Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychodela. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychodela. Pokaż wszystkie posty

02 sierpnia 2026

"Czarne", Anna Kańtoch

Zaczynając książkę, myślałam, że moją największą zagwozdką będzie czy ktoś funkcjonujący w pierwszych trzech dekadach XX wieku mówiłby flirtować (tak - to zapożyczenie z francuskiego na przełomie wieków) i "freak show" (znowu tak, w Polsce też wtedy znali tę "rozrywkę", tylko, skoro istniał polski termin, po co angielski? Albo któryśtam zagraniczny akurat w modzie). Błąd początkującego.

Sytuacji nie ułatwia blurb - przyjazd aktorki Jadwigi Rathe do Czarnego wydarzył się raczej późno w fabule, od szpitala psychiatrycznego się zaczyna, a spirytyści... Powiedzmy, że właściwszy opis to "Po powrocie do Warszawy z sanatorium bohaterka zostaje wplątana przez Towarzystwo Spirytystyczne w amatorskie śledztwo w sprawie śmierci aktorki teatralnej" - żeby nie zdradzać za wiele.

Nic tu nie jest proste, z narratorką na czele - wiemy o niej wszystko poza imieniem, a później okazuje się, że trzeba w to wątpić. Samo "śledztwo", jak sugerowałoby lekkie oderwanie narratorki od rzeczywistości, przypomina przemieszanie wspomnień z wyobrażeniem ruchów aktorki - zwłaszcza, kiedy narratorka wraca do Czarnego (notabene faktycznej miejscowości). Ba, nawet wspomnienia są posklejane albo połatane.

Zakończenia albo nie ma, albo jest otwarte, co tutaj jest w zasadzie jednym i tym samym. Wydanie drugie Powergraphu, którym dysponuję, ostatnie rozdziały zrobiło w kontrze, więc interpretacje można opierać albo na całości, albo bez czarnych stron... co niczego nie ułatwia.

Bez czarnych stron powiedziałabym, że to albo 1) to całe śledztwo, w którym dowody, a raczej ich niepewność przez percepcję narratorki, wskazują, że być może nie było wcale żadnej Jadwigi Rathe, za to wątpliwość - 1914 czy 1935 - nabiera sensu; albo 2) rozliczenie się z dzieciństwem (i spojrzeniem z innej perspektywy na własną rodzinę), skończonym wraz z tragedią u przejścia w dorosłość, do czego zmusza narratorkę impuls.

Z czarnymi stronami... Oj, brachu. Czas miota macką do 1863, rozwiązania robią się dwa (albo i się nie robią - zgodnie z blurbowym "To co zdarzyło się raz, nie zdarzyło się nigdy"), Uroboros pożera własny ogon, niepotrzebnie biorę to na logikę.

W każdym razie lepiej to czytać, nie mając żadnych założeń.

Koniec końców jestem pewna dwóch rzeczy: że las coś mi przypomina i wkręciły się nieoczekiwane gatunki literackie, oraz że nazwy rozdziałów brzmiały jak notatki.

07 lipca 2025

Opętanie (1981)

Dziś już takich nie robią

W Holandii chodzi jako The Night the Screaming Stops, co moim zdaniem pasuje lepiej - ten daje radę, ale nie ma w sobie Tego Czegoś ani sugestii pochrzanionej sytuacji domowej.

A ta Marka i Anny taka jest. Zaczyna się dupnięciem - on wraca z wyjazdu i dostaje od niej decyzję rozwodu. Próbują się dogadywać, on zgadza się wynieść, ona potwierdza romans, oboje przyjmują to na chłodno.

Aż JEBUT! Zaczynają tracić kontrolę - nad sobą; sytuacja dołącza później.

Pierdolnik eskaluje i opada tylko dlatego, że Mark i Anna potrzebują czasem złapać oddech; napięcie, w przeciwieństwie, nie ma przerwy - nie przewidzisz, kiedy któreś z tej dwójki wróci do akcji, i Z CZYM. Szaleństwo jest tu bowiem czymś szybko przeszłym do porządku dziennego - jego akty dokonywane są na równi z normalnymi czynnościami, ze spokojną starannością, logiką, paradoksalnym zaplanowaniem. Nie zawsze jest też reakcją - potrafi pojawiać się niesprowokowane. Całe dwie godziny oczekiwania na wybuch - nic to, jeśli ogląda się to po raz enty, pewne sceny (nóż elektryczny, przejście podziemne, Heinrich w ruderze) zawsze dowożą ciarki.

Nie jest to coś, z czym da się walczyć, ale Mark próbuje - coś napomyka, kursuje syna do szkoły i na zad, wysłuchuje Anny (kiedy udaje mu się wcelować w moment, który jest dogodny też dla niej) - jednak i on powoli tonie, bo do folie à deux trzeba dwojga. A Anna ma do przetrawienia lata nawarstwień.

Sytuacji zdecydowanie nie pomaga, że nauczycielka dzieciaka przypomina pogodną bliźniaczkę Anny - nie szczęśliwszą, bo Anna doskonale odnajduje się w chaosie (na-war-stwie-nia!); prawdziwym, nie oferowanej przez Heinricha pod przykrywką wolnej duchowości kontroli.

Obiło mi się o uszy, że Żuławski odreagowywał tym filmem paskudny rozwód z Małgorzatą Braunek; a że artyści przeżywają teatralnie (dodajmy mało wyględną osobowość reżysera), to wiele wyjaśnia.

Technicznie dobre prowadzenie kamery i niby ten lepszy, ale dołujący Berlin Zachodni - pustki, chłód, brud. Ciekawostka: za mającego może dwadzieścia sekund czasu antenowego stwora odpowiadał Rambaldi, ten od głowy Big Chapa (brace yourselves for 2028).


Possession
reżyseria: Andrzej Żuławski
scenariusz: Andrzej Żuławski, Frederic Tuten
występują: Isabelle Adjani, Sam Neill, Heinz Bennent, Margit Carstensen
_________________
ilustracja: https://fontsinuse.com/uses/43314/possession-1981-french-movie-poster

10 lipca 2023

Ciemna Gwiazda (1974)

Ten plakat nie oddaje dziwności, uwierzcie mi

Przejadły się te wszystkie czyste i wymuskane statki kosmiczne z uprzejmą i wymuskaną załogą ratującą świat i ludzkość (zwłaszcza ludzkość, świat może przy okazji)? Co powiecie na międzygwiezdnego bombowca, którego załoga to nienawidzący siebie nawzajem hipisi, z wysadzaniem planet jako jedynym sensem życia?

To nie jest film, jakiego by się chciało, powinno się go oglądać takim, jakim go podali i nie wyrabiać nadziei - nie działały pięćdziesiąt lat temu, jak i teraz nie będzie działało. Roszczeniowe dziatki.

Kosmos jest rozległy i dołujący, a towarzystwo wcale tego nie pomniejsza - od kiedy fotel zabił kapitana (to naprawdę... powinno podpowiedzieć), jedynym, co powstrzymuje załogę od pozabijania się, to system bombardowania wymagający więcej niż jednej osoby do obsługi. W końcu po co zostawać samemu, jeśli nie miałoby się nic do roboty? I ta robota jest jedynym, co jeszcze trzyma w kupie ten kłąb szajby nazywany poczytalnością?

I żeby było ciekawiej, jedna z bomb co i rusz otrzymuje sprzeczne sygnały, przez co w końcu słusznie traci cierpliwość. I wierzcie mi, samoświadoma bomba nie jest tu w cale najbardziej odklejoną rzeczą. Gadała sensowniej, niż jeden z załogantów. Ale jak dogadać się z kimś, kogo jedynym celem istnienia jest wybuchnąć, żeby nie wybuchł?

Grzeczny komputer pokładowy mnie rozwalił. Kosmita będący DOSŁOWNIE niedodmuchaną piłką plażową z zakonserwowanymi gęsimi nogami wypadł realniej od tego czegoś z Life (i w sumie też ze Sputnika. Napisałbym o tym filmie, ale teraz to niepoprawne politycznie), tylko właściwie jak udało mu się złapać miotłę? Poza tym było zabawnie, psychodelicznie, i wpisuje się w trend niewalczenia z nieuniknionym.

I last, but not least - jeśli śledzicie ten blog od dawna, to już wiecie, że Ciemna Gwiazda jest jedną z bardzo wielu składowych Aliena [który raz ja już to linkuję?]. Ba, nawet napisał go ten sam facet, O'Bannon! I gra tutaj! Zdecydowanie wygląda na gościa, który wymyśliłby horror o porypanym cyklu rozrodczym kosmity.

A reżyser w następnej dekadzie popełnił największe dzieło, jakim jest The Thing.

Ten oddaje. A poza tym mi się podoba. Nawet widziałam koszulki

Dark Star
reżyseria: John Carpenter
wystąpili: Brian Narelle, Dan O'Bannon, Cal Kuniholm, Dre Pahich
__________
ilustracje: IMDb

"Czarne", Anna Kańtoch

Zaczynając książkę, myślałam, że moją największą zagwozdką będzie czy ktoś funkcjonujący w pierwszych trzech dekadach XX wieku mówiłby flirt...