Przygód niewesołej gromadki (choć w materiale wyjściowym też wolą rozwiązywać problemy wrzaskami, kanapkami z piąchy i przemilczaniem) ciąg dalszy! Kolejny będzie szybciej, bo publikuję po kanonicznych datach.
Start to ostatnie dechy poprzedniego sezonu, przez co jest strasznie z dupy, bo załatwiają tego Szatana z Aliexpress w pół godziny i znowu See You Again. Całe napięcie nabudowane przed cliffhangerem psu w ryj. Albo bardzo wstydzili się efektu i odwlekali nieuniknione, albo zaklepywali drugi sezon.
Wdeptując w sam środek akcji - tamta promowana na siłę parka ptasich wrestlerów zgarnia zostawionego samopas w rezydencji Jasona (i nie, nadal nie wiadomo, po cholerę on był Rachel), bo reszta ekip starej i się formującej już jest na miejscu i wspólnie dziczeją w halunach, bo Lucyfer z TEMU potrzebuje zmiażdżyć córce serce (dosłownie), sprasować w kamień i wbić to serce biednej w czoło, przez co zaczęły fiksować jej moce - co kica po fabule, bo dwa razy Rachel się wypsnęła i zaatakowała kolegów (raz porządnie), i ożywiła gargulca, co to zmasakrował przychlastowatego ojca nowopoznanej w schronisku młodzieżowym koleżanki. No i wzięła i zabiła starego, wszyscy happy, Dick rozlicza się pokojowo z Brucem i zgarnia młodzież na drugi koniec kraju, bo nadal ma kryzys tożsamości (bycie nauczycielem nie jest tym powołaniem).
A potem jest reszta sezonu, która wygląda jak osobny sezon.
Timeskip: Hank i Dawn mają farmę, Donna i Kory szpiegują z vana, a Dick partaczy trenuje nową generację Tytanów w Jump City San Francisco, czego obiecał nie robić, bo poprzednia wersja skończyła się śmiercią niepowiązanego nieletniego, przez mniej godną fazę Dicka (co tenże postanowił przemilczeć), bo stary dzieciaka ustrzelił Gartha (który był całkiem miłym gościem i walczył hydrantem). I nagle nie ma farmy a trening zostaje zmacoszony, bo wyżej wymieniony stary - samiuśki DEATHSTROKE TERMINATOR - dowiaduje się o comebacku Tytanów dzięki pajacowaniu Jasona przed kamerą i nasyła na nich gościa, który kanonicznie był gwałcicielem (przed 2011, aktualnie nie wiem), a tu jest pacanem z obsesją na punkcie żarówek i fatalnymi manierami (przez które rzuciłabym picie, gdybym piła). Wysyła im też (Deathstroke znaczy) konia trojańskiego (Judas Contract?) w postaci swojej córki (nie JC), o czym trochę później i prawie wykańcza Jasona (tu trochę się pogubiłam, czemu jego, ale wyglądało na to, że to mógł być dowolny Tytan, a na pacana po prostu bęc), żeby dowalić emocjonalnie Dickowi (on tak lubi). I osiąga to rozbicie Tytanów, kiedy Dick wreszcie wysprzęgla się ze Strasznej Tajemnicy™, żeby ściągnąć z dachu wieżowca Jasona wpędzonego tam PTSD, załamaniem nerwowym i wyczarowanym z cylindra wkurwem reszty drużyny. I, jak to z kiszeniem ważnych informacji (ma to po mentorze, nie powiem), wybucha mu to w twarz (gongiem od Hanka) i wszyscy strzelają focha. Od tego momentu startuje Wielki Konkurs Kto-Upadł-Gorzej [wdech]: Donna zgarnia Rachel, ale gubi ją w taryfie i usiłuje złapać kogokolwiek, Rachel dołącza do mini-kolonii (nie wiem, jak to nazwać) nastoletnich uciekinierek, Kory dostaje od świata przypomnienie, że jest koronowaną głową i źle się dzieje na planecie tamarańskiej, więc w sumie głową potencjalnie do rozłączenia z ciałem, pozostawiony sam w domu z dwoma stworzeniami na poziomie emocjonalnym trzylatka Gar nie sprawdza się w roli Kevina i wraz z jednym z tych stworzeń (Connerem) wpada w łapy Cadmusa i Wściekłej Baby (drugie stworzenie, Krypto, gdzieś się posiewa), Jasona i Rose wywiewa na przeciwne wybrzeże i nie mają za wiele czasu antenowego, Hank i Dawn wracają na wiochę, tylko do lasu, bo farmy już nie ma, dochodzą do wniosku, że wątek ich związku jest bez sensu i Dawn wywala wszystko poza zdjęciem drużyny bez Gartha, a Hank wdaje się w walki kogutów w swoim superbohaterskim kostiumie Człowieka KFC, który sprzedaje na haju za kolejną porcję haju, ale i tak zwycięzcą jest Dick, który po dostaniu kopa od pani ex-Wilson w żałobie postanawia, że jeszcze "lepszym" pomysłem od przeprowadzki na Grenlandię będzie strzelenie w pysk mundurowego na lotnisku i zostanie zapuszkowanym na jakimś totalnie krzywym wypizdowie, gdzie jest wycieraczką (poza pomocą w jailbreaku imigrantom) i halucynuje Bruce'a [PFIUUU!]. Płeć piękna jednoczy się w jakimś barze na kółkach podsuniętym podprogowo, gdzie wbrew reklamie nie ma pączków z dżemem, Hank doczołguje się z rynsztoka, Dick w niejasny sposób ucieka z pierdla i po półtora sezonu zostaje w końcu Nightwingiem, a Gar i Conner kontrolowani przez Wściekłą Babę rozdupcają kawał festynu, ale sytuację ratują Tytani i Magia Przyjaźni™ Rachel (bez Rose, która zrobiła cameo by ubić starego i przejąć jego dybuka; Jason miał dość po ujawnieniu tego całego Judasza i wypisał się totalnie - chyba pierwszy raz oficjalnie zaadresowano te epickie problemy z zaufaniem, które powinien mieć). No i Donna umiera i We Are Family.
Tym razem moje ogarnięcie świata przedstawionego jest jeszcze bardziej wybiórcze, niż poprzednio - nie mam pojęcia, czym jest Cadmus...
Jericho to dla mnie pewna nowość (widziałam go raz, w arcu A Lonely Place of Dying), Rose faktycznie zbuntowała się przeciw ojcu dzięki interwencji Dicka (acz kanonicznie to BYŁA interwencja, a nie aura farming [nie znam tego zwrotu, LOL]), Donna przed 2011 mogła umrzeć, albo ja mogłam pomieszać rzeczywistości, o Tamaranie szkoda gadać, bo nie oglądałam tych odcinków TT uważnie.
Zaangażowanie totalnie nierozpoznawalnego gościa jako Bruce'a Wayne'a to pewien poziom geniuszu - raz, że realnie miliarderzy są zwykle mniej charakterystyczni od aktorów, dwa, że dzięki temu Batmana trudniej połączyć z konkretną twarzą. Everyman Bruce Wayne agenda! (BTW - w pierwszej chwili myślałam, że to Alfred.)
Stosunek Rachel do Jasona zrobił się jeszcze mętniejszy, odkąd okazało się, że jednak nie szukała go w tym... wymiarze duchowym?, zadowalając się rzuceniem nazwiska niedoszłym niańkom. To miło, że go nie victimblamingowała za porwanie, choć wcześniej odbił sobie na niej pod wpływem Syndromu Jedynaka Niebędącego Dłużej Jedynakiem, tylko w takim razie skąd ta pewność, że to właśnie on zagraffitował jej pokój!? A banda doświadczonych dorosłych (zwłaszcza Hank, najzapalczywszy orator akcji ratunkowej, "wiedzący, jak to jest tkwić samemu z oprawcą"?) zgadza się z nią, radośnie merdając ogonkami. Nieee, zmieniam zdanie, TO jest najgłupszy plot hole międzyludzki - Deathstroke, Kurwa, Terminator, mistrz manipulacji, uwziął się na nich, a ci rzucają kośćmi, kręcą kołem fortuny i sprawcą jest koleś na stresie pourazowym (uznali, że w circa dobę zdołał wyprać mu mózg?).
Od kiedy Jason dostał się do czołówki, scenarzyści nie mogli się zdecydować, jaka to ma być postać - głównie się złości, czyli czerpanie z nowszych wersji, w drugiej kolejności odpowiada za najbardziej krindżowe teksty edycji, i jest jeszcze ta kwestia sympatii widowni po ucioraniu przez wrogów i sojuszników... która wyszła mu na dobre (szczęście w nieszczęściu postaci). Flashbacki z upadku i załamanie na dachu to chyba jego jedyne sceny, przy których scenarzyści się postarali, pierwsze są pomysłowe, drugie chwytliwe.
W przeciwieństwie do relacji Jasona i Rose, która opiera się na woli wielkiego Bo Tak - on najpierw, że "twardzielka", a kilka godzin później po spotkaniu na żywo "wykopmy", ona inicjalnie wykazuje zainteresowanie nim jak śledź sałatką, aż nagle wyjeżdża z tanecznym podrywem... Czemu wybrali swoje towarzystwo podczas grupowego pokazania Dickowi faka, nie wiadomo, co trochę psuje dalszy rozwój interakcji (który albo miał być retconem historii Jasona, bo po pierwszym sezonie w końcu scenarzyści rzucili okiem do komiksów, albo in-universe zaprezentować, że Dickowi nie za bardzo ufał z takimi detalami, a Rose już tak), który jest miejscami niezręczny, ale... stara się? (BTW - kanonicznie ich związek to też "diabli wiedzą".) Nie umiem nic powiedzieć o kanonicznej Rose, bo nawigowanie po komiksach to dokładanie do terapii, ale tutejsza wersja nie chwytała za serce.
Jako że w poprzednim sezonie nie było de facto antagonisty (no, poza ostatnim odcinkiem... i tą przewloką na premierowy 2-ki), w drugim rekompensują aż dwoma - i jest to przypadek "naprawdę, nie trzeba było". Deathstroke się broni, więc o nim później, za to Cadmus wygląda jak na jedną nogę (mogę być zbiasowana, bo nie znam tła). I ta Wściekła Baba™ Graves, z tylko dwoma dobrymi tekstami i frojdowską wymówką dupkowatymi najbliższymi. Jakoś poważniej ich brałam w Young Justice (może dzięki tej scenie z pobieraniem DNA do klonowania... od kilkunastoletnich dzieci [styczeń 2026 miesiącem "Ick!"]). Wisienką na torcie jest sterowanie szałem Gara kluczykiem samochodowym. Od, na oko, Audi. Nie ogarniam rekwizytorów, uznali, że skoro Liam Neeson mógł gadać przez damską golarkę...?
CGI znowu poziom "smoku, jesteś piękny!" - najwyraźniej postanowili wziąć sobie do serca motto serialu i zakryć śmieszkowy kasting czymś jeszcze memiczniejszym, bo nie wierzę, że czerwony krewniak tego wielkiego orka z Hobbita wydający odgłosy człapania w gumiakach miał być Tym Złym heroldowanym przed cliffhangerem. Krypto w locie i zielonemu tygrysowi daruję, szok minął w poprzednim sezonie.
Trzepnięcie w ucho kostiumografowi za tę gumową zgrozę, którą musiała nosić Dove (w pierwszym sezonie myślałam, że to komputerowe...) i za maskę Ravager, trzymającą się chyba tylko na modlitwę. Za to nie zauważyłam, żeby jej włosy wyglądały na sztuczne. Oraz - Nightwing, technicznie akrobata, mający na sobie tyle pancerza co BWP Borsuk (oj, ktoś nie lubił, że kolo normalnie lata w spandeksie (i chyba lekkim kevlarze?*)).
* Nightwing vol 2 ('96) zeszyt 71
Najciekawszy był odcinek piąty, bo miał dwie fajne piosenki i Deathstroke'a pozytywnego w byciu creepem.
Co może brzmieć oksymoronicznie, jeśli... nie wychowywało się na Teen Titans. I wróciło do niego po latach z olśnieniem "ach, to to było traumatyzujące" (i po odkryciu TVTropes - polecam, nic tak nie niszczy dzieciństwa i dorastania). O wersji komiksowej (pre-2011) dowiedziałam się raczej niedawno i z luźnych wzmianek, więc w sumie dobrze, że ten serial pominął Terrę. Już i tak miałam fleszbeki z Wietnamu, gdy typ dzielił tę samą przestrzeń z dzieciakiem (w sumie to w fazie prawnie liminalnej, ale się liczy).
Gdzieś się natknęłam, że "nigdy nie wiesz, którą wersję Slade'a Wilsona dostaniesz (bo to loteria)", a tu zaskoczka, bo lajtową. W medium, które ma R-kę. Dopóki nie spieprzyli finału dla Baby Z Pilotem Do Audi Garfield, Deathstroke był o niebo bardziej kompetentny od demoniszcza z fafdziesiątego kręgu piekieł w czajeniu się w mrocznych zakamarkach umysłu. Nie mówię, że Esai Morales to cudotwórca, ale kiedy scenariusz już dostarczył mu dobrej gliny, umiał z nią pracować - tryb zastraszania? Mógł sobie zostać w sferze small talku a i tak ugasił wyszczekanego smarka bez poczucia autorytetu. Nawet nie to, że młody ucichł, bo gościu akurat ostrzył miecz - zaczął, jak już był cicho, wystarczyły mu same przygotowania. Kozak. Trochę szkoda, że później już mieli problemy z utrzymaniem tego poziomu. Podziwiam też jego układ immunologiczny (nawet bez pokazu przyspieszonego leczenia), że bez strachu zżarł zasyfione krwią jabłko. Z podłogi w jakimś magazynie-torturowni. Jeszcze raz - kozak.
▶ czyli nie szukała go sama w astralu [Rachel Jasona];
▶ no to jeszcze 23 godziny 38 minut, a że [Jason] to dzieciak, nie dożyje;
▶ wyobraźcie sobie wspaniałe słowa... i chemię;
▶ standardowa reakcja Dicka na stres - haluny;
▶ byłaby niezła scena, gdyby nie dobór piosenki;
▶ oj, Bruce się wkurwi za trafienie do systemu;
▶ i udało jej się nie zarzygać włosów;
▶ scena wyrowa superkonieczna;
▶ technicznie to byli magdaleńczycy, neandertalczycy nie byli aż tak dokładni;
poster: titans.fandom.com
