Rok 20_, dłuższy lot międzyplanetarny załogowy jest już dla ludzkości możliwy, z czego ona korzysta, katapultując w tytułowym Płomieniu dwie mrożonki na Ziemio-podobną Kepler-936d, coby przecierały szlak.
Ponad sto lat później wstęp terraformacji trwa w najlepsze, a Płomień służy jako barka transportowa Ziemia-Kepler.
Jeszcze później Ziemia jest postapokaliptycznym pustkowiem i kilku ostatnich desperatów upatruje w Płomieniu szansę na ewakuację.
Wszystkich tych wątków wydaje się nie łączyć nic poza Płomieniem właśnie, bo mają różne atmosfery - pierwsze okienko jest o etyce, drugie o priorytetach w sytuacji kryzysowej, postapo to już kompletnie inna bajka, bo leci przygodówką. Od wątpliwości, przez skakanie sobie do gardeł w trakcie kryzysu w następnej fazie po dbanie o własne tyłki.
Etyka w kontekście mrożonek, bo już sama kolonizacja, nie taki spojler, nie jest wyższą koniecznością - nie potrzeba backupowego terenu na wypadek trzaśnięcia klimatu Matki Ziemi, nie ma przeludnienia, po prostu Bo Mogą. Mają "odwagę" (jak to ujęła twarz przedsięwzięcia na uspokajaniu szaraków) i kasę. Co jest... realistyczne - jeśli kiedyś nastąpi ten poziom utechnologicznienia, właśnie ta książka będzie mogła spokojnie robić za checklistę.
A moralność mrożonek? Tu już wchodzi dupochron - otóż podróż ma trwać sto lat, wiele się może zdarzyć, a na szali jest pośmiertny piedestał kierownika, więc zaproponowano skopiować ("zmapować mózgi") jestestwa załogi, żeby nawet po uszkodzeniu oryginałów, misja zakończyła się sukcesem. Stwarza to kupę problemów (czyli ten drobiażdżek, przy którym kreatorzy serialu z Aliena zatykali uszy i robili "lalala"), od domyślnego zrobienia z załogi wymienialnych narzędzi, przez fundowanie im praktycznie tortury świadomości zapasu i nie bycia dłużej osobami, po prawa do samoistnienia bytów dosłownie myślących o sobie jako ludzie - a gdyby coś poszło nie tak przy kopiowaniu i trzeba by skasować błędną kopię? Ten aspekt całego cyrku zajął więcej miejsca, niż informacje techniczne o mapowaniu i statku, w końcu jest istotniejszy - to przestroga, że sky is the illusive limit. A od wygody się w dupie przewraca.
Motorem napędowym rozprawy jest psycholożka moralności o brzmiącym jak sfonetyzowane nazwisku Brin (które, o dziwo, istnieje), wespół z wyżej wymienionym kierownikiem Townsendem, motorem napędowym rozpraw naukowych, wzbudzająca mniej sympatii niż losowy gruz w wątku postapo. Ją przynajmniej odkupuje po byciu hipokrytką pojawienie się na scenie męża - nie dziwię się tej pani, że miała dość typa, który pierwsze, co mówi po dłuższej rozłące, to "powinnaś się więcej uśmiechać" i "staro się ubierasz" (zgodnie z wiekiem IMHO) - ale Townsend jedzie takim kompleksem Boga, że mógłby stanąć w szranki z Peterem Weylandem; kiedy Brin mu wytyka, że nie wziął pod uwagę odpowiedzialności za coś, co może skończyć się solidnym pierdolnięciem długo po tym, jak bezpiecznie zejdzie z zasięgu prawników (nazwała to "barbarzyńcą podpalającym las i odwracającym się do tego plecami"), facet dostaje erupcji męskiej godności i strzela kosmicznego fochodąsa. Na początku myślałam, że ta frustrująca parka służy tylko za gadające głowy, jak u Lema, ale oni są kolejną przestrogą - naukowcy biją na alarm, że świat opanowuje coraz więcej narcyzów.
Prowadząca wątek problemów z zaopatrzeniem Keri to też nie dusza-człowiek, ale u mnie wygrywa dzięki chłodnemu osądowi priorytetów. Oczywiście jej współpracownicy są przeciwko, a jej pozycję dodatkowo podkopuje widmo psychozy kabinowej, kolejnej smutnej rzeczywistości pionierstwa kosmicznego, na zapadnięcie na którą jest podejrzewana. Czasem sama wątpi, czy tak nie jest, czasem, czy aby wysłany z nią na zwiad kolega nie stracił zmysłów, ale to ukrywa - dorzucając do barszczu grzybek kompleksu Kasandry. [W grę może też wchodzić zjawisko, które ostatnio skrystalizowałam, ale nie wyjaśnię, dopóki nie zabezpieczę go publikacją własnej książki.]
Wynfred... jest. Everymanem.
Rzeczywistość (wątku głównego) odznacza się cyfrowym podhype'owaniem części rozrywkowej i klimatem streszczonym do debetu ekologicznego (w sensie zasilania, zwłaszcza mobilności) i wykonywaniem wszystkiego z plastiku - więc generalnie nie wiadomo, jak z ociepleniem.
⇨ Kim, u diabła, jest Gerda na stronie 215?
⇨ Ta sama kwestia na stronach 203 i 254 ma inaczej porozmieszczane przecinki.
⇨ Na stronie 268 imię postaci wprowadzono tak, że identyfikacja wymaga wyższych umiejętności dedukcji. I skąd narrator je poznał?
⇨ Didaskalia o niedającej sobie w kaszę dmuchać Brin i poważnym i skupionym Townsendzie narzucają się jak komary, aż tylko notoryczny brak ołówka pod ręką powstrzymywał mnie od zaznaczania na marginesach SHOW-DON'T-TELL. Wystarczyło raz!
⇨ Oraz zes*anie się drukarki na stronie 313, w wyniku którego pół bloku tekstowego wydrukował się prawie na samym dole kartki.
Kanibalom odpuszczam, bo wymiękają przy rozdziale 37.
Sama nazwa statku nawiązuje do niczego innego, jak cholernego ognia prometejskiego - po spustoszeniu, jakie wywołał w moim poczuciu estetyki ten cholerny prequel, mogę się tylko śmiać przez łzy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz