajski, bo pierwsza ekranizacja nadydźdała w fabule, więc papier i ekran to dwa alternatywne uniwersa (robię to porównanie, bo słyszałam, że multiwersum jest ostatnio modne). Z tym, że ta książka od połowy ma kompletnie inną fabułę - cały czas na wyspie, żadnego zżerania psów na przedmieściach.

Czytało mi się przez to przyjemniej, niż oglądało - książka zwraca uwagę na detale behawioralne, ekosystem, szczegóły biologii, i wreszcie na fizykę i technikę. To ostatnie powinno się spodobać zwłaszcza czytelnikom Felixa, Neta i Niki, dosłownie cały dialog - kilka stron! - schodzi na najskuteczniejszy sposób założenia tyranozaurzątku opatrunku, i samoistnego jego zdjęcia, szczęśliwości! Albo jak i czemu wybrano akurat te a nie inne materiały i rozwiązania w użytkowanym ekwipunku.

Crichton to już kolejny pisarz, u którego zauważyłam manię okraszania każdej postaci występującej w więcej niż dwóch scenach biografią edukacyjno-zawodową, a czasem i prywatną. Możliwe, że to taki zabieg literacki, ale czemu miałby służyć? Dodaniu głębi?

I znów nie widzę, czemu Crichton miałby nie umieć pisać postaci żeńskich. W pewnym momencie Sara Harding była o niebo przydatniejsza od męskiej części grupy (w tym zwłaszcza od naćpanego morfiną Malcolma). Wykoleił się dopiero przy Kelly, która poza jedną sceną była w zasadzie bezużyteczna, a jej zadania spokojnie możnaby poprzydzielać innym, zwłaszcza Arby'emu. Już wiadomo, czemu Spielberg i Koepp "zmergowali" tę dwójkę w Kelly Malcolm (która była w filmie jeszcze mniej przydatna). Jeśli już autor nie radził sobie z postaciami, to były to dziewczynki, nie dorosłe kobiety.

Na marginesie - książka pamięta o PTSD, jakiego powinno się spodziewać po parkowym wypadku Malcolma z tyranozaurami. Raz, ale pamięta.

18 lipca 2024

"Park Jurajski", Michael Crichton

Klasyka tu też wchodzi na tapetę (a przynajmniej coś starszego ode mnie)!

Ze względu na status Perły Kinematografii ekranizacja jako mniej udana od pierwowzoru jest trochę niepewnym piętnem - animatroniki! Studia Stana Winstona! A jednak znalazłoby się parę zgrzytów, choć głównie z punktu widzenia kogoś, kto chce doświadczyć czegoś więcej, niż odtwarzania w głowie filmu.

Akcja w książce jest - nawet krwawsza niż w filmie, z większym kill countem - ale i lokowanie ekologii (przy jednoczesnym traktowaniu sklonowanych quasi-dinozaurów jako obiektów do zniszczenia, nad czym już dywagacji moralnych specjalnie nie robią). W końcu to eko-thriller, co nieśmiało próbuje przypomnieć nowsza trylogia filmowa. Mamy więc masę a masę rozważań o ludzkiej zuchwałości wobec natury, etyce bioinżynierii, czy gatunkach inwazyjnych. Było nawet miejsce na korpogadkę o konflikcie oczekiwania-rzeczywistość, przypominające podejście dzisiejszego przemysłu filmowego (zatoczyliśmy kooooło!), kiedy zachwycające dinozaury mają iść w odstawkę na rzecz tępszych i ślamazarniejszych "wersji", bo, cytuję niedokładnie, "zwiedzający nie przywykli, że zwierzęta są takie szybkie". Śmieszne, że faktyczny trend pokazuje odwrotny kierunek ("We need more teeth!").

Kolejną przewagą książki są naukowe ciekawostki i MacGyvering, trochę jak u Kosika, oraz więcej dinozaurów - jak to kiedyś ujęto w posłowie do Aliena (też Vesper!), pisarz to ma klawe życie, bo może napisać wszystko, a filmowców ogranicza budżet, fizyka i czas. Są pewne różnice względem wyglądu - dilofozaury w końcu są większe - i jest więcej gatunków, w tym otnielia, od 2018 nanosaurus, mało widowiskowa, ale w książce skakała, co wyglądałoby ciekawie nawet przy topowym CGI wczesnych najntisów.

Co film tylko muska, to skrajna głupota właściciela i obsługi parku, podejście typu "jak się do tej pory nie sypnęło, to już nie sypnie", oraz "wróżka machnie różdżką i to rozwiąże". Myśleliście, że Hammond w filmie nie widział poza pierwszy plan? Jego pierwowzór otwarcie zbywał każdego, kto wiedział cokolwiek przydatnego, z biegiem akcji i postępem katastrofy coraz bardziej agresywnie, zaczynając od czegoś tak banalnego jak zabezpieczenia wybiegów, a kończąc na podejrzanie znikających sygnałach "atrakcji" (pamiętacie kompsognaty na plaży z drugiego filmu? Wzięli to z otwarcia tej książki) i wadliwym systemie wydawania karmy, o którym wszyscy wiedzieli, że glitchuje, a kiedy już się wszystko pokomplikowało, kompletny brak zrozumienia, jak bardzo złożony jest problem. Jeśli boli was głowa od polskiej polityki, głupota zarządu parku to właśnie podobny poziom.

Co wyszło lepiej w filmie, to postarzenie Lex, która w książce była najbardziej wkurzającą postacią po jej dziadku. Pisałam to przy Babadooku, nie wiem, czy takie zachowanie jest typowe w tym wieku, ale mała wywoływała we mnie chęć wysłania jej na karny jeżyk. Kiedyś słyszałam, że Crichton kiepsko pisze postaci kobiece (seksistowsko? Nie pamiętam dokładnego określenia), ale tego nie widzę, bo Ellie daje radę jak w wersji Laury Dern.

"Czarne", Anna Kańtoch

Zaczynając książkę, myślałam, że moją największą zagwozdką będzie czy ktoś funkcjonujący w pierwszych trzech dekadach XX wieku mówiłby flirt...