Obiecywali, że to dobra książka - ba, T. Kingfisher od Co porusza martwych obiecywała - ale nikt się nie zająknął, że jest przede wszystkim CIERPKA.
W celu zbadania, czemu jej kuzynka wysłała dziwny list, Noemí przenosi się z towarzyskiego Ciudad de México klasy wyższej do kostycznego dworu zmurszałej angielskiej arystokracji - tak szybko, że prawie nie czuć tego pierwszego. Serio, serio, gdyby nie trochę hiszpańskich i bazujących na nahuatl toponimów, równie dobrze akcja mogłaby toczyć się na kolejnym spłachetku Anglii. I to nie takim odwiedzanym przez pannę Marple, tylko najbardziej zawilgoconym, smętnym grajdole. Atmosfera jest wroga, sztywna i włazi pod skórę jak Mroczny Sekret™ lokalu - Noemí od pierwszego kopa czuje, czemu kuzynka odchodzi od zmysłów, zaś gospodarze tylko ją w tym upewniają.
Ah, gospodarze. Doyle'owie, w których wmężyła się kuzynka, ani trochę nie starają się rozwiać podejrzeń. Przytłaczający, odpychający, pasywno-agresywni i protekcjonalni, jasnowłosi i niebieskoocy, umniejszający wysłanniczce, jakby nawet sam Bóg Wszechmogący nie mógł ich dosięgnąć - bo nie może. Ich poziom neofobii jest tak silny, że niegdysiejszy blichtr dosłownie pleśnieje, a wynikający z tego skok na majątek rodu Noemí jak żywcem wyjęty z jeszcze zamierzchlejszej przeszłości, niż sama akcja. Tak intruzywni, że Noemí nawet czerwone flagi subtelne jak Chiny na otwarciach olimpijskich nie powstrzymują przed załatwieniem sprawy własnoręcznie, zamiast wzywać ojcowskie posiłki. Ale czy aby był wybór?
Noemí nie jest jakąś głupią, rozpuszczoną dziewuszką - idzie przez życie przebojem, ale nie boi się ubrudzić, by wleźć przysłowiowym oknem, gdy plombują drzwi przed jej nosem. W powinowatych zaś znajduje godnego przeciwnika, dysponującego taranem patriarchalnego wbijania szpileczek - do skutku, do dumy. Bo to, że Noemí cieszy się życiem, nie oznacza, że świat jest na to gotowy - to właśnie Noemí przekonuje ojca do podjęcia działań, bo jej kuzynka NIE JEST histeryczką, i cały czas nawiedza ją świadomość, że sama może zostać uznana za jedną. Nie zwalę tego na karb fiftisów, bo i dziś, siedemdziesiąt lat i kilka zmian obyczajów później, to wciąż problem. Jest ZBYT uniwersalny i obawiam się, że nawet za sto lat będzie uderzać zbyt blisko domu.
I nieprzypadkowo zaznaczyłam ubarwienie rodzinki - pan i władca na włościach ma eugenicznego świra (antropologia jest też wśród zainteresowań Noemí, jako strzelba Czechowa). Są jak ilustracja pod hasłem "złol", słowo daję - tylko najmłodszy jest lubialny.
Na poklask zasługują najdziwniejsze możliwe i niemożliwe scenariusze rodzące się w głowie coraz bardziej przytłoczonej Noemí oraz klimatyczne ostatnie chwile biednej Ruth. A te wizje żywego domu...
Jeśli za to do czegoś się przyczepić, to do dokładnych opisów garderoby Noemí, które nie mogły przestać mi się kojarzyć z opkami szatkowanymi na NAKW-ie (złote czasy...), do wątków okultystycznych i do strony 200, gdzie Francis - ten najmłodszy - znienacka zostaje nazwany "blondyn". Owszem, jest nim, ale nigdzie indziej w książce do identyfikacji nie służy kolor włosów.
