Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nie-fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nie-fantastyka. Pokaż wszystkie posty

07 marca 2025

Strange Darling (2023)

Przed seansem jedynym bezpiecznym maximum wiedzy o fabule jest "randka z seryjnym mordercą poszła źle i facet chce ustrzelić babkę na tle uczuciowym". A w zasadzie najlepiej nie wiedzieć nic, tylko do tego trzebaby ani nie interesować się tematem, ani nie być onjaljn

Anachroniczne rozdziały (dla ukrycia plotu) mogą się kojarzyć z Pulp Fiction czy obiema częściami Kill Billa, tylko bez standardowej tarantinowskiej logorrhei. I nieludzkich ilości krwi. Są zgony, ale bez zapotrzebowania na stowarzyszenie irlandzkich malarzy ścian*. Za to czuć tę inspirację do burzenia klisz gatunku, która doskonale sobie radzi i bez segmentacji, a najlepiej we współpracy z nią.

Jeśli już kogoś podkusiło, żeby zajrzeć do trailera, na pewno kojarzy stwierdzenie The Lady o nierówności płci wobec poczucia bezpieczeństwa w trakcie rozrywki - jeśli kobieta chce się zabawić, musi się okombinować i nazabezpieczać, a czujność i tak pozostanie na pierwszym planie; w tej samej sytuacji facet po prostu się nie zastanawia. To nie jest wstęp do rozprawy o patriarchalnym przyzwoleniu dla sprawców, tylko zachęcam do zastanowienia się nad tym zjawiskiem. Poza tym gdy ja oglądałam trailer, byłam święcie przekonana, że gadają w kinie samochodowym; nie wpadłam do seansu, że światło to neon.

Jestem usatysfakcjonowana rozsądnym zakończeniem i brakiem scen seksu (nie jestem ich przeciwniczką in ipsis, tylko czuję się przy nich niezręcznie), oraz rozgarniętą protagonistką. Nagrodę mindfucka produkcji otrzymuje zagadka, czemu The Lady założyła buty i została w bieliźnie (sytuacja nie powiewała jeszcze redflagami, dla szerszego obrazu).


*) nawiązanie do "słyszałem, że malujesz ściany, Irlandczyku", czyli do zamalowywania rozbryzgów krwi


[W związku z prowadzoną na tej szacownej łajbie polityką "bez spoilerów" dalszą część doradzam tylko tym, co już widzieli film]

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

Kwestia podwójnych standardów ma drugie dno, z którego czerpie seryjny morderca z karty początkowej. Korzysta z maski potencjalnej ofiary, odgrywa teatrzyk zranionej sarenki. A ofiary, pokrzepiane kulturowo, że nie muszą na siebie uważać, gładko wnikają w ułudę, że to one będą łowcami, zanim ockną się z wylotem lufy między oczami.

Ciekawa rzecz, że z mundurowych przybyłych na miejsce masakry to szeryf podejrzewa The Lady o bycie tą złą, natomiast szeryfka od pierwszej chwili widzi w niej ofiarę. Całe to mityczne "męska logika vs kobiece współczucie" wypada specyficznie przy zbudowanym na początku randki stwierdzeniu o wyższej sprawczości wśród mężczyzn. Ale może mundurowych nie trzeba brać pod uwagę, bo prawo nie bierze pod uwagę ludzi.

Innego policjanta chyba każdy sklasyfikował jako gorszego człowieka niż jego cel, ale znów - czy w takiej samej sytuacji kobieta-policjant miałaby społeczne przyzwolenie na zaszczucie mężczyzny-przestępcy, którego ofiary są tej samej płci, co ona?


reżyseria i scenariusz: JT Mollner
wystąpili: Willa Fitzgerald, Kyle Gallner, Barbara Hershey

____________________________
ilustracja: IMDb.com

06 listopada 2024

"Lot Ikara", Caitlin Schneiderhan

Węsząc zainteresowanie blankami w biografiach faworytów widowni, Stranger Things od drugiego sezonu pompuje merszandyzę literaturą, w niektórych przypadkach bardziej przyziemną, bo jeśli serial coś pomija, to warstwę obyczajową (do której nie wliczam romansów). Lot Ikara skupia się na takich zagadkach z życia Eddiego Munsona, jak "czemu jest dilerem", "dlaczego nie zdał liceum za pierwszym podejściem", "jakie miał życie, zanim Upside Down wbiło mu się w nie z butami", oraz "czy w ogóle zauważył, że Hawkins robi się coraz dziwniejsze", z różnym skutkiem. Jest 1984 - na oko przed drugim sezonem - i do Eddiego puka szansa, żeby wyjechać i potencjalnie zbudować karierę muzyczną; taki jednak tej sytuacji mankament, że Eddie jest spłukany, a nagranie dema, które nowa znajoma przekaże wytwórni muzycznej, do kosztowna impreza. I tutaj tytuł zobowiązuje - oto historia, jak Eddie rzeczoną szansę dokumentnie zaprzepaścił.

Sytuacja tej książki zakrawa o własny paradoks - z jednej strony to część wiadomej franczyzy, więc nie da się po niej spodziewać niczego powyżej "przeciętny", z drugiej zaskakuje jak pobudka z długoletniej śpiączki (nadal z powikłaniami, bądźmy realistami odnośnie śpiączki) [a żart słowny był niezamierzony].

Podobnym paradoksem jest Eddie - najlepsza zjebana postać sezonu - jako miasteczkowy parias, potomek przegrywa, któremu wróży się dokładnie ten sam los; ba, nawet nazywają go Juniorem, mimo, że ojcu na imię Alan. Paradoksem, bo całe życie usiłuje udowodnić, że nie będzie przestępcą, ale praktycznie nikt tuż przy samym korycie mu nie wierzy. I to w sumie częściowo Eddiego wina, kiedy straszy nadwrażliwych chrześcijan swoimi hobby, w samym środku ejtisowej satanistycznej paniki. Jeśli jednocześnie chce być sobą, i nie dać się za to zabić, to wybrał dziwną taktykę.

W tym momencie wchodzi, cała na biało, dziura w fabule - Munsonowie zostali wprowadzeni sześć lat po pierwszym sezonie (po wstępnym projekcie serialu to już w ogóle z dekadę), i z marszu stracili realizm. Jako zło doczesne powinni być na pierwszym miejscu listy podejrzanych o zniknięcie Willa, zwłaszcza Eddie, tymczasem nic - ani "starszy Munson wrócił do miasta" (może siedział wtedy w pierdlu, i jakoś o tym wiedziano, mogłam przegapić), ani "to ten świr z klubu wyznawców magii". Okoliczności wsiąknięcia były podejrzane. Eddie był podejrzany, co najmniej od gimnazjum (Middle School). Skoro śmierć Chrissy podniosła larum o ofiary z ludzi, to zaginięcie dziecka i nakładające się w czasie "samobójstwo" raczej lubianego gościa powinny zapalić wszystkim kontrolki. Hawkins naprawdę nie brzmi na aż tak zapadłą dziurę, żeby satanic panic dotarło tam dopiero wiosną 1986, ruch powstał jeszcze w latach 70.. Czy mam uwierzyć, że przy Willu nikomu nie wpadła taka ewentualność do głowy, bo wszyscy mieli Byersów głęboko w poważaniu? Bo naprawdę nic na to nie wskazuje. To było najwyżej trochę rezerwy.

Książka uwydatniła też główny problem serialu, jakim jest łapanie zbyt wielu srok za ogon. Mając tylko jeden plotline, jest w stanie go pociągnąć bez gubienia elementów, czego stanowczo brakuje serialowi. Dzięki temu wiadomo, co się dzieje, pytania zyskują odpowiedzi w kilka-kilkadziesiąt stron - zależy, jak dużym miały być twistem, albo jak zezwalał im na to ciąg wydarzeń - i przede wszystkim cokolwiek widać po postaciach. Nie siedzę na forach dyskusyjnych, tylko na jednym profilu Instagrama i lurkeruję wikię, ale nie zdziwiłabym się, gdyby Lot Ikara jeszcze bardziej wzburzył fanów Eddiego za zeszmacenie ich ulubieńca w serialu. Tutaj zrobił się jeszcze bardziej lubialny, więc Dufferowie i Levy powinni mieć bardziej przerypane na socjalach, niż za pozostałych. Ja się wściekam głównie za Amerykański Patos™, którym zepsuli koniec Eddiego.

Wściekam się też za Chrissy. Książka zaznacza, że już na dwa lata przed śmiercią szkoła i matka odebrały jej osobowość, ale jeden mały flashback wystarcza, żeby wieszać na producentach psy za nadgorliwość przy doborze kolejności scen do skompletowania (jeśli ktoś nie na bieżąco - rozmowa w lesie, której chemia między aktorami mogła utrzymać Chrissy dłużej w fabule, była kręcona już po scenie śmierci). Jeśli zastanawiał was enigmatyczny pokaz talentów, na którym spotkali się Eddie i Chrissy, oto jego kulisy (dosłownie) - i to naprawdę dobra interakcja. Wzbudzała nadzieję, że przynajmniej jeden motyw mógł wyjść dobrze. Dufferowie, wy c****!

W kwestii zbyt wielu srok - serial uparcie traktuje postaci z grupy starsze nastolatki/młodzi dorośli wyłącznie jako support dla smarków i dorosłych, więc interakcje między licealistami to złoto. Znajdą się tu sportowcy, nauczyciel, dyrektor, wzmianki o Stevie. I to jest szczerze mówiąc bardziej interesujące od odmiennych stanów świadomości Jane "Płateczka Śniegu" Hopper/Yves. Z jednym wyjątkiem tak zwanego wątku miłosnego, którego drugiej strony nawet nie pamiętam, taka dziewoja nudna była.

25 września 2024

"Tilly w technikolorze", Mazey Eddings

Jest to jeden z dających policzyć się na palcach jednej ręki niezdarnego drwala przypadek, kiedy czytam coś niebędącego fantastyką, horrorem albo popularnonaukowe. Ominęłabym jako obyczajówko-romansidło i tę, gdyby nie słówko "neuronietypowość". Jako aspie poczułam się zobligowana sprawdzić, jak się sytuacja maluje.

Najbardziej znane odmiany neuronietypowości/neuroróżnorodności to ADHD i spektrum autyzmu, tu są obie - on (Oliver) autystyczny, ona (Tilly) adehadyczka [jest takie słowo?]. Jedno pedantyczne, drugie chaotyczne, co by tu zrobić z tą miłością?

Zaczyna się na zasadzie "od wrogości do czułości", ze strony Olivera, bo z Tilly przez kilka minut było zauroczenie, dopiero po nich wrogość. Choć technicznie to nie wrogość, tylko niechęć, przez szereg nieporozumień, ale w przeciągu paru tygodni lubią się coraz bardziej, na podstawie drobiazgów. 

Opisom czułostek udało się to, w czym zawalają sceny seksu współczesnej literatury - wywołują pozytywne emocje, a nie obrzydzenie i rozbawienie (talon na balon za polecenie książki ze sceną łóżkową niewywołującą repulsji). Myślałby kto, że standardowy kontakt fizyczny jest taki żywy.

Przejdźmy do oceny "okablowań", a konkretniej tego Olivera, bo o ADHD nie umiem się wypowiedzieć (autorka je ma, więc uznaję, że wiarygodne). Zdecydowanie nie jest geniuszem liczącym zapałki, tylko normalnym kolesiem z hiperfokusem na punkcie teorii kolorów (takie coś, że kolory wywołują uczucia, np. jasny kogiel-mogiel wywołujący traumę po dwunastu latach szkoły). Jego sposób odbierania ludzkich zachowań i bodźców pokrywał się z tym, co znam z autopsji - z różnicami osobniczymi, bo spektrum autyzmu to zbiór cech o różnym nasileniu. Okazuje się też, że autyzm i ADHD mają trochę punktów wspólnych, jak wypalenie z powodu brzebodźcowienia (niezdolność do odsiewu informacji, analiza wszystkiego jak leci) i napady overthinkingu (kojarzycie Anxiety z W głowie się nie mieści 2?).

Podstawową różnicą między gołąbeczkami są ich relacje z najbliższymi - on ma wsparcie i zrozumienie, ona jest traktowana, jakby wydziwiała, zwłaszcza w rozumieniu matki. Pani Twomley [nazwisko Tilly] upiera się traktować młodszą córkę jak niedorozwinięte dziecko, przy jednoczesnym wypominaniu, że ma się unormalnić, i toksycznym stawianiu za wzór starszej córki; to ostatnie jest też powodem kiepskich relacji sióstr, na szczęście Mona jest rozsądniejsza od matki, i nie kończy się to tragedią. Rozwoju relacji Tilly i matki nie zaspoileruję, ale podsumowanie wydaje mi się jakieś trudne do realizacji.

Przy okazji mamy do czynienia z ciekawym odwróceniem kliszy "ruda ona, brunet on", tak hołubionej w popkulturze.

Wbrew tłu obrazka to nie miała być książka z protagonistami nieheteronotmatywnymi, ale w drugim i trzecim planie trafiło się sześcioro. Sześ-cio-ro. Statystycznie jaka szansa na przedstawicieli w obu otoczeniach protagonistów? [Wiem, że zamotałam, ale nie chce mi się tego usuwać. TL;DR i Tilly i Oliver mają w najbliższych otoczeniach (siostra Tilly, matki i przyjaciele Olivera) osoby homoseksualne albo i z mniej zerojedynkowych rejonów]. Trochę wychodzi to tak, jakby autorka chciała zabić dwa ptaki jednym kamieniem, pisząc i o neuroatypowości, i o nieheteronormatywności, choć nie naraz.

Może to ja, ale poetyckość niektórych metafor - oraz ich istnienie w ogóle - jakoś tak średnio pasowały do narracji Olivera. Na pewno są autystycy ogarniający niedosłownie, ale i tak dziwne.

Przydałby się też przypis dolny objaśniający hasło "mocą chroń swe biodra", bo w guglu tego nie znajdziecie, same stronki medyczne o stawach biodrowych. A hasło oznacza przygotowanie się na ciężką sytuację, co pięknie wyjaśnia użycie go jako nazwy kontaktu matki Tilly; bez tego przepisu to brzmi, jakby matka kojarzyła się dziewczynie z wizytami lekarskimi. (Zresztą samo tłumaczenie jest moim zdaniem do kitu, bo "loin" [gird up thy loin] oznacza lędźwie, część pleców między żebrami a miednicą. I sugeruje się, że kontekst wyszedł od pilnowania pasa szaty, zakładanego właśnie na talię.)

"Czarne", Anna Kańtoch

Zaczynając książkę, myślałam, że moją największą zagwozdką będzie czy ktoś funkcjonujący w pierwszych trzech dekadach XX wieku mówiłby flirt...