Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmos ostatnią granicą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmos ostatnią granicą. Pokaż wszystkie posty

08 maja 2026

Projekt Hail Mary (2026)

Niestety książki prawie zapomniałam - recka ma 3 lata! - więc porównanie będzie z tego żadne. Mgliście kojarzę, że lokalizacja Grace'a swojego miejsca we Wszechświecie tutaj przebiegła szybciej i bez "tentegowania w głowie", i że brakuje paru postaci i scen. Oraz wytłumaczenia, z jakiej paki sondy to imiennicy Beatlesów.

(Za to dobrze pamiętam, że pominęli cytat o Predatorze, bo to był mój ulubiony moment.)

(I że AI-niańka jest tak samo natrętna - pół sekundy na odpowiedź? Po latach unieruchomienia układu mowy? Kto to, kurna, programował?)

Trzymam się starych opinii, że bliskie spotkania trzeciego stopnia ludzkości ogółem to przepis na zagładę, ale jednostkowo może wypalić (ludzkość vs astrofagi a Grace vs Rocky); że komunikacja międzygatunkowa jest super (jeden z najlepiej oddanych elementów); że Stratt lubię, choć tu chyba ją trochę ułagodzili; że humor jest dobry; i że brak przypominajki to spłuczka U-1206 ery lotów kosmicznych.

Rozwaliła mnie ta tablica z 20 minuty z marszem ewolucji - tak, garniak to naturalny element antropogenezy 😂.

Ktokolwiek przyklepał cholernego Harry'ego Stylesa w soundtracku, powinien dostać plaskacza w tył głowy.

Estetycznie statek Rocky'ego przypominał mi trochę bambus, trochę o Beksińskim (zawsze na propsie 😛), z wnętrzem à la tył półki z książkami w Człowieku zza półki z książkami Interstellar. Czy samego sobie Rocky'ego sobie tak wyobrażałam... nie pamiętam, bo oczywiście nie chciało mi się drania rysować (jako i mapy w Żądlaku). Ujęcie z perspektywą z szóstej minuty jest bardzo dobre. I nie wiedziałam, że w próżni można latać tak chaotycznie (bo w życiu nie prowadziłam w próżni [a kto prowadził?]). Soundtrack miejscami jak ambient z growego The Invincible (LEMA!), choć minus za niewykorzystanie Satellite 15... The Final Frontier Iron Maiden.


Project Hail Mary
reżyseria: Phil Lord, Christopher Miller
scenariusz: Drew Goddard
występują: Ryan Gosling, Sandra Hüller, James Ortiz, Lionel Boyce, Priya Kansara
___________
poster: movieposters.com

27 stycznia 2026

"Płomień", Magdalena Salik

Rok 20_, dłuższy lot międzyplanetarny załogowy jest już dla ludzkości możliwy, z czego ona korzysta, katapultując w tytułowym Płomieniu dwie mrożonki na Ziemio-podobną Kepler-936d, coby przecierały szlak.

Ponad sto lat później wstęp terraformacji trwa w najlepsze, a Płomień służy jako barka transportowa Ziemia-Kepler.

Jeszcze później Ziemia jest postapokaliptycznym pustkowiem i kilku ostatnich desperatów upatruje w Płomieniu szansę na ewakuację.

Wszystkich tych wątków wydaje się nie łączyć nic poza Płomieniem właśnie, bo mają różne atmosfery - pierwsze okienko jest o etyce, drugie o priorytetach w sytuacji kryzysowej, postapo to już kompletnie inna bajka, bo leci przygodówką. Od wątpliwości, przez skakanie sobie do gardeł w trakcie kryzysu w następnej fazie po dbanie o własne tyłki.

Etyka w kontekście mrożonek, bo już sama kolonizacja, nie taki spojler, nie jest wyższą koniecznością - nie potrzeba backupowego terenu na wypadek trzaśnięcia klimatu Matki Ziemi, nie ma przeludnienia, po prostu Bo Mogą. Mają "odwagę" (jak to ujęła twarz przedsięwzięcia na uspokajaniu szaraków) i kasę. Co jest... realistyczne - jeśli kiedyś nastąpi ten poziom utechnologicznienia, właśnie ta książka będzie mogła spokojnie robić za checklistę.

A moralność mrożonek? Tu już wchodzi dupochron - otóż podróż ma trwać sto lat, wiele się może zdarzyć, a na szali jest pośmiertny piedestał kierownika, więc zaproponowano skopiować ("zmapować mózgi") jestestwa załogi, żeby nawet po uszkodzeniu oryginałów, misja zakończyła się sukcesem. Stwarza to kupę problemów (czyli ten drobiażdżek, przy którym kreatorzy serialu z Aliena zatykali uszy i robili "lalala"), od domyślnego zrobienia z załogi wymienialnych narzędzi, przez fundowanie im praktycznie tortury świadomości zapasu i nie bycia dłużej osobami, po prawa do samoistnienia bytów dosłownie myślących o sobie jako ludzie - a gdyby coś poszło nie tak przy kopiowaniu i trzeba by skasować błędną kopię? Ten aspekt całego cyrku zajął więcej miejsca, niż informacje techniczne o mapowaniu i statku, w końcu jest istotniejszy - to przestroga, że sky is the illusive limit. A od wygody się w dupie przewraca.

Motorem napędowym rozprawy jest psycholożka moralności o brzmiącym jak sfonetyzowane nazwisku Brin (które, o dziwo, istnieje), wespół z wyżej wymienionym kierownikiem Townsendem, motorem napędowym rozpraw naukowych, wzbudzająca mniej sympatii niż losowy gruz w wątku postapo. Ją przynajmniej odkupuje po byciu hipokrytką pojawienie się na scenie męża - nie dziwię się tej pani, że miała dość typa, który pierwsze, co mówi po dłuższej rozłące, to "powinnaś się więcej uśmiechać" i "staro się ubierasz" (zgodnie z wiekiem IMHO) - ale Townsend jedzie takim kompleksem Boga, że mógłby stanąć w szranki z Peterem Weylandem; kiedy Brin mu wytyka, że nie wziął pod uwagę odpowiedzialności za coś, co może skończyć się solidnym pierdolnięciem długo po tym, jak bezpiecznie zejdzie z zasięgu prawników (nazwała to "barbarzyńcą podpalającym las i odwracającym się do tego plecami"), facet dostaje erupcji męskiej godności i strzela kosmicznego fochodąsa. Na początku myślałam, że ta frustrująca parka służy tylko za gadające głowy, jak u Lema, ale oni są kolejną przestrogą - naukowcy biją na alarm, że świat opanowuje coraz więcej narcyzów.

Prowadząca wątek problemów z zaopatrzeniem Keri to też nie dusza-człowiek, ale u mnie wygrywa dzięki chłodnemu osądowi priorytetów. Oczywiście jej współpracownicy są przeciwko, a jej pozycję dodatkowo podkopuje widmo psychozy kabinowej, kolejnej smutnej rzeczywistości pionierstwa kosmicznego, na zapadnięcie na którą jest podejrzewana. Czasem sama wątpi, czy tak nie jest, czasem, czy aby wysłany z nią na zwiad kolega nie stracił zmysłów, ale to ukrywa - dorzucając do barszczu grzybek kompleksu Kasandry. [W grę może też wchodzić zjawisko, które ostatnio skrystalizowałam, ale nie wyjaśnię, dopóki nie zabezpieczę go publikacją własnej książki.]

Wynfred... jest. Everymanem.

Rzeczywistość (wątku głównego) odznacza się cyfrowym podhype'owaniem części rozrywkowej i klimatem streszczonym do debetu ekologicznego (w sensie zasilania, zwłaszcza mobilności) i wykonywaniem wszystkiego z plastiku - więc generalnie nie wiadomo, jak z ociepleniem.

Podstawowym problemem Płomienia, przynajmniej w moim odczuciu, jest brak oznaczeń wątków - czasem trzeba czekać kilka akapitów (albo do następnej strony) aż rodzaj narracji podpowie, gdzie mamy wędrować myślami; główny jest trzecioosobowy, zaopatrzeniowy (Keri) w pierwszej osobie żeńskiej, postapo (Wynforda) w pierwszej męskiej. Na początku można jeszcze się bawić w szukanie klucza, bo przeskoki są regularne, ale im bliżej końca, tym akcja chaotycznieje. Rozumiem przyczynę, ale pozaznaczanie - np. odpowiednio "Przygotowania", "Keri" i "Wynford" - byłoby przydatne. Nie obyło się też bez zgrzytów logistycznych i, hmm, estetycznych?
Kim, u diabła, jest Gerda na stronie 215?
 Ta sama kwestia na stronach 203 i 254 ma inaczej porozmieszczane przecinki.
 Na stronie 268 imię postaci wprowadzono tak, że identyfikacja wymaga wyższych umiejętności dedukcji. I skąd narrator je poznał?
 Didaskalia o niedającej sobie w kaszę dmuchać Brin i poważnym i skupionym Townsendzie narzucają się jak komary, aż tylko notoryczny brak ołówka pod ręką powstrzymywał mnie od zaznaczania na marginesach SHOW-DON'T-TELL. Wystarczyło raz!
 Oraz zes*anie się drukarki na stronie 313, w wyniku którego pół bloku tekstowego wydrukował się prawie na samym dole kartki.
Kanibalom odpuszczam, bo wymiękają przy rozdziale 37.

Sama nazwa statku nawiązuje do niczego innego, jak cholernego ognia prometejskiego - po spustoszeniu, jakie wywołał w moim poczuciu estetyki ten cholerny prequel, mogę się tylko śmiać przez łzy.

07 grudnia 2025

Predator: Strefa Zagrożenia (2025)

Rok 2025 w cross-franczyzie mija CGI fiestą

Badlands jest precedensowe nie tylko protagonistycznie - kiedy obwieszczali je światu, gynoidki miały być ludzkimi bliźniaczkami; taka skala zmyłki to raczej chleb powszedni Alienów, nie Predatorów (patrz: "jeden" ksen Romulusa i dobra zabawa z serialu). I w końcu Predatorzy noszą się bardziej niż na Conana Barbarzyńcę (nie odpuszczę XD).

Pewna ironia, że priorytetyzowany obraz nie wyszedł tak WOW jak niespodzianka, która dropnęła krótko przed premierą. Za głównego winowajcę uznaję tego zielonego, szympansowatego stworka, który włóczył się za Dekiem i Thią - przez PEGI-13 wydaje się wymuszonym zabiegiem à la glutek z Mandalorianina (albo Eleven), a po "dłuższej chwili tentegowania w głowie" okazuje się, że jego usunięcie absolutnie nie wpłynęłoby na rozwój fabuły (w jednym miejscu trzeba by przyspieszyć deux ex machinę, ale to drobiażdżek). A rozwiązanie, czymże to jest - gdyby nie był Bezużytecznym Słodziakiem™, nie odśmiewywałabym sobie dupy (acz kolega dał się złapać, czyli gratuluję komukolwiek, kto odpowiadał za projekty stworów).

Startuje trochę zgrzytem - ekspozycją, bo przecież Dek powinien doskonale wiedzieć, o co toczy się gra (a może jego brat wiedział lepiej, jak działa mu fokus?); drugi problem to już wyłącznie wina sali projekcyjnej - prawie ogłuchłam (BTW to już trzeci seans, na którym coś się kićka).

Niska kategoria wiekowa to efekt casusu Samuraja Jacka, czyli roboty zamiast ludzi - nadal jest jatka, ale dopóki nie bryzga czerwonym, można sobie folgować. Nawet odciąć głowę żywej istocie dla tortury psychicznej innej postaci (choć po Strażnikach Galaktyki 3 nie mam złudzeń, co przepuszcza współcześnie cenzura). Jak oni właściwie załatwili zakulisowo multiplikację modelu od szarej roboty? Statyści w perukach? A więc peleryny były dla zamaskowania różnic w sylwetkach? I czemu zamiast osaczać, nacierali wężykiem, jak do kapitana Kirka? Za to bojowe nogi Thii były fajne.

Zgon brata był niestety do przewidzenia (skoro tatuś faja), a szkoda, bo był najfajniejszą postacią (zajawka na rodzinę Batmana), ex aequo z plującą ambystomą naramienną; drugie miejsce idzie do Thii. Dek, sorry, chłopie, lądujesz na trzecim - trochę męczyło mnie podejście "empatia to słabość", nawet, jeśli rozumiałam, że przy tak toksycznym starym nie dało się inaczej (i że potrzebował dosłownie twardego lądowania, żeby dotarło, co zrobił dla niego brat); ratuje cię bojowe wykorzystanie zasobów naturalnych w stylu Naru (gdyby tych dwoje się spotkało, byłoby ciekawie) - ekstra zobaczyć znowu Predatora bystrzejszego niż przeciętny goryl.

(Tak w ogóle - w tej dekadzie strasznie stawiają na rodzeństwa: Naru i Taabe w Preyu, prawie wszyscy w Romulusie (i to duety brat-siostra), Kenji i jego brat w KoK, nawet robocica i pechowy ratownik w nieszczęsnym serialu.)

Rozwoju sytuacji z Tessą się nie spodziewałam, a z wielkim stworem domyśliłam się dopiero na chwilę przed faktem (a było w pewien sposób jasne od początku, że tak będzie).

Muzyka była świetna - Sarah Schachner rządzi.


Predator: Badlands
reżyseria: Dan Trachtenberg
scenariusz: Patrick Aison, Dan Trachtenberg
występują: Elle Fanning, Dimitrius Schuster-Koloamatangi, Cameron Brown, Reuben De Jong, Mike Homik
_____________
ilustracja: IMDb.com

03 września 2025

"Obcy. Wyjście z cienia", Tim Lebbon

Jedenaście lat temu - czyli przed wchłonięciem przez Disneya - prawny właściciel franczyzy Obcy w ramach dorobienia się na postaci Ripley i LV-426 zamówił książkową trylogię, której każda część musiała zawierać przynajmniej jedno mniej lub bardziej dosłowne powiązanie ze słowami-kluczami. Pierwszej części, w Polsce znanej jako Wyjście z cienia, kazali odkopać nie do końca martwą Ripley i z definicji nieżywego, ale całkiem żwawego Asha. Czy wyszło to na dobre? Cóż.

Ripley rządzi. Nie ma wątpliwości - na ekranie czy papierze, ona rządzi. Tutaj aż zanadto, przyćmiewając wszystkie inne postaci, właściwie poza Jonesem i świadomością Asha, co nie stawia w najlepszym świetle postaciotwórstwa Lebbona. Prawie każda postać "oryginalna" - a więc bez pleców w postaci 35 lat fanbazy - jest nijaka, z Chrisem "Hoopem" Hooperem jako wyjątkiem, bo narracja bardzo skupia się na jego punkcie widzenia, więc da się o nim powiedzieć cokolwiek; czyli, że jest czymś w rodzaju miksu Dallasa z Hicksem. Jeśli na początku będziecie przerażeni, ile mięsa armatniego trzeba będzie spamiętać - bez obaw (i spoilerów), bardzo szybko dzieje się katastrofa, która przetrzebia załogę "Marion" do wygodnej ósemki.

Odrębny problem stanowią opisy, miejscami sztywne i na przymus, oraz nie tam, gdzie by się przydały - nie wiadomo, jak wygląda większość postaci, właściwie tylko mechanicy (u których wykrywam pewne naleciałości Parkera i Bretta), jeden typ i lekarka nazwiskiem Kasyanov (jeśli czarnoskóra Rosjanka wydaje się dziwna, to nie czytaliście Astronautów Lema). Co ciekawe, z dialogami autor już sobie radzi, na głos nie wypadłyby sztucznie.

Ogółem to dobra lektura, ale do bardzo dobrej trochę jej brakuje. Pierwsze "ale" to kwestia mojego gustu - rozprawy moralne to też środek wyrazu - drugie czysto techniczne, i myślę, że łatwiejsze do odniesienia.
Podwójne standardy kogo ratować - w pełni zdrowego kota, który nie podpisywał żadnych umów, żeby znaleźć się w tym bajzlu, można zostawić na paskudną śmierć, ale za to dla inkubatora Obcego warto narażać niezainfekowaną resztę, zajmując tymże jedyną lodówkę.
⇨ Rodzina Hoopera. Tak, gość zostawił na Ziemi swoją eks i dwóch synów. Czy za nimi tęskni? Oczywista. A myśli często? Jeszcze jak - i tu leży pies pogrzebany. Ani razu, dosłownie: zero, nie wspomina ich imion. Zawsze: "była żona" i "synowie". Nawet dochodzi do tak kuriozalnej sytuacji, że wspominając o zdarzeniu z udziałem jednego z synów, facet dosłownie używa zwrotu "z jednym z synów". Żeby nadawać imiona górnikom, którzy pojawiają się raz, i po sekundzie degradują się do trupów, a bliskich jednego z dwojga narratorów traktować jako masę? No LOL.

Neutralnie rozpatruję za to, że skojarzenie przez Ripley rozwoju rozrywacza z Amandą ze strony 235 zabrzmiało jak ciąża, więc zbiło mi ćwieka mimo znajomości kontekstu. Taka ciekawostka, po prostu.
Cytat in question

Obcy są tu czymś pośrednim między tymi z pierwszego a drugiego filmu, czyli jest ich więcej, ale jeszcze nie zgłupiały doszczętnie. Ale nadal zgłupiały - ten z Nostromo był całkiem blisko poziomu wymarzonego przez O'Bannona, a nowogalwestońskie (wyjaśnienie w drugiej części) chwilami tracą opanowanie i ciskają się, jakby nie były częścią Jedni.

Co się tyczy Asha: to straszliwa ględa i chwalipięta, jak na program komputerowy. I to bardziej, niż gdy udawał człowieka. Od razu widać, kto programował. Zaś o ile jego wybycie z fabuły idzie łeb w łeb z ostatnim aktem Romulusa w kategorii "a teraz szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu (i oby do odbiorcy też)", sam występ wypadł pozytywnie. Nie jest już tak zero-jedynkowy w swojej dyrektywie, co trzydzieści siedem lat wcześniej - z Kosika wiem, że AI "myśli" niewspółmiernie szybciej od człowieka, więc taki szmat czasu to jak setki lat wobec mrugnięcia - jego przemyślenia, w tym stosunek do Ripley, zrobiły się znacznie bardziej złożone. Trochę casus Davida, tylko do niczego nie prowadzi.

Inaczej to wygląda za to z innym widmem przeszłości, jakim jest Med-Pod - to ustrojstwo, w którym postać Noomi Rapace zrobiła niekompletną i kompletnie bezsensowną biologicznie cesarkę - chyba pierwsza apdejtowana technologia w tym uniwersum. Konkretnie tak, że w sześćdziesiąt coś lat wynaleziono dyngs do wymazywania wspomnień (ale by było zajebiście dla Davida, gdyby jego sprzęt nie poszedł na szrot - królik doświadczalny na respawn, i kolo nie tkwi bezproduktywnie z sygnałową wędką), którego jakoś nie wyłączyli w egzemplarzu dla górników, stąd pięknie i łatwo Ripley nie pamięta całej imprezy, a było goręcej niż w Hadley's Hope (Lebbon jest lepszy w horrorze niż James Cameron). Ale nie było też tak, że wlazła w to po nic - to, że było oczywiste, że ma sezon ochronny, nie oznacza, że przeszła przez Piekło bez szwanku.

I tu przechodzimy do tego, za co Lebbonowi należą się brawa:
przede wszystkim, skoro powiedziało się "A": trauma Ripley po Nostromo, w obliczu o wiele większej ilości ksenomorfów - i to na nieznanym gruncie - doprowadza ją w końcu do stanu nieużyteczności. Robi to stopniowo, jako spécialité de la maison stosując Amandę (córkę Ripley) i rozrywacza, budując poczucie winy za what's if przepuszczenia ksenomorfów na Ziemię.
⇨ nie mniej ciekawe jest życie wewnętrzne Hoopera, w postaci wspomnień z Ziemi. To drobiazgi, ale przy regularnym przemilczaniu przez franczyzę tej planety cieszą - czy zabytki jeszcze się zachowały, jak z edukacją, co szaraczki mogą wiedzieć o Nostromo.
⇨ powrót do korzeni dzięki W górach szaleńswa. Lebbon wprowadza nowy element, jednocześnie trzymając go z daleka od kanonu, i robi to w sposób możliwie jak najbliższy mitologii Cthulhu - o pewnych pradawnych sprawach aż strach myśleć. Wolno mu, a co tam, kosmos jest gargantuiczny.

Czy zatem jest to odcinanie kuponów? Na szczęście nie. Lebbon wybrnął z tego dziwnego pomysłu z klasą, której życzę przyszłym filmowym odsłonom.

30 sierpnia 2024

Obcy: Romulus (2024)

Niech ktoś uzmysłowi dystrybutorom, że oficjalna reklama
prezentuje gwałt oralny

Podchodziłam do tego filmu z rezerwą, a im głębiej w reklamę odreżyserską, tym gorsze prognozy. Sytuację zaogniło błogosławieństwo od samego Ridleya Scotta, człowieka, który spieprzył kanon (wiem, że długo się zbieram do objazdu). Finalnie... nie jest tak źle. Gorzej, niż oryginał (i Aliens, choć fanką nie jestem), ale o niebo, NIEBO lepiej od niedorobionych prequeli.

Fabularnie miks Aliens, Alien 4 i Prometeusza, czego nie próbuje ukrywać - onelinery latają żwawiej niż porozstrzeliwane kseny w zero-G. Wyszło mu to raz na dobre, raz na złe, ostatni akt na ten przykład wybrał złą inspirację. Tegowiecznych części uparcie się trzyma mania przekombinowania. Najzabawniej, że ten plot twist spokojnie da się przewidzieć jeszcze godzinę przed; nie czyni go to jednak mniej popieprzonym.

W kwestii budowania plot twistów Alvarez zdecydowanie jest mniej pruderyjny od Scotta. Pojechał po rozrodzie tak, że w siedemdziesiątym ósmym mogli tylko o tym marzyć. Przy jednej fazie rozwoju ksenomorfa sprzeczka o jajo to betka (szerzej o tym w kwietniu). Co miało być przerażające, obrzydliwe i niewygodne, takie było. Za kilka lat mogę zrobić ranking (film.org pewnie też na to wpadnie, szybciej).

Odważnym posunięciem było złamanie świętej reguły, dzięki której Predatorowo-Alienowe slashery tak się wyróżniają, a więc zaniżenie średniej wieku żarcia dla kosmitów do głupich nastolatków (wczesnych dwudziestolatków?) [Wiem, że Prey był w tym pierwszy, ale nie będę poprawiać tamtego wpisu]. Nie ma to jak wrócić do podstaw gatunku. Przy okazji ta banda smarkaczy w większości sytuacji nadal wykazuje więcej rozsądku niż prequelowi 40-latkowie (poza jedną sceną, która doprowadziła do przesadzonego finału 😬).

Kolejnym elementem po dobrej opinii Scotta, który nie nastrajał mnie optymistycznie, był trailer spoilerujący, że pilotką złomiarzy nie trzeba się przejmować. To znaczy w tego typu filmach i tak wiadomo, kto jest mięsem armatnim, ale i tak - wielkie, kurwa, dzięki, Disney, za zepsucie niespodzianki. Na podobnej zasadzie powiedziałabym, że można się nie martwić o Rain (Cailee Spaeny), ale ja producentem blockbustera nie jestem; w końcu angaż znanej twarzy nie musi od razu oznaczać jej dotrwania do The Endu, tak nam dopomóż Krzyk. Nawet przy subtelności współczesnych klisz.

To chyba będzie jedyny film, który zdezorientował moją robofobię. No, połowicznie. Boleśnie cyfrowy Ian Holm z najgłębszych czeluści Doliny Niesamowitości zdecydowanie prosi się o trepanację gaśnicą. David Jonsson wypadł tak sympatycznie - też w momentach, gdy nie było wiadomo, po której jest aktualnie stronie (bardzo ładny motyw) - że to aż ironia, że robot miał bardziej ludzką i bogatą ekspresję od faktycznego człowieka (nie mam nic do Cailee Spaeny, ale czy aktorzy przypadkiem nie powinni umieć robić więcej niż trzy miny na krzyż?). Choć i tak moje "ale" do jej postaci tyczy się wyłącznie jednego dialogu, kiedy zasypuje urzędniczkę imigracyjną nieprzydatnymi informacjami. Przyznaję, spodziewałam się po niej miałkości, więc neutralne odczucie to plus.

Mimo wszystko polecam, nawet psychofanom zafiksowanym na kanonie (którego podobno ten film miał nie szturchać, ale zygu-zygu, marchewka). To dobra rozrywka, mogę przeboleć nawet zbyt dobrą jakość, zwłaszcza względem teasera z VHS-u. Lubię retro-futuro, próbę oddania fryzur i ubrań lat 70-80. Podobała mi się unikatowa śmierć od jednej kropli kwasu, ewenement wśród zwyczajowych chluśnięć kwasem, jej tragikomizm, kiedy mięso armatnie ląduje centralnie pod źródłem substancji (abstrahując od tożsamości tegoż mięsa).

Prey nadal faworyzuję.


Alien: Romulus
reżyseria: Fede  Álvarez
występują: Cailee Spaeny, Isabela Merced, David Jonsson, Archie Renaux
____________________________
źródło ilustracji: IMDb

25 lutego 2024

"Fantom", Marcin Ciszewski

Prawdę rzecze porzekadło "nie oceniaj książki po okładce" - tutaj blurbie. Fani Obcego i Coś, nie łudźcie się, to nie jest książka której szukacie.

Kiedy blurb mówi "jednocześnie", tak właśnie jest. Jednocześnie jest akcja ratunkowa, i to, co doprowadziło do akcji ratunkowej - oto urwał się kontakt z misją rekonesansową w Andromedzie (na temat tunelu poprzestrzennego się nie wypowiem, poza oczywistym skojarzeniem z Człowiekiem zza Półki z Książkami i pytaniem, jakie jest opóźnienie w sygnałach), i po dwóch latach przybywają to sprawdzić "rezerwiści". I nie, to nie jest jak w Aliens, że tak zaspoileruję, za co autorowi należy się plus. I to samo w sobie byłoby świetne - śledztwo przeplatane wyjaśnieniami in flagranti - gdyby nie mający kompletnie inny nastrój wątek jeszcze innego śledztwa, na Ziemi, tropem czemu pionierski rozdział kolonizacji kosmosu skończył jako tanie reality show. Efekt splątania walki o życie z kosmiczną osobliwością i thrillera szpiegowskiego okazało się przedobrzeniem. Trudno było poczuć izolację, kiedy co chwila lądowało się na waszyngtońskich ulicach w godzinach szczytu.

Mam problem głównie z częścią pozaziemską, przez tego cholernego blurba - bohaterowie nie są odcięci od reszty świata, dopiero pod koniec (chronologiczny), wcześniej gadali sobie z szefostwem i całym światem, ile fizyka tunelu podprzestrzennego pozwalała. To nie jest ten rodzaj izolacji, drogie wydawnictwo, to rodzaj "jeśli coś nas zaatakuje, tamci mogą tylko bezsilnie się gapić". Przynajmniej przeciwnika mieli ciekawego; status ontologiczny Fantoma SPOILER nie zostanie wyjaśniony. A nawet zbyt ciekawego, mym nieskromnym pisarskim zdaniem.

Sporo miejsca - niestety mało konstruktywnego - zabiera dyskusja o Pierwszym Kontakcie™, którą można streścić jako "nie tylko amerykański babsztyl ma w dupie empatię międzygatunkową, a na oczach klapki, ale i Polak (co się w sumie zgadza), a ostoją rozsądku i cywilizowanych rozwiązań jest Szkop". Abstrahując od powodów, które jakieśtam są, nastawienie do pozaziemskich form istnienia tak bardzo przypomina stosunek [wstaw dowolnych kolonizatorów] wobec [wstaw dowolnych miejscowych przychodzących sprawdzić, co im się pęta po obejściu], procedur oczywiście nie ma ani nie będzie, bo Amerykanka ma to w okrężnicy, a przeciwna frakcja jest uparcie przedstawiana jako kierująca się tchórzostwem albo pomylona.

Choć trzeba autorowi oddać, że kreuje postaci bardzo niejednopłaszczyznowo - przywiązanie się lub znielubienie większości postaci wam nie grozi, poza jednym przypadkiem, którego całe istnienie opiera się na byciu Typową Amerykanką Napotykającą Obcą Formę Życia, więc dawał się znielubić połowy książki.

Poza brakiem wyczucia nastroju książkę dobiją uniwersalne kwestie montowane w sposób niepasujący do sytuacji i śpiący redaktor, względnie niemający pojęcia o umiejscawianiu przecinków, ani czym różni się scenariusz od beletrystyki. Wszelkie, nazwijmy to, didaskalia w tej książce wyglądają właśnie tak, jak wskazówki dla aktorów, jak mają odgrywać role, zwykle bez głębszego odniesienia do fabuły. Sytuację ratuje tylko trzymanie się przez autora rozróżnień w stylu, że jak ktoś nie ma w zwyczaju dowcipkować, to tego nie robi.

Podsumowując: gdyby to były osobne historie, które przeszły przez krytyczną redakcję, poleciłabym.

31 grudnia 2023

"Mars", Rafał Kosik

Jak zinterpretować przyszłość, w której już za niecałe 20 lat zaczniemy kolonizować Marsa? Na pewno nie pozytywnie.

Historia jest rozłożona w czasie na trzy okresy - 2040, 2305 i 2340 - choć istotne są głównie te dwa ostatnie, przedstawiające efekty działań polityczno-ekologicznych w relatywnie krótkim czasie. 

Już w trzysta lat okazuje się, czemu kolonizacja nie była trafionym pomysłem - niedająca się obsadzić lasem gleba, wszędobylski piach, problemy z urządzeniami przetwarzającymi atmosferę, politycy - i segment 2305 wprowadza próbę kolejnej reanimacji programu terraformowania. Perspektywa lata między politykami obozów wszelakich, Doris z pośredniaka, która przez własną zmianę pracy ładuje się w bagno, a szarym obywatelem Allenem, mającym sporo cech wspólnych z Felixem Polonem. Przewijają się też widziadła dzieci, jako strzelba Czechowa, oraz całkiem żywe i materialne dzieci, w tym chłopiec, który chce zostać archeologiem (przypominanie mu, że na Marsie nie ma na to szans, to running gag). 

Podobno to thriller polityczny (cokolwiek by to nie było), więc o polityce na Marsie - nie da się. Jak wszędzie, ale tutejsi politycy wydają się przynajmniej bystrzejsi od rzeczywistych. Przy niedasięizmie, bo obywatele nie umieją planować dalej niż co zjedzą na lunch za tydzień, najsensowniejszy pomysł ratowania klimatu musi być wprowadzany cichociemnie, i tu na scenie pojawiają się pechowi Doris i Allen - złe miejsce, zły czas, jak się okaże. 

35 lat później okazuje się, że "najsensowniejszy" nie było synonimem "najskuteczniejszy", i Mars wykorkuje jeszcze szybciej. Ale kogo to obchodzi, gdy istnieją wszczepiane w mózgi komputery zmieniające rzeczywistość na każdą najdurniejszą inną, a real jest zbyt nudny? I dlaczego miałaby prawda niesiona przez Jareda, zwłaszcza nieniosąca korzyści w najbliższej przyszłości?

Ostatni akt skupia się na Jaredzie i niebezpieczeństwach marsjańskiej archeologii - w średnim wieku Jared jest na tyle realistą, na ile się da przy oszukujących mózg lepiej niż wyparcie komplantach, i archeologię uprawia hobbystycznie, przy okazji zawodowych poszukiwań baniek wodnych. Dlatego, gdy praca przy najnowszym zbiorniku spotyka się z dziwnym zachowaniem władz, po zabezpieczeniu się obecnością reporterki Jared zaczyna drążyć, dosłownie i w przenośni. I im głębiej drąży, tym bardziej wzbudza zainteresowanie wirtualnych widziadeł - dzieci, Eleganta i Egipcjanki (która, notabene, podsunęła mi zabieg do twórczości własnej).

Głównym niebezpieczeństwem technicznie nie są same widziadła, tylko odpowiadający za nie komplant. A może i za całą sytuację. Bo problem polega we wspomnianej już ultrarealistyczności - nijak nie można powiedzieć, czy to, czego się doświadcza, nie jest symulacją, i mroków nie rozjaśnia nawet konsultacja u specjalisty (elektrologa), bo... i tu koło się zamyka. Jared jest tego świadom, co nie przeszkadza mu w kontynuowaniu śledztwa, bo za problem uważa właśnie Eleganta i Egipcjankę. Pa-ra-no-ja.

A zaczęła się niewinnie, ot jako następca komórki. Potem było gorzej - nie masz sprzętu, masz trudniej w cywilizacji. I z tego upraszczania czeka nas leniwe uzależnienie. Biorąc pod uwagę, jak wygląda "postęp" technologiczny teraz, to bardzo prawdopodobny scenariusz.

W takiej sytuacji plan Jareda, żeby ujawnić społeczeństwu, co wygrzebał i w co się wpakowali, przybywając na Marsa, wydaje się... naiwny? Facet wydaje się mieć sporo wiary we współobywateli i ich chęć do przełamania marazmu. Prawda, choć upiorna, nie przebije sensacji, które mogą zafundować komplanty. A wydarzenia sprzed kilkuset lat nie przydają się aktualnie, bo aktualnie jest bezpiecznie. Niestety tak to wygląda, że złe masowe rzeczy się dzieją, bo społeczeństwo zgodzi się na nie, jeśli tylko w najbliższej perspektywie będzie miało żarcie, dach nad głową, i odrobinę rozrywki.

Mars przyszłości, poza byciem ponurym, zatrutym, zinformatyzowanym trupem, przypomina... Łowcę Androidów? (Nadal mowa o ostatnim akcie). Opis megamiasta włącza w głowie Vangelisa (coś takiego), a wszelkie wątpliwości stanowczo powinna rozwiązać postać z tła prawie na samym końcu. Pozamiejskie pustkowia można za to uznać za anachronizm, zwłaszcza w obliczu sceny z farmą na południowej półkuli, żywcem z Blade Runner 2049 (w pierwszych wydaniach też tak było, bo mam z 2022?). Inspiracji można się tu też doszukać pod względem wielkiej niewiadomej własnego otoczenia, o czym napisałabym więcej, gdybym w końcu przeczytała Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?, mam nawet ponaglenie.

Warsztatowo mam zastrzeżenia co do nadmiernej szczegółowości czynności w segmencie 2305, w drugiej już tak nie ma, oraz stosowania anglicyzmów w miejscach, gdzie akurat nie było to konieczne, bo albo istnieją na to polskie określenia, albo można było jakieś wymyślić (co nie byłoby trudne). Nie jest to jednak aż taka masakra, jak w Válka s mloky, bo w Marsie możemy jeszcze przyjąć, że uniwersalny translator komplanta nie przekładał wszystkiego. A przynajmniej moglibyśmy, gdyby wszystkie postaci jak jedna nie były wyraźnie z anglojęzycznej części populacji, na co wybitnie wskazują nazwiska - naliczyłam jedynie dwa plus jedno imię o korzeniach iberyjskich, oraz jedno nazwisko o niewiadomych (portugalskie?). Normalnie Mars jako kolejny odcinek brytyjsko-amerykańskiego kolonializmu.

Są też uwagi techniczne - 1) szklana szybka w hełmie kosmonauty? Normalnie jestem laikiem, ale standardem nie jest pleksi? 2) makijaż w stylu staroegipskim to jeden z ostatnich, które nazwałabym "dyskretnymi".

A teraz o archeologii, z perspektywy kogoś prawie-ze-środowiska - przede wszystkim o kwestii amatorskich wykopalisk Jareda, po których trochę czuć, że są amatorskie. A konkretnie w podejściu do nich. Byłam już na trzech sezonach i stwierdzam, że takie wykopaliska z "podniosłością", o jakich myślał Jared, to tylko te finansowane przez grube ryby-pasjonatów tematu, potencjalne zmieniacze podręczników w szkolnictwie podstawowym*, i to pod egidą czołowych graczy, typu Ameryka i Brytania. Przeważająca większość wykopalisk to jednak niewiele się różni od kombinacji prac budowlanych z robotą papierkową.

Kwestią numer dwa jest przedmiot badań Jareda (przez który zrezygnowałam z tagu, bo spojler). Subiektywnie - trochę się poczułam rozczarowana. Jednocześnie widzę, czemu taki wybór (szczegółu, nie koncepcji), który ma całkiem sens... dla części obrazu. Co z pozostałą, dużo większą częścią? Czyżby element "odkrycie" miał wpływ tylko na niewielki fragment na ograniczonej przestrzeni, a idea się rozproszyła? Tyle pytań!


*W szkolnictwie wyższym nie mamy podręczników. Uczymy się takich szczegółów, że materiał zmienia się co miesiąc.

10 lipca 2023

Ciemna Gwiazda (1974)

Ten plakat nie oddaje dziwności, uwierzcie mi

Przejadły się te wszystkie czyste i wymuskane statki kosmiczne z uprzejmą i wymuskaną załogą ratującą świat i ludzkość (zwłaszcza ludzkość, świat może przy okazji)? Co powiecie na międzygwiezdnego bombowca, którego załoga to nienawidzący siebie nawzajem hipisi, z wysadzaniem planet jako jedynym sensem życia?

To nie jest film, jakiego by się chciało, powinno się go oglądać takim, jakim go podali i nie wyrabiać nadziei - nie działały pięćdziesiąt lat temu, jak i teraz nie będzie działało. Roszczeniowe dziatki.

Kosmos jest rozległy i dołujący, a towarzystwo wcale tego nie pomniejsza - od kiedy fotel zabił kapitana (to naprawdę... powinno podpowiedzieć), jedynym, co powstrzymuje załogę od pozabijania się, to system bombardowania wymagający więcej niż jednej osoby do obsługi. W końcu po co zostawać samemu, jeśli nie miałoby się nic do roboty? I ta robota jest jedynym, co jeszcze trzyma w kupie ten kłąb szajby nazywany poczytalnością?

I żeby było ciekawiej, jedna z bomb co i rusz otrzymuje sprzeczne sygnały, przez co w końcu słusznie traci cierpliwość. I wierzcie mi, samoświadoma bomba nie jest tu w cale najbardziej odklejoną rzeczą. Gadała sensowniej, niż jeden z załogantów. Ale jak dogadać się z kimś, kogo jedynym celem istnienia jest wybuchnąć, żeby nie wybuchł?

Grzeczny komputer pokładowy mnie rozwalił. Kosmita będący DOSŁOWNIE niedodmuchaną piłką plażową z zakonserwowanymi gęsimi nogami wypadł realniej od tego czegoś z Life (i w sumie też ze Sputnika. Napisałbym o tym filmie, ale teraz to niepoprawne politycznie), tylko właściwie jak udało mu się złapać miotłę? Poza tym było zabawnie, psychodelicznie, i wpisuje się w trend niewalczenia z nieuniknionym.

I last, but not least - jeśli śledzicie ten blog od dawna, to już wiecie, że Ciemna Gwiazda jest jedną z bardzo wielu składowych Aliena [który raz ja już to linkuję?]. Ba, nawet napisał go ten sam facet, O'Bannon! I gra tutaj! Zdecydowanie wygląda na gościa, który wymyśliłby horror o porypanym cyklu rozrodczym kosmity.

A reżyser w następnej dekadzie popełnił największe dzieło, jakim jest The Thing.

Ten oddaje. A poza tym mi się podoba. Nawet widziałam koszulki

Dark Star
reżyseria: John Carpenter
wystąpili: Brian Narelle, Dan O'Bannon, Cal Kuniholm, Dre Pahich
__________
ilustracje: IMDb

18 czerwca 2023

"Projekt Hail Mary", Andy Weir

Za najlepszy tekściarsko kawałek Iron Maiden uważam Satellite 15... The Final Frontier (podobne do Space Oddity, jeśli jest tu ktoś z przeszłości). To wspaniała metafora pogodzenia się z nieuniknionością, a poza tym sytuacja z Projektu Hail Mary jest podobna.

Zaczynamy w miejscu, w którym hero ocyka się w sąsiedztwie mumii, z taką amnezją, że dopiero serią eksperymentów udaje mu się zorientować, że oto jest porzucony w kosmosie, cholera wie gdzie (I'm stranded in space, I'm lost without trace). Wspomnienia wracają mu chronologicznie, więc orientujemy się wraz z nim, że lecimy w stronę gwiazdy, i nie, nie mamy w nią wlecieć z ładunkiem wybuchowym (Too close to the sun, I'm surely will burn); choć Ziemia faktycznie zamarza. Nie ukrywam, że opis z okładki trochę mi zepsuł niespodziankę. Jeśli na tym etapie to się kojarzy z W stronę słońca, pewnie właśnie tak miało być.

No tak. Ratowanie świata, ostatnia nadzieja ludzkości. Ach, ach. Po inwazji MCU mam przesyt tego całego poświęcenia dla dobra większości, chyba przeczytam Marsjanina. Ale dobra, na Amerykę nie poradzisz.

Natomiast hero władował się w misję samobójczą (I haven't a chance of getting away), bo jest naukowcem. Wreszcie jakiś postęp. Co w kosmosie miałby do roboty trep, nareszcie realizm! Choć w sumie śmiesznie byłoby obserwować wojskowego próbującego rozkminić biologię astrofagów (zaraz) i tajemnicę Tau Ceti. Szczęśliwym trafem hero przypomina sobie, że ogarnia, z czym się je te astrofagi, a etat nauczyciela przyrody może być atutem.

Duchem science fiction są kontakty z pozaziemskimi formami życia, amirite? Czego nie zaspoilerowała okładka, to że jedziemy dwoma tropami - wrogie formy i przyjazne formy. Przy czym wrogie to trochę nadużycie, astrofagi po prostu sobie funkcjonują, i przypadkiem to funkcjonowanie jest problematyczne dla innych żyjących. A raczej tego stopnia rozwoju cywilizacji. No bez jaj, jedynym powodem, dla którego to wszystko się dzieje, jest wąski moment pomiędzy wynalezieniem komputerów, atomu i lotów w kosmos, a ogarnięciem tego w sposób umożliwiający rozwiązanie problemu bezboleśnie, nawet hero o tym wspomina! W przeciwieństwie do niego, ludzkość zdecydowanie nie wzięła sobie do serca słów piosenki Iron Maiden.

I nie byli w tym odosobnieni. Ten sam problem dzielą przyjazne formy. Na początku hero włączyła się schiza, czy aby nie skończy na talerzu, ale strach ma wielkie oczy (spoiler - ten kosmita nie miał oczu), Eridianin o ksywie Rocky okazał się chętny do współpracy. Da się nie wpaść w panikę przy spotkaniu kosmity? Da się! Dobrze, że główny nie był wojskowym. (Mała dygresja APO Eridian - ze świadomością braku kreatywności ich planetę określa się jako Erid, co miałoby sens, gdyby o ludziach mówiło się Ziemianie, nie ludzie. Ja po prostu nie cierpię motywu nazywania kosmitów po ich macierzystych planetach, przecież wszystkie formy życia z tamtego ekosystemu to Eridianie! Najwyraźniej z hero żaden humanista). Oraz to, co mnie najbardziej ujęło - komunikacja międzygatunkowa. Uwielbiam to przedstawienie pierwszych prób porozumienia z Rockym, opartym na innej biologii i systemie liczenia! Wprawdzie w drugiej połowie to trochę schodzi na dalszy plan, bo ratowanie świata, ale Weir jest konsekwentny i trzyma się różnic kulturowo-technologiczno-środowiskowych do końca. (Dygresja #2: to był dopiero drugi kontakt z kosmitami, pierwszymi były astrofagi. Z nimi było typowo - do labo, i jak tylko się ludziska połapały, że można je rozmnażać, to dawaj eksperymenty! Założę się, że to samo myśleli pierwsi pasterze-rolnicy neolitu, gdy tylko się połapali, że mogą wpieprzać się w życie seksualne innych istot żywych. Ten gatunek nigdy nie rozczarowuje, gdy chodzi o rozczarowanie).

Jeśli nie ogarniacie fizyki i biologii komórkowej, nie polecam. Ostrzegam - dużo, dużo cyferek! To bardziej science fact, nie fiction, więc to fanów nauki w stanie czystym zachęcam. Szczególnie zaznajomionych z FNiN (starsze pokolenie, typ podania wiedzy nie jest dostosowany dla młodych) zachęcam, znajoma woń fizyki odpowiedzią na rozterki! Może i nie rozumiałam połowy z tego, co tłumaczył, ale jak fajnie się to czytało! (We FNiN, jakby co, problemów z tym nie miałam. Widać nadal mam dziesięć lat :-P). Rysunki mogłyby być pomocne. 

Z postaci najwięcej da się powiedzieć o Stratt. Znacie ten mem "jeszcze nikt nie powiedział nic tak prawdziwego i jednocześnie kontrowersyjnego"? Cała Stratt. Zimna sucz o myśleniu tunelowym, ale kurde, jak trudno nie przyznać jej racji! Ona nie owija w bawełnę ani nie bawi się w półśrodki, ona działa! Jest jak strona osobowości zmuszająca do wyjścia ze strefy komfortu, żeby nie obudzić się we wrzątku. Taka antybohaterka. I nie zgadzam się z nią, ucieczka to nie jest karygodna postawa, jest bardziej naturalna niż poświęcenie (przeczytajcie to, nie będę spoilerowała). Nie pasowało mi tylko jedno - misja na top top top priority, nic się nie ma prawa spieprzyć, każda technologia przetestowana śmidryliard razy, bagaż i biblioteczka mają uwzględniać każdy możliwy scenariusz, w tym nieprzewidziany... a nie wpadła na procedury na wypadek amnezji? Trzy osoby z jednakową szansą kipnięcia, i nikt nie pomyślał nawet o głupiej kartce "nazywasz się ... twoim zadaniem jest ... masz czasu ..."? LOL

Główny bohater... No, o ironio aż tak w pamięć nie zapadł. Większość przeczytanych przeze mnie książek jest pisanych w trzeciej osobie, więc odruchowo traktuję narratorów jako bezosobowych, głównie dlatego. Częściowo przez czas teraźniejszy, bo go nie lubię. I wreszcie, bo to raczej everyman. Ale miał bardzo fajne poczucie humoru.

A oto, co uważam za najlepszy fragment:

– Mam go! – odezwałem się podekscytowanym tonem.  Ukatrupiłem drania!
 Brawo – odparła Stratt, nie odrywając wzroku od tabletu.  Jest pan pierwszym człowiekiem, który zabił obcego. Jak Arnold Schwarzenegger w Predatorze.
 Wiem, że to miał być żart, ale tamten Predator sam wysadził się w powietrze. Więc pierwszym człowiekiem, który rzeczywiście zabił Predatora, był Michael Harrigan, którego grał Danny Glover w Predatorze 2.
- str. 71 

"Czarne", Anna Kańtoch

Zaczynając książkę, myślałam, że moją największą zagwozdką będzie czy ktoś funkcjonujący w pierwszych trzech dekadach XX wieku mówiłby flirt...