Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BTS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BTS. Pokaż wszystkie posty

11 czerwca 2026

O powstawaniu "Predatora", cz. 6: Łowca ściga się z czasem

[Żeby było śmiesznie, premiera 39 lat temu też była w piątek.]

Praca nad "ryżym pasierbem" oznaczała zajeżdżanie się jak koń na westernie, takim kręconym przez Kubricka: tylko sześć tygodni na zameldowanie się na planie, bo wstrzymywanie zdjęć nie wchodziło w grę, poza tym już i tak stopowali miesiąc, a szef SWS traktował sprawę osobiście, bo to w zasadzie przysługa.

Testy kostiumu, głowa wersja do bio-maski (jeszcze bez dredów); od lewej: Brian Simpson (goniec, który później latał po dżungli z chłodziarką do kostiumu), zasłonięty Matt Rose, Shannon Shea (z którego bloga korzystam jako ze źródła), Stan Winston profilem, Kevin Peter Hall w kostiumie i Richard Landon. W kącie po prawej easter egg Dyniogłowego.

Masajsko-Cameronowski miszmasz później pozostało tylko znaleźć jelenia kogoś, kto zgodzi się kisić średnio kilkanaście godzin dziennie w piance, przy ponadtrzydziestostopniowych upałach - oczywiście po tym, jak przetrzyma chrzest bojowy w formie odlewniczej. Stanęło na Kevinie Petrze Hallu, który był po prostu idealny - nie dość, że znacznie górował nad dobranymi mu na oponentów eks-rugbystami, weteranami i kulturystami (poza Shanem Blackiem. On dostał rolę, bo producent chciał mieć go na oku w trakcie tworzenie scenariusza do Zabójczej Broni), to w zasadzie był bardziej aktorem niż kaskaderem i miał już doświadczenie w graniu w kostiumie, dość podobnej roli (Ostrzeżenie / Without Warning [płaczę], taki horror z dolnej półki, za to z przyszłym Horejszjo Kejnem). I sasquatcha imieniem Harry.

Hall w formie odlewniczej (pre-formie?)

Nad kostiumem pracowało w porywach do siedmiu osób - a głównie Steve Wang i Matt Ross (i chyba mniej aktywnie Shannon Shea?), kiedy resztę wykruszył Dyniogłowy, bo Stan Winston złapał fuchę reżyserską. Wangowi dostało się najgorzej, bo ciało (i zasymilowana z tymże zbroja) - a kiedy nie pomagali mu Alec Gillis, Shane Mahan i Shea (dwaj pierwsi przed zmianą filmu), miał na głowie jeszcze malowanie. Dosłowną głowę dostał Ross, stopy John Rosengrant a karwaszo-bransoleto-cosie Tom Woodruff, Jr.. W ten sposób starczyło im czasu tylko na dwa kostiumy i trzy głowy.

Przynajmniej mieli o tyle mniej pod górkę niż Boss Film Studio, że najbardziej skomplikowany był łeb, a reszta jak najbardziej człekokształtna. Jak to ujął Stan Winston: "Człowiek w kostiumie działa tak długo, jak pamiętasz o humanoidalności postaci jako o jej sednie.".

Wang z aerografem
Tu też

Zastanawiając się, co mogło się skićkać w animatronice, obstawiacie pewnie żwaczki - i macie rację.

To były trzystawowe żwaczki, więc koniuszki się ruszały, i odginały się, ale dolne człony nie rozwierały się. Musiałem użyć siłowników liniowych, co jest najgorszym mechanicznym osiągnięciem na świecie, generalnie ciągną od centrum zamiast rozwierać jak bramę.
- Richard Landon, konstruktor mechanik (?)

Jedyne zdjęcie mechanizmu, jakie znalazłam. Ugór

Ostatecznie sterujący dolnymi żwaczkami serwomotor Tonegawa-Seiko SSPS-102 wylądował na plecach, koło apteczki, ratując tym straszącą modelarzy szczerbę powstałą po wyschnięciu grubej warstwy gumy.

Powiedziałem: okej, tam będzie mój serwomotor. I tak wielki mechanizm wylądował gościowi na plecach. Wtedy ktoś, nie wiem kto, ubrał go w te wszystkie kości, pancerze, pióra i resztę, a ktoś inny wziął pęk kręgów i umieścił na tym wszystkim.
- Landon

Rypnęła też jedna z brwi (mechanizm to to w garbie na ciemieniu).

Jedna strona działała bez zarzutu. Druga wystawała. Nie działała poprawnie. Spędziliśmy godzinę na telefonie z Davem [Nelsonem] opisującym nam, jak przeprowadzić i przewiercić dziurę z boku śruby, żebym mógł przepchnąć tę śrubę przez gwintowaną część "unoszącego się fistaszka" [ksywa mechanizmu od brwi - przyp. aut.]. I nie mam pojęcia, ile wyniósł Stana [Winstona] rachunek za telefon.
- Landon
Montowanie zmechanizowanej maski, bo ugór

Ostatnie szlify - bo zmiany na półmetku to tradycja w branży - oznaczały: pozbycie się przedłużanych palców po Gillmanie z The Monster Squad i rzeźbienie nowych dłoni, zamaskowanie nieudanego eksperymentu z optycznym przedłużeniem nóg szmatą, i wreszcie maska (ta in-universe).

Pierwsza wersja była spoko - ładna, groźna i jednak funkcjonalna. Zdania nie podzielał organ decydujący (czyli producent), uznawszy - słusznie - że drugą po "niewidzialności" częścią tajemniczości Predatora jest stopniowe ukazywanie się, a stara maska za bardzo zdradzała, co pod nią jest.

Nie obawiajcie się, ten design jeszcze powróci

[Korzystając, że jeszcze są w cywilizacji, studio nalatało się za składnikami do pomarańczowej krwi, żeby skończyć z zieloną, bo choćby skały srały, płynu do lightsticków koloru zażyczonego sobie przez producenta nie było w sprzedaży. Producent przyjął porażkę, gorzej z Hynkiem od efektów komputerowych, bo trzeba było poprawiać wszystkie ujęcia z pomarańczowych na zielone.]

Ekipa od kostiumu poznała lokalizację planu dopiero w styczniu '87. Czy Hall też wtedy, nie znalazłam, ale zamówił system chłodzący, który dowalił kolejnej bolączki - składał się z kamizelki pełnej przewodów, przez które płynęła chłodna woda, a ustrojstwo od chłodzenia małe nie było i ważyło jakoś z 11 kilo, co otworzyło wakat na tragarza (goście ze studia mieli swoje granice, a jeden z firmowych gońców był z tych nienarzekających).

W samej dżungli wylądowali chwilę po skończeniu prac - i rajdzie po urzędach za paszportami w nieprzepisowym terminie (jak Hollywood chce, to potrafi) - w lutym. Reszta jest historią.

Co noc odklejaliśmy kostium z Kevina Petera Halla i wrzucałem go na pakę. Raz na jakiś czas myślałem sobie: "Jeżdżę z Predatorem! Hej, kto chce zobaczyć, co mam na pace?". Pamiętam wieszanie tego stroju w łazience mojego małego mieszkania [meksykańskiego? - przyp. aut.], z małym osuszaczem powietrza do wysuszenia tych obrzydliwych, śmierdzących pianek noc w noc.
- Howard Berger, nadal nie znam jego profesji (ale odpowiadał za suszenie kostiumu)
Dla porządku - kostium w lokacji

Stan Winston School of Character Arts: Predator Behind The Scenes: Creating the alien hunter's animatronic head

Monster Legacy: Hunter - Predator

Monster Legacy: Monster Gallery: Predator (1987)

First Person Monster Blog: Part 45: The Saga of THE PREDATOR, Part 1

First Person Monster Blog: Part 46: The Saga of THE PREDATOR, Part 2

First Person Monster Blog: Part 47: Will you EVER finish with THE PREDATOR?

25 kwietnia 2026

O powstawaniu "Obcego", cz. 5: Uściski na śmierć i życie

Jest taki typ pomysłów, na które wpada się nocą, odparowując po "dłuższej chwili tentegowania w głowie" - to coś mówi, że Shusett musiał zrywać waletującego u niego O'Bannona z kanapy, z "przeleceniem jednego z członków załogi" jako rozwiązaniem problemu władowania ufoka na statek. Dekady później O'Bannon stwierdził, że to już on wybrał na ofiarę faceta, żeby uniknąć niewłaściwych pomysłów od męskiej części widowni, i bo to było mniej oczywiste (nie przypuszczaliście, że to film feministyczny, niet?).

OBCY, FAZA PIERWSZA. Małe stworzenie, mogące przypominać ośmiornicę, które czeka w pojemniku, aż zjawi się ofiara. Gdy ktoś dotknie pojemnika, pokrywa opada, a mały obcy (w fazie pierwszej) wyskakuje ze środka i przywiera do twarzy ofiary.
- list do Gigera, 11 lipca '77 [za: Robert Filipowski]
Cobb i coś, co niebezpiecznie przypomina ten strzępek z Life

Tak jak Jajo, Twarzołap był ściśle jednej funkcji - co w tym przypadku oznaczało organ reprodukcyjny. Zmysł praktyczny Gigera miał się na czym wyżyć.

Latający omlet in question

Wyglądało to jak latający omlet. [...] Dodałem więc ogon, który działał niczym sprężyna zabawki wyskakującej z pudełka. Spodobał mi się ten pomysł, bo był w duchu Lovecrafta. Zacząłem od ciała, który przypominało wielki narząd płciowy, bo tak naprawdę nim było, i dodałem dwie dłonie, którymi stwór mógł się trzymać głowy. Ponieważ musiał otworzyć usta ofiary, dodałem też narząd przypominający instrument, którym starożytni Egipcjanie otwierali usta zmarłym, żeby wypuścić duszę.
- Giger o redagowaniu O'Bannonna [za: RF]

Praca 364, nie do końca łapiąca twarz
Praca 365, z... pijawką?

Projekt przeszedł chrzest bojowy, siejąc panikę wśród celników na lotnisku w Los Angeles, co zmusiło producentów do pofatygowania się po aerografy osobiście. Druga faza testów, na ciele producenckim, wypadła wprawdzie pomyślnie, ale aż za bardzo - w końcu to był, jakby nie patrzeć, przywierający narząd. Zresztą pojemnik nań, o, eee, przeciwnej inspiracji anatomicznej, też nie wzbudził sympatii. Po chrześcijańsku.

Drugi pomysł Gigera, który przeszedł tylko w nowelizacji Fostera

Odpowiedzialność zepchnięto na Dickena, skoro i tak miał się zająć Rozrywaczem. W teorii model wystarczyło zmniejszyć, a w praktyce jeszcze tu ująć, tam dodać, co bardzo szybko zmieniło się w chaos przepychania własnych gustów, niezłagodzony nawet wizualizacją Scotta przy pomocy Necronomiconu (albumu Gigera, nie magicznej księgi). Totalnie przebodźcowionego Dickena przejął O'Bannon i skleili wersję-Frankensteina, która dostała zatwierdzenie. O dziwo, ta wersja przetrwała z grubsza nienaruszona, poza zmianą koloru z zielonego na skórę człowieka rasy kaukaskiej w ramach nowego i uwiarygadniającego sytuację gamechangera.

Zaprojektowaliśmy Twarzołapa jako coś, co właśnie wyszło z łona. Z tego powodu postanowiliśmy zostawić naturalny kolor skóry. Ilekroć próbowaliśmy przemalować go na inny kolor, wyglądał sztucznie i mniej przerażająco.
- Scott przypisuje sobie zasługi, choć to O'Bannon, of all the people, przyklepał zmianę

Dicken i modele

A że nie ma łatwo, "penis we wczesnym stadium" i mały Alien stały się kością niezgody w zimnej wojnie Gigera i Rogera Dickena, absolutnie na życzenie tego pierwszego, który był oddelegowany wyłącznie do fazy dojrzałej, ale uparł się, że Dicken nie umie w 3D-fikację jego dzieł.

Strzelanie gumową wersją w Johna Hurta sfilmowano w dokrętkach, 22-23 i 30 listopada. O dziwo, nie był to najbardziej każący przemyśleć wybór kariery element scenariusza. Czy to w ramach swojego perfekcjonizmu, czy dziwnego solidaryzowania się, dyrektor użyczył własnych rąk, nawet, jeśli wyraźnie za grubych w porównaniu. I mimo, iż ciągle piszę o "rzucaniu" kukłą, w realu pacali nią, przyczepioną do rękawiczki, po obiektywie.

Zamontowaliśmy jajo do góry nogami na scenie, a następnie wystrzeliliśmy. Kiedy już wszystkie bebechy wyleciały, wsadziliśmy do środka gumowego twarzołapa. Jeden z ludzi wspiął się na jajo i przez jego podstawę wypchnął twarzołapa prosto w obiektyw kamery.
- Nick Allder, nadzorca efektów specjalnych [za: RF]

Inspiracja dla proszonej kolacji z Beetlejuice?

Pozostałe trzy sceny uwzględniające Twarzołapa - nieudaną próbę usunięcia z zachowaniem twarzy (11 i 14-15 sierpnia), trupa ex sufit i autopsjo-nekropsjo-whatever (16-17 sierpnia) - bez większych wpadek niż zacięcie się leżanki. Maseczka ubrzydniająca na bazie poliuretanu i oleju do skalpeli trzymała się na recepturki (albo gumę od gaci, nie podali detalu), a kwas na styropianowej podłodze skomponowali z chloroformu, acetonu, cykloheksyloaminy, kwasu octowego i te de, co wcale nie brzmi bezpieczniej od tego, co miał grać. Choć w sumie mniej obrzydliwie od faktycznych wnętrzności z robaków morza po kilkunastu minutach pod słynnym morderczym oświetleniem Shepperton.

Nadal lepsze od Gali Met
[zdjęcie pochodzi z książki Jak powstał Obcy]
Jakby sytuacja i tak nie była niekomfortowa, poprawki dorzucał sam reżyser
[zdjęcie pochodzi z książki Jak powstał Obcy]

Scottowi zamarzyło się, żeby pęcherze wersji nagłownej pulsowały na żelu, a nie na pusto, co skończyło się zapchaniem przewodów. Więcej szczęścia miała rurka w przecinanym odnóżu, może dlatego, że farba nie była taka gęsta (nie ma mowy, żeby to był kwas, jak podają źródła, nie przy głowie jednego aktora i rękach drugiego (choć, skoro palili na ciasnym jak komórka Pottera mostku...)).

____________________
źródła:

11 czerwca 2025

O powstawaniu "Predatora", cz. 5: Zbiorowa odpowiedzialność za mordercę idealnego

Po tym, jak dżungla okazała się kiepskim terenem na szczudła, zaś JCVD nie wytrzymał presji (a ekipa filmowa jego), produkcja stanęła w martwym punkcie, dopóki ekipa od efektów praktycznych nie skombinuje łatwiejszego w manewrowaniu maszkarona (jakby manewrowanie czymkolwiek na meksykańskim zadupiu było łatwe).

Pierwszym podejściem było ubranie Huntera [tak, kiedyś ufok nazywał się bardziej adekwatnie] w egzoszkieletozbroję, żeby wyglądał straszniej; a jako że nadal miał te problematyczne szczudłowate nogi, trzeba było w końcu przyznać się, że się wtopiło i zmienić podejście.

I to jest japońszczyzna, a nie gołodupiec!

Przez krótki moment rozważano zgapienie z ksenomorfa (coś całkiem odwrotnego,
niż dwie dekady później knuli z Predalienem - więcej Aliena niż Predatora),
zanim spróbowano z... goblinem?

Za ostateczny projekt i jego podejścia odpowiadało tyle osób, że do tej pory etiam mater incerta est. Same żuwaczki to według jednych źródeł wkład Jamesa Camerona poprzez Stana Winstona, podsunięty podczas lotu na trasę reklamową Aliens w Japonii, a według innych - recykling z porzuconego Goblins Rogera Cormana, tych samych konceptystów, Roberta Shorta i Alana Munro; ten drugi miał być nieoficjalnie (i faktycznie, według Shannona Shea) autorem pełnej sylwetki opartej na grafice Masaja z gabinetu producenta Joela Silvera, za którą oficjalnie odpowiadał Mitch Suskind.

Ktokolwiek za to odpowiada, ma kredyt za dredy

W każdym razie efektem było zaangażowanie Stan Winston Studios - do akurat czego nie ma żadnych wątpliwości. Latem '86 Hunter-Predator był na językach firm od efektów praktycznych - zwłaszcza po zdaniu grabek przez Boss Film Studio - i SWS podjęło rękawicę z pewną rezerwą, bo udział oznaczał rozparcelowanie ekipy między Meksyk a The Monster Squad (wtedy oczko w głowie, teraz tylko smętny przypis do Predatora i niezbyt wielkie grono fanów).

Przy Predatorze pracowało tylko kilku z nas, podczas gdy wszyscy inni byli przy Łowcach potworów. W warsztacie panowało nastawienie, że Predator to film-"bękart", a Łowcy potworów to ten fajny. Robiliśmy za ryżego pasierba. Ale hej, słyszeliście o Łowcach? Widzieliście jakiś sequel czy "Łowcy potworów kontra Obcy"? Zrozumiałe, czemu wszyscy byli podekscytowani Łowcami, ale nawet, jeśli film zebrał grono wielbicieli, to nie był hitem, a Predator okazał się fenomenem.
- Howard Berger, chyba rzeźbiarz?

Neandertalczyk tydzień po spotkaniu z lwem jaskiniowym

Tu ująć szczękoczułek, tam dodać żuchwę...

Już w ferworze prac (sześć tygodni!) Predator wymienił rozdwojony język na przedłużone palce - spuścizna po Gillmanie z TMS - ale ogólnie biorąc, trzymano się projektu Steve'a Wanga na podstawie tego "masajskiego".

____________________
źródło:

26 kwietnia 2025

O powstawaniu "Obcego", cz. 4: Kinder-Niespodzianka, której nikt nie chciał (a teraz chce każdy)

[Temat prawie że okolicznościowy - tydzień temu była Wielka Sobota]

Na ironię, nie wiadomo, jak ab ovo wyszła historia Jaja - przypuszczalnie nie był to aż tak pasjonujący proces myślowy, żeby uznano go za warty spisania. Na materiałach pozascenariuszowych Jajo zawsze figurowało zgodnie z esencjonalną funkcją jako pojemnik na większą gwiazdę (o której za rok):

POJEMNIKI. Skórzaste przedmioty w kształcie jaj, wysokości około metra, zawierające larwy obcego. Zwieńczone są małą „pokrywą”, która odskakuje, gdy podchodzi ofiara.
- list O'Bannona do Gigera, 11 lipca '77 [za: Robert Filipowski]

(Warto dodać, że oryginalna nazwa tej fazy to Spore Pods, czyli strąki zarodnikowe).

Praca 363i. Większość projektów uwzględnia Jajo wraz z twarzołapem,
więc przygotujcie się na powrót tego drania za rok

Lista z 17 lutego '78 podaje trzy wersje Jaj: mętne (wiele sztuk, te do interakcji elastyczne), przezroczyste (kilka) i przezroczyste do wyplucia twarzołapa. Giger i Peter Voysey rozpoczęli fermę na początku września, gdy tylko "góra" przestała się płonić na widok wersji testowej.

Giger skorzystał z wykształcenia z wzornictwa przemysłowego, żeby nie przekombinowywać - od tego film miał Ridleya Scotta - i zaprojektował jajo zgodnie z jego funkcją. A że był Gigerem, nie obeszło się bez fundowanie grubym rybom Niebieskich Ekranów Śmierci, od producenta Carrolla kwękającego o panice wśród chrześcijan, przez kwiat scenografa planowego, po Scotta, któremu szczelina wylotowa kojarzyła się z cipą; skądinąd słusznie.

(Praca 381) Przyjrzyjcie się, a potem obejrzyjcie Obcy: Romulus
 i wyobraźcie sobie, jaki cyrk zrobiliby czterdzieści pięć lat temu
Ridley, masz obcego biegającego z metrowym penisem na głowie. Na statku obcych są trzy czteroipółmetrowe waginy, a ty twierdzisz, że jajo jest obsceniczne?
- Carroll na powyższe [za: RF]

Giger zrepetował iście w swoim stylu - dublując srom, żeby zadowolić i kwiatolubną część decyzyjną, i chrześcijan. Nikt chyba nie przejrzał tego sarkazmu, bo dalsze problemy ten etap miał już tylko natury fotograficznej.

Wyróżnienie w konkursie na pisankę

Jaj wykonano łącznie około 130, większość gipsowych lub polyestrowych. To "wypluwające" było gumowane, a na mechanizm otwierający musiało czekać do końca września. Ładownię sfilmowano 29 września (zaraz po kokpicie, gdy tylko "armia" wymieniła fotel z Pilotem na Jaja), powtórki 10 października, po czym wszystko na szrot - sam koniec terminu wynajmu hal. Otwieranie Jaja z "wypluwaniem" kręcono już w postprodukcji, 22 listopada.

Przemyślajcie głupotki scenariuszowe, bo skończycie, przez cały boży dzień rzucając typowi w twarz gumowym peniso-skorpionem

Zafascynowany walorami estetycznymi wyściółki krowich żołądków, Scott codziennie posyłał kogoś na targ po żołądki i owcze jelita, bo wypadały o wiele taniej niż sztuczne. Trupy pakowano do zmechanizowanego jaja, wyściółkę dookoła a w jelita przewód od sprężonego powietrza, i na sygnał wszystko wystrzeliwano prosto w obiektyw, jelita miotając jak szatan. Doświadczenia olfaktoryczne musiały być nieziemskie.

Taka ciekawostka, że jednoszczelinowym jajom udało się ponoć dostać do oficjalnej wersji, jako statyści ostatniego planu.

*

BONUS [bo i tak go wykasowano]: eggmorphing, czyli ostatnio-pierwsze stadium cyklu życiowego. Nie jest to kanon, a więc briefing - zamiast jajo złożyć, Big Chap obślinił truchła kilku ofiar, żeby przepoczwarzyć je w Jaja (z czego konkretnie miałyby powstać same twarzołapy - no idea).

W tym momencie Luke poczuł, że już nie jest na Dagobah
W wolnym czasie Scott projektował muzea sztuki nowoczesnej

Produkcja jest owiana mgłą niejasnej chronologii - Giger i Voysey zajęli się projektowaniem już po Wielkim Sromowym Szoku, a więc na początku września - prawdopodobnie 4-go. Pierwszy "jajomorf" był gotowy na 10 września, drugi kilka dni później - na pewno najpóźniej 15-go, kiedy Scott uznał, że trzeba przewrócić dekorację do góry nogami.

(Praca 393) Trzeci do brydża i dopiero chrześcijanie by się rozszaleli

Wersja Dallasa wymagała sklejania wszystkiego na odlewie Toma Skerritta, bo jako późniejsza ofiara musiał być jeszcze rozpoznawalny. Harry Dean Stanton miał pod tym względem o tyle wygodniej, że Brett po takim czasie był usmarkany do pełnej anonimowości i wystarczyło pracować na kukle. Dodatkowo do scen palenia potrzebne były jeszcze cztery lateksowe figury (okablowane, bo Dallas miał płonąć żywcem) do czterech kątów ujęć. Ze względów estetycznych postanowiono obłożyć Skerritta żywymi robakami.

Zanim zrobiło się gorąco, Dallas wymyślił już sześć przyczyn,
przez które znalazł się w tej niewygodnej sytuacji 

Po obsuwie z 17 września na 25 udało się w końcu sfilmować przedśmiertną rozmowę z Dallasem. Następnego dnia skok do Bray, gdzie "jajomorfy" (ze Skerrittem już jako widzem) poszły z dymem. Albo wtedy, albo wcześniej doszło do incydentu ogniowego:

Musieli nauczyć Sigourney używać miotacza ognia. Ćwiczyła więc za studiem na wielkim trawniku. Ten sprzęt wypluwa płomienie na sześć metrów. Kiedy przygotowywali scenę, w której Tom jest w kokonie, Ridley nakazał: "Ognia!". W tym momencie technik od efektów specjalnych krzyknął: "Cięcie!". Gdyby odpaliła miotacz, cała ekipa, łącznie z nią samą, usmażyłaby się. Mogła być z tego wielka tragedia, ale akcja dodała scenie napięcia.
- Veronica Cartwright [za: RF]

Ostatecznie robota poszła na darmo, gdy w bliżej nieokreślonym terminie między drugą połową kwietnia 1979 a początkiem maja (kilkanaście dni przed premierą) scena poszła w cholerę jako spowalniacz, za czym opowiadali się Scott, montażysta Terry Rawlings, producent David Giler, współscenarzysta O'Bannonna Ron Shusett, Carroll, a nawet Skerritt.

Chyba, że macie wersję reżyserską.


12 czerwca 2024

O powstawaniu "Predatora", cz. 4: Motyl i czerwony skafander

Predator od pomysłu był skazany na uwzględnienie efektów komputerowych. Czy zastanawiano się nad kamuflażem "na żywca", nie wiadomo, jednak tempo produkcji każe w to wątpić.

Najefektywniejszym pomysłem było to, co dziś osiąga się przechwytywaniem ruchu, a więc bazowanie obrazu na człowieku w gustownym wdzianku, czerwonym, jako że niebieskie i zielone było otoczenie. W osiągnięciu tego wniosku pomogła telewizja, dokładniej realizacja reklamy dla firmy telekomunikacyjnej.

Próbowaliśmy wszystkiego, i robiliśmy reklamę dla Southern Bell, gdzie mieliśmy kogoś w czerwonym stroju, kto trzymał zieloną kulę na niebieskim tle. Zgaduję, że to tutaj zapaliły się żarówki: "Okej, wsadzimy gościa w czerwony strój i pobiegamy po dżungli, bo dżungla jest zielona, a niebo niebieskie", więc spróbowaliśmy. Próbowaliśmy wszystkiego, co mogliśmy wymyśleć, ściągaliśmy obrysy tego czerwonego stroju. Coś jak Blue Screen na odwrót, gdzie obiekt jest ekranem, a pierwszy plan ostatnim.
 - Joel Hynek, kierownik efektów wizualnych

Wszystko, co mogli wymyśleć, ujęte jako stopklatki i rozmycia, prowadziło do efektu "biegającego wokół wycinka" i wyglądało futurystycznie w złym tego słowa znaczeniu (kojarzycie te niskobudżetówki puszczane na SyFy, z Obciachowych Lat 00-10?). Ewentualnie postęp uzyskano dzięki błędowi sprzętu, coś a la casus awarii teleskopu kosmicznego wykorzystanej jako baza pod mammograf - próba efektu slit-scan (w terminologii pokolenia Z jako filtr Time Warp Scan czymkolwiek by to draństwo nie było) na drukarce optycznej (projektor podłączony do kamery, takiej szpulowej, dorysowywali na taśmie efekty i kopiowali materiał - na lepsze tłumaczenie nie liczcie, odeszły do lamusa trzydzieści lat temu) poskutkowała masą linii. Metodą prób i błędów R/Greenberg Associates udało się to powtórzyć w sposób, który przypominał soczewkę powiększającą, z charakterystycznymi coraz mniejszymi obrysami - w drugiej kolejności, najpierw próbowali z obrysem zewnętrznym (Hynek podał jako przykład musical Xanadu, gdzie ludzie mają te dziwne aury - nie oglądałam, ale łatwo znaleźć kadry).

Test, który powinien skończyć w gotowym filmie. Trzymajmy kciuki,
żeby zrobili nawiązanie w Prey 2 albo Badlands

*

R/Greenberg byli zaangażowani już w czasach "kaczko-krokodyla z kolanami w tył (WTF?)", czyli pracowali na modelu zaprojektowanym przez Boss Film Studios. Tym samym, który straumatyzował JCVD, a poprzez niego ekipę. 

Z przyczyn których już nie pamiętam, grupa wykonawcza stwora założyła klikę i alienowaliśmy się w pokoiku na uboczu, gdzie pracowaliśmy na kupie. Czerwony strój, używany w filmie do przezroczystych scen, został stworzony właśnie tam, więc i tam pan Damme przychodził na przymiarki. Znów, zawieruszyłem gdzieś jedyne nagranie jego w tym stroju, jak wykonuje jeden ze swoich (słynnych dziś) wykopów, natychmiast rozpruwając krok. Na nieszczęście jest zakryty od stóp do głów, więc go nie rozpoznasz, ale podpowie sylwetka.
- Stuart Land, rzeźbiarz z Boss Film Studios

O ile przeskakiwanie nad pniem było pestką, przejście obok
jeszcze stojącego drzewa nastręczało Van Damme'owi pewnych trudności

Na planie niewidzialny strój nie był, khm, niewidzialny, więc żeby magia zadziałała, trzeba było na bieżąco robić po dwie wersje ujęć (nie licząc dubli), z i bez gościa w czerwieni, wymagającego idealnego śledzenia ruchu. Tak oto w meksykańskiej dżungli znalazła się chłodnia na kółkach.

A potem nastała przerwa w produkcji, spowodowana wypadnięciem z łask Boss Film Studios, i Hynek z ekipą zorientowali się, że chłodnia i czerwony reflektor (cień w zielonej dżungli był, niespodzianka, zielony) nie są konieczne, i wystarczą dwa ekrany pilnowane przez operatora kamery.

Technika miała swoje mankamenty, jak dziwny dygot wokół kamuflażu (ledwo zauważalny):

W ujęciu, jeśli pamiętasz, tym gdzie, jak sądzę, Carl Weathers [w rzeczywistości Bill Duke - przyp. aut.] patrzy na stworzenie, i oczy Predatora błyskają żółto, i wtedy obraz dygocze wokół niego odrobinę, pomyślałem: "O Boziu. Poddaje się!". Ale Joel Silver [producent - przyp. aut.] powiedział: "Nie, to super. Właśnie tak zrobiłby Predator. Tak by zamierzał.". I to przetrwało.
- Hynek (tu będą głównie jego cytaty)

Po wznowieniu prac, wraz z Stan Winston Studio na pokładzie, a więc i przerobionym czerwonym strojem, akrobacje wymagane od tekstu stały się nagle możliwe i pokuszono się nawet o kicanie po drzewie. Trudno wykonalne dla Homo sapiens bez zaśmiecania dżungli dźwigiem, więc dla uproszczenia sięgnięto po brzytwę Ockhama w postaci Skarpecianej Małpki małpy ogoniastej w czerwieni. Fail na całej linii.

Lagun meksykański, i facet próbujący złapać go do plecaka (sic!)

Jak sobie poradzili bez tego, nie wiadomo.

Mniej boleśnie wypadło Wynurzenie i dyndanie na betonowym drzewie, gdzie po prostu bazując na warstwie z Blue Screenu wymazali ekspozycję drukarką optyczną, zostawiając ładny efekt 3D dzięki faktycznemu rozkładowi oświetlenia i cieni na Predatorze (dlatego widać dredy).

*

Kolejną brzytwą Ockhama było wykorzystanie kamery termicznej jako POV-u Predatora, tylko że czujnik miał tendencję do odwalania impresji powyżej 34℃ (ciekawe, czy wojskowe też?), i miał mniejszą rozdzielczość niż reszta obrazu, co może i stwarzało ciekawy efekt, ale Hynek postanowił nie ufać domyślności widowni (skądinąd słusznie), i dawaj powtórkę z kamuflażu. Nakombinowali jak koń pod górę, kierując kamerę w dół na lustro pod kątem 45 stopni, potem filmowano poziomo, była też kamera filmowa za lustrem... Nie pytajcie, jak to miało wyglądać, bo na pewno już tego nie uczą. Chyba chodziło o to, żeby tło było niebieskie, bo przeciętny widz rozpoznałby obiekt dopiero na solidnym zbliżeniu. 

Żeby dodać zabawniej, obraz z termo nie nagrywał się na taśmie. Witaj znów ciężarówko pośrodku niczego, i tono kabli, żeby to wszystko leciało na monitor (oraz, jakimiś niewytłumaczonymi mugolom czarami-marami, na filmie).

I tu akurat musi wchodzić mój domysł - żeby wyłapać ludzi z wielkiej pomarańczowej plamy, nagrywając za dnia musieli... schładzać dżunglę. Wodą. Co udowadnia, że Dutch nie musiał łamać praw fizyki, a Jungle Hunter jest na wpół ślepy, i wystarczyłoby mu po prostu machać łapami jak wiatrak, względnie dźgać badylem (i nie przestanę robić z tego jaj, odkąd Predators obniżyło poprzeczkę). Obwody przepaliło i Silverowi, na jego własne życzenie:

Jesteśmy w dżungli, pierwszego dnia zdjęć termicznych, i oczywiście jest upał. Odpalają kamerę i mamy po prostu kalejdoskop. Ludzi nie wyłapiesz. Joel Silver drze się na mnie: "Co się do diabła wyprawia? To naruszenie kontraktu!", mówię mu: "Cóż, Joel, nie dostałeś wiadomości? Mówiłem, że powyżej 34 stopni nie da się zobaczyć człowieka", na co on: "To co chcesz zrobić?". Zasugerowałem: "Musisz schłodzić dżunglę. [...] Opryskaj ją wodą". Spakowaliśmy się. Następnego dnia próbujemy jeszcze raz. Przywieźli cysterny z wodą i opryskujemy dżunglę. Opalamy kamerę, nadal gorąco, nadal kalejdoskop. Joel Silver znowu na mnie wrzeszczy, że "Naruszenie kontraktu!". I wtedy mnie olśniło, że te cysterny są czarne, i ustawione na słońcu, więc leją ciepłą wodę. Mówię: "Okej, Joel, musimy dostać zimną wodę. Lodowatą". Następnego dnia pojawili się z cysternami z lodowatą wodą, oblewają dżunglę, i wszystko działa. Ludzie wychodzą świetnie, wszystko gra. Ale oczywiście, jak to w naturze, już nie było upałów, temperatura opadła i nie potrzebowaliśmy używać tej wody aż tak.
- Hynek

*

W porównaniu spięcia były banalnie proste, stara dobra animacja "rysunek na papierze, fotografia, wkombinować w klatkę". Jeśli kogoś ciekawią naprawdę szczegółowe duperele, jako punktu odniesienia używano Cewki Oudina. 

____________________
źródło:

26 kwietnia 2024

O powstawaniu "Obcego", cz. 3: Czy leci z nami Space Jockey?

Prapoczątki Pacjenta Dentystycznego (ten fotel) są niejednoznaczne - z jednej strony zrzynka z Planety wampirów aż krzyczy, z drugiej O'Bannon i Scott mieli przed pracami nie widzieć tego filmu, co stwierdza na swoim podwórku John Landis. Oba da się pogodzić czymś podobnym, czym ja ogarniam mniej-więcej Grę o Tron, choć w życiu nie widziałam nawet pięciu minut żadnego odcinka [ciekawe, o ile to by było krótsze, gdyby wyciąć seks]:

Wiedziałem o Planecie wampirów, ale nie sądzę, żebym widział to w całości. Oglądałem urywki i uderzyła mnie ich wymowność. Była w tym ta ciekawa mieszanka, którą spotyka się we włoskich filmach o spektakularnie dobrej scenografii przy agresywnie niskobudżetowym myśleniu.
- O'Bannon, Reel Terror, str. 297

Choć sytuację nieco komplikuje, że pomysł O'Bannona sugeruje obejrzenie nieco więcej niż urywków, idąc za tropem "kosmiczni przechodnie przywabieni wołaniem o pomoc kończą jako bio-mechanoidy draństw usiłujących dać nogę z tonącego statku, ale utykają jak fauna jeziorek asfaltowych La Brea". To musiały być długie i konkretne urywki.

Jeden z trzech pechowych prosiaczków turystów (oraz randomowi turyści z innego biura podróży)

Mania przekombinowania Scotta ogarnęła nie tylko statek kosmiczny/magazyn/whatever, co jest całkiem logiczne - po co ograniczać się do zmian jednego elementu, skoro odebranie kontroli wykonawczej autorowi otwiera tyle nowych możliwości? O'Bannon miał prawo być wkurzony, że jego pokojowy rozbitek transmutował w kierowcę bombowca (a Obcy zgłupiał, o czym za cztery lata).

Obojętnie od sfery ontologicznej, fizycznie Pilot został, jak na początku, jako truposz w krześle. Nawet przez krótki i straszny moment w październiku '77, kiedy stał się człowiekiem, jedną siódmą wsiąkniętej załogi (znacie tę melodię!), zanim to Scott go wybronił (co byłoby ironią, gdyby nie miał ukrytego a szczwanego planu). Aż w trakcie zdjęć nastała Wielka Czystka Budżetowa, która targetowała Pilota za bycie zbyt drogim elementem jak na bardzo krótką scenę (poczekajcie na 1990 i drużynę taneczną z innego świata), oraz trzytygodniowe opóźnienie; ale Scott zaparł się jak wilk na chałturę pracownika rozbiórkowego, i Pilot musiał być, inaczej się udusi, nawet, jeśli gdzieś w tle!

No to 14 maja '78 wylądował w tle.

Ridley-O-Gram! Do wersji scenariusza z czerwca '78?

Istotność dla fabuły grała rolę drugorzędną - Scott na storyboardach to kazał załodze przystanąć i podumać jak nad grobami poetów romantyzmu, to przegapić trupa, bo tak bardzo stopił się ze skałą (wulkaniczną!), to pół na pół, bo tylko robot miał zauważyć na nagraniu (co było foreshadowingiem jego wyłamania na miarę XXI wieku). 

Ileż by było materiału do pareidolii!

Studio odpuściło 4 lipca, po półtoramiesięcznej kampanii dezinformacyjnej Scotta, gdy plan kokpitu był już w zasadzie na wykończeniu.

Odejście od "braku podobieństwa do ludzkiej sylwetki" nie jest do końca jasne, ale najpewniej miało coś wspólnego z pracą już podczas zdjęć, przypominającą bieg po kołowrotku dla chomików, przełajowy, z tą kulą od Indiany Jonesa na ogonie (imię kuli - Ridley "Zróbmy Coś Odwrotnego" Scott). Co akurat O'Bannonowi najwyraźniej nie przeszkadzało, bo lobbował za pomysłem swojego starego kumpla Cobba:

Dla wnętrza [wraku] Ron Cobb zrobił szkielet - który później nazywano Space Jockeyem - i to było coś doskonałego! Bardzo mała żuchwa, żadnych zębów. Oczywiście spodziewam się okropieństwa, kiedy pierwszy raz pojawia się w filmie, ale jeśli przyjrzycie mu się bliżej, odkryjecie, że to nie ma dużych zębów czy szczęk, ani niczego z tych innych cech typowych dla mięsożerców, i może wtedy zaczniecie sobie wyobrażać go jako zupełnie niegroźnego roślinożercę podróżującego w kosmosie.
- Dan O’Bannon, Cinefex, 1979

Stary, dobry Cobb, jak zwykle na początku

Ale jako że O'Bannon nie miał na planie nic do gadania, wygrał kumpel Scotta, Giger - skoro zajął się kosmitą innej rasy, dla ułatwienia zrobi i tego. Kompletnie nic o nim nie wiedząc (ale nadal będąc o krok dalej niż Alan Dean Foster ze zleceniem nowelizacji, który musiał pracować ze zdezaktualizowanym skryptem, w którym Pilota niet).

Ze scenariusza widziałem, że był wielki i miał dziurę w piersi, i tyle. Ridley sugerował kolejne z moich Necronomowych stworzeń jako wzór. Nie wyglądały zbyt podobnie do tych dzisiaj, ale to był punkt startowy. I Space Jockey jakby wyrósł stamtąd po kawałku i z kawałków. Stwór, którego nareszcie skończyliśmy budować, jest biomechaniczny do stopnia, w którym fizycznie wrósł, a może i wyrósł, w fotel - jest całkowicie zintegrowany z pełnioną funkcją.
H.R. Giger, Cinefex1979

Był to bardzo rzadki przypadek, kiedy Scott był dokładnie zdecydowany, czego chciał. Sugestie z ridleyogramów były żywcem zerżnięte z Necronomu V Gigera, co w zasadzie rozwiązywało problem. 

Rzeczony obraz, obiekt zainteresowania w lewej górnej części

To właściwie jak fanart

Aparat pilocki i brak większego psioczenia zarządu później Giger (na spółkę z Peterem Voyseyem, który jako jedyny umiał nie sknocić dziwacznej perspektywy) zajął się transfiguracją wymiarową Space Jockeya osobiście. Z błogosławieństwem reżysera skonstruował trupa i fotel jako jedno, biomechanoidalne cudactwo, które zajęło "tylko" ¾ tego, co w filmowej rzeczywistości (tak z osiem i pół metra wysokości), oraz tydzień.

Praca Gigera jest trudna do przełożenia na trzy wymiary, ale najbardziej w kwestii skali. Jego rysunki bardzo przypominały rzeźby, a przy talencie takim jak Petera Voyseya - absolutnego mistrza modelowania dokładnie jak na projekcie - daliśmy radę złapać jakość całkiem nieźle.
- Michael Seymour, scenograf

Praca 380 k

Voysey z miniaturką

Nadal model, pełnoskalowy

Finalnie dekoracją miało się łatwo manipulować, ze względu na recykling planu zdjęciowego, dlatego była z poliestru (na teleskop poszedł styropian), odlanego w formie po glinie i drewnianej ramie. Giger przejął "koronkową" robotę nad głową, oddając resztę Voyseyowi i rzeźbiarzom, a prace wykończeniowe przejął całościowo - szkliwo koloru sepia, oskrobany lateks naśladujący rozkładającą się epidermę, dopieszczanie szczegółów aż do ostatnich chwil przed zdjęciami pod koniec września. I jak przystało na artystę, zapierał się, że gdyby miał więcej czasu, efekt byłby lepszy, ale na film wystarczy.

Trup niezrośnięty z fotelem

Komplet przed malowaniem

Ściany kokpitu na planie był tylko wycinek, co oznaczało skonstruowanie obrotowej platformy. Pilot wylądował na niej 25 września, 29 już trwały zdjęcia, co nie powstrzymywało Gigera przed retuszem głowy, na potrzeby bliższych kadrów.

Giger przy pracy (chyba właśnie 29 września). 

Plan kokpitu / ładowni-in-spe (za fatalną rozdzielczość autorka bloga nie odpowiada)

Po zdjęciach kokpit przemontowano na ładownię z jajami.

Pilota wykorzystano w kampanii promocyjnej w kinie Egyptian w Los Angeles, co okazało się tragicznym końcem wartego 200 tysięcy rekwizytu, gdy 25 maja podpalił go szurnięty chrześcijanin. Żeby było śmiesznie, producenci uznali to za świetną reklamę (ależ musieli nienawidzić tego elementu).

Ładne to kino

Ostatnie zdjęcie przed zniszczeniem, ozdoba notki prasowej Starlog

Pozostałe elementy akcji promocyjnej najwyraźniej były za mało diabelskie, bo przetrwały.


Czemu akurat Space Jockey, to też pewna zagadka. Całkiem możliwe, że była pokłosiem wkładu redakcyjnego Gilera i Hilla, w którym zaszaleli zbyt blisko realizmu:

Dallas: “One dead space jockey, no sign of the other crew members, the old L-52’s generally went up with a compliment of seven…”
(Tłumaczenie: Dallas: Jeden martwy kosmiczny dżokej, zero śladów reszty załogi, stare L-52 zwykle są siedmioosobowe...)
- scenariusz z października '77

Gdzie termin miał być neologizmem z "desk jockey", po naszemu gryzipiórek, próbującym zaznaczyć, że w filmowej rzeczywistości loty w kosmos są tak samo ekscytujące co praca za biurkiem. Sam termin pojawił się w świecie jeszcze w 1947 jako tytuł opowiadania Roberta Henleina (tak, tego od Kawalerii Kosmosu, którą jako przygotowanie czytała obsada Aliens) traktującego o pilocie rakietowym chałturzącym w rejsach dla szarych ludków.

_____________________
źródła:

Jak powstał Obcy, J.W. Rinzler, wydanie I, 2021, wyd. Vesper

1000 Films Blog: #253 Planet of the Vampires/Terrore nello spazio

Monster Legacy: Pilot of the Derelict

Alien Explorations: Alien: The Space Jockey

Alien Explorations: Alien: Space Jockey's origins in "Swiss Family Robinson"?

Alien Explorations: Alien: Landscape with alien astronaut corpse

Alien Explorations: Alien: Building the Space Jockey in cockpit

Strange Shapes: The Pilot

12 czerwca 2023

O powstawaniu "Predatora", cz. 3: Jesteś w dżungli, skarbie, zginiesz tutaj marnie

Jednym z mniej oczywistych wniosków, które przychodzą przy porównywaniu ksenomorfów z Yautja, jest dychotomia wnętrze-zewnętrze (odpowiednio) - pierwsi straszą w korytarzach, drudzy w plenerze [na tym przejechały się oba AVP]. Żeby było śmiesznie, plany zdjęciowe ładnie to odzwierciedlały. I dlatego w tegorocznym odcinku wcale nie cicha bohaterka planów wszystkich, fanfary, dżungla.

Nie należała ona do prostych współpracowników, co to, to nie. Mieszczuchom strefy umiarkowanej szybko pokazała ich miejsce; pewnego razu zatrucia pokarmowego po niefiltrowanej wodzie hotelowej dostali wszyscy, poza reżyserem, który miał paranoję na punkcie przynoszenia "swojego" prowiantu, i po usłyszeniu "Cięcie!" zrobił się wyścig ku wygódce. Nie mówiąc o efektach dźwiękowych zza gwatemalskiej strony granicy, zapewnianych przez lewicowych rebeliantów. 

Szwarceneger z boa cesarskim (B. imperator, nie ma chyba polskiej nazwy)

Jednak spécialité de la maison dżungli byli ci, co skaczą, i pełzają - jadowite węże, pijawki, komary, i żaby, zwłaszcza żaby.

Hotel, w którym mieszkaliśmy w Meksyku, był tuż przy skraju lasu, i na trawniku były setki żab wyskakujących z tego lasu. Więc część z nas weszła tam i zgromadziła masę tych żab, wielkich, jak pół bochna chleba, i wypełniło nimi brodzik w prysznicu w pokoju Stana [Winstona]. Później się ukryliśmy i czekaliśmy, co się wydarzy. Kiedy Stan wrócił do pokoju, po kilku minutach słyszeliśmy, jak wrzeszczy: "Żaby! Żaby! W moim pokoju są żaby! Kto wpuścił żaby do mojego pokoju!?". 
- Richard Landon, facet od mechaniki (jak jest po polsku mechanical designer?) 

Pierwszym i jedynym podejrzanym Winstona był jego stary kumpel, Arnie. Jako że byli dorosłymi, odpowiedzialnymi ludźmi, to miało ciąg dalszy:

Kazał nam pozbierać żaby i wrzucić do pokoju Arnolda. Tyle że nie mieliśmy pojęcia, że żona Arnolda, Maria Shriver, odwiedzała go tego weekendu. I to nie Arnold znalazł żaby, tylko właśnie Maria. I nie bawiło jej to. 
- znów Landon

Panowie nie wyjaśnili sobie tego, przez lata każdy czekał na przeprosiny tego drugiego. I ciągnęłoby się to do 2008 (roku śmierci Winstona), gdyby nie nocne  talk-show, kiedy to Schwarzenegger zapewnił o swojej niewinności przed milionami świadków, a Shane Mahan (spec od mejkapu protetycznego) przyznał się do numeru. 

Ikoniczne Wynurzenie, w tle wodospad Misol Ha, 15 km od Pelenque

Biotop też dołożył swoje - wiedzieliście, że nocą w lesie tropikalnym jest zimno? I pamiętacie, że przez całą walkę z Jungle Hunterem Schwarzenneger musiał być utytłany błotem? A technicznie gliną ceramiczną? I że błoto-glina prawem termolokacji wchłania ciepło? Co powinno wykluczyć wszelkie szanse na zniknięcie kosmicie z radaru, gdyby fizyka działała poprawnie?

Więc żeby im chłop nie wpadł w hipotermię, poili go sznapsem. Niestety Schwarzenneger to Austriak, nie Słowianin, więc te 40% tylko go nabzdryngolało. Choć w sumie musiało mu to pozwalać na ignorowanie zimna, więc win-win. Opcja z lampami odpadała, bo wtedy odpadało błoto. Dosłownie.

O ile Arniemu przeszkadzać w wodzie mogły tylko pijawki, to Kevin Peter Hall przebił stawkę - jego kostium już "na sucho" ważył z dziewięćdziesiąt kilo, a pianka lateksowa nasiąka. W wywiadzie Hall stwierdził, że "to nie był film, tylko historia przetrwania".

Pelenque to też ruiny Majów koło miasta. Od lewej: Arnie, Maria Shriver, Brian Simpson, Hall, nie wiem, Steve Wang (rysownik i rzeźbiarz), i parę innych osób

Co dziwne, uszkodziły się tylko dwie osoby: kaskader zastępujący Arniego podczas skoku z klifu do rzeki rozwalił se kolano, a reżyser po powrocie do Stanów zorientował się, że złamał nadgarstek przy upadku z drzewa. Było mu zbyt głupio, żeby się przyznać.

"Czarne", Anna Kańtoch

Zaczynając książkę, myślałam, że moją największą zagwozdką będzie czy ktoś funkcjonujący w pierwszych trzech dekadach XX wieku mówiłby flirt...