Zaczynając książkę, myślałam, że moją największą zagwozdką będzie czy ktoś funkcjonujący w pierwszych trzech dekadach XX wieku mówiłby flirtować (tak - to zapożyczenie z francuskiego na przełomie wieków) i "freak show" (znowu tak, w Polsce też wtedy znali tę "rozrywkę", tylko, skoro istniał polski termin, po co angielski? Albo któryśtam zagraniczny akurat w modzie). Błąd początkującego.
Sytuacji nie ułatwia blurb - przyjazd aktorki Jadwigi Rathe do Czarnego wydarzył się raczej późno w fabule, od szpitala psychiatrycznego się zaczyna, a spirytyści... Powiedzmy, że właściwszy opis to "Po powrocie do Warszawy z sanatorium bohaterka zostaje wplątana przez Towarzystwo Spirytystyczne w amatorskie śledztwo w sprawie śmierci aktorki teatralnej" - żeby nie zdradzać za wiele.
Nic tu nie jest proste, z narratorką na czele - wiemy o niej wszystko poza imieniem, a później okazuje się, że trzeba w to wątpić. Samo "śledztwo", jak sugerowałoby lekkie oderwanie narratorki od rzeczywistości, przypomina przemieszanie wspomnień z wyobrażeniem ruchów aktorki - zwłaszcza, kiedy narratorka wraca do Czarnego (notabene faktycznej miejscowości). Ba, nawet wspomnienia są posklejane albo połatane.
Zakończenia albo nie ma, albo jest otwarte, co tutaj jest w zasadzie jednym i tym samym. Wydanie drugie Powergraphu, którym dysponuję, ostatnie rozdziały zrobiło w kontrze, więc interpretacje można opierać albo na całości, albo bez czarnych stron... co niczego nie ułatwia.
Bez czarnych stron powiedziałabym, że to albo 1) to całe śledztwo, w którym dowody, a raczej ich niepewność przez percepcję narratorki, wskazują, że być może nie było wcale żadnej Jadwigi Rathe, za to wątpliwość - 1914 czy 1935 - nabiera sensu; albo 2) rozliczenie się z dzieciństwem (i spojrzeniem z innej perspektywy na własną rodzinę), skończonym wraz z tragedią u przejścia w dorosłość, do czego zmusza narratorkę impuls.
Z czarnymi stronami... Oj, brachu. Czas miota macką do 1863, rozwiązania robią się dwa (albo i się nie robią - zgodnie z blurbowym "To co zdarzyło się raz, nie zdarzyło się nigdy"), Uroboros pożera własny ogon, niepotrzebnie biorę to na logikę.
W każdym razie lepiej to czytać, nie mając żadnych założeń.
Koniec końców jestem pewna dwóch rzeczy: że las coś mi przypomina i wkręciły się nieoczekiwane gatunki literackie, oraz że nazwy rozdziałów brzmiały jak notatki.
