Jeśli pierwszy sezon był teaserem a drugi jeszcze w szoku, że zaistniał, ten już nauczył się chodzić. Na tyle, na ile można przy monstrum Frankensteina, jakim jest mitologia jednej z dwóch najprominentniejszych uniwersów komiksowych, ale doceńmy te starania - po 2016 rzadko który scenarzysta ze stajni DC wie, co robi.
Dlaczego jest nieźle? W końcu nie rozmydlili szwarccharaktera, przestali ciskać postaciami po całym kraju co dwie minuty (nadal jest więcej niż jedna lokacja, though) i wysiudali Dawn! Poważnie, po co taki czas antenowy dla totalnie nierozpoznawalnej postaci?
Ale nie uprzedzajmy faktów - Heroiczne Poświęcenie™ Donny najwyraźniej zmyło niedobre wrażenie po zeszłosezonowym wywiadzie, bo Tytani nadal funkcjonują (bez Niszowej Parki plączącej się cholera wie gdzie, w kostiumie i gatkach kolarskich; Rose pochłonęła czarna dziura developement hell, a Rachel najwyraźniej obowiązki szkolne aktorki). A że to DC, Dickowi daje w łeb tragedia rodzinna - otóż antytalencie komunikacyjne Bruce'a zderzyło się z niską samooceną Jasona i wypchnęło go w tor lotu łomu Jokera (tym razem bez bomby, magazynu i Etiopii); potem zapomniało wspomnieć o pogrzebie, więc Dick zjawia się o kilka godzin za późno, więc witają go Barbara Gordon niepotrzebująca tajnej tożsamości, żeby być super, chyba whisky i dossier stalkowanych dzieci camea potencjalnych Robinów Trzecich. Sromota wypędza patriarchę aktualnie dwuosobowego rodu... gdzieś, zostawiając najbardziej pojebane miasto USA na głowie znowu-jedynaka, który przewidywalnie zaczyna się miotać, jak tylko alarmuje go, że średnio rozgarnięty brat-denat nagle zafascynował się chemią wziewną; Avengers Titans Assemble, rujnujemy mienie Wayne'ów byciem smarkażerią. I oczywiście, że w tym momencie musiał zadebiutować Red Hood (w najmniejszym zaskoczeniu świata okazując się w końcu dobrze napisanym Jasonem - wkurwionym bardziej niż kot Schrödingera, choć nie musiał wydrapywać się ze skrzyni). Kilka akcji społecznego niepokoju później wchodzi najbardziej przekombinowane wzięcie zakładnika świata, bomba kardio i pa-pa, Hank [o co Jason był na niego taki cięty, nie wiadomo - o tego totolotka nastawienia po porwaniu przez Deathstroke'a?]. Jakoś w tym momencie zawiechy Kory robią się problematyczne dla otoczenia (zwłaszcza Gara - not for lack of his tryin') i dawaj wypad za miasto do dosłownej dziury w ziemi, gdzie upchnięto siostrę Kory, Blackfire. No to ją wygrzebują, co nie było trudne, bo pilnował jej tylko jeden jajogłowy, który nie dałby sobie rady nawet z chomikiem. Po wysłaniu Dawn "na wieś do kuzynów" Dick stawia sobie za cel powrócenie do bycia jedynakiem i odwala jeszcze większą pajacerkę - udowadniając bratu, że w tej rodzinie mistrz jest jeden - zgarniając Scarecrowa z suki więziennej na totalnym YOLO, żeby zrobić z niego przynętę w leśnej chacie, bo słusznie koncypuje, że prawdziwym mistrzem szachów milionwymiarowych jest Scarecrow. Plan się rypie przez tajniaczkę z ARGUS (🤷), po czym mamy dwuodcinkową przerwę w emisji, żeby wyjaśnić 1) jak Jason władował się w szambo i 2) czemu nagle dropi w fabule walnięta Brytyjka mordująca policjantów i chirurgów, z wątami do Barbary i Dicka. Wracając do brzegu: następuje bardzo skomplikowana akcja szukania Scarecrowa superkomputerem, która nie wypala, bo Scarecrow hakuje go zdjęciem Barbary dostarczonym przez Walniętą Brytyjkę (?), i symultanicznie druga, gdzie Siostry Tamaranki odwiedzają jednego z bossów, w których Jason rzucił odciętą głową, i ta wypala (a Kory wypala bossa). Trochę wybuchów i nagle bezpański Jason na withdrawalu ma Cóżem Uczynił!? moment i próbuje wrócić na to, co zostało z łona rodziny, ale Scarecrow hakuje supertajny radiowęzeł metodą stania tuż za ścianą i robi pułapkę na pułapkę, bo sam nie umie dobrać się do wodociągów i Kory musi mu wysadzić podłogę (po tym, jak typ woła "Nie trafisz, nie trafisz! A twoja matka to szynszyla."). Scarecrow wygrywa ten ruch tak bardzo, że znowu wciąga na pokład Jasona i robi z niego odwrotność kozła ofiarnego - że to on jest nową nadzieją Gotham, a nie Tytani, który wysadzili stację pomp na najbardziej sfejkowanym nagraniu świata. Dick jako mistrz PR-u prowadzi swoje owieczki na dobrowolny areszt, nie przewidując, że policja Gotham to poster boys korupcji i trzeba się rozdzielić po tym, jak Barbara ratuje wszystkim dupy, wypisując się wystrzałowo z burdelu. Dzięki temu dezabil Gara ma znowu okazję dzielić ekran z nadal na to za młodą Rachel, która wraca z wypadu edukacyjnego, bo W OSOBNYM ODCINKU: u Amazonek trwa któryś miesiąc (24-ty?) modłów nad zakonserwowaną jak Lenin Donną, Rachel dostaje kolejną zjebkę za próbę reanimacji i za karę lewituje kamienie z antycznej rzeźby nowoczesnej. Tymczasem Donna bynajmniej nie nudzi się jak mops, bo trzeba ratować ducha dzieciaka, który władował się w kłopoty z energiożernymi kanarami. Hank nudzi się jeszcze mniej, bo wynalazł z nicości (dosłownie) auto i bar. Po dyskusji, czy da się wrócić i że Jason jest jeszcze mniej do odratowania niż potrącona przez tira sarna (Hank najwyraźniej nie może przeboleć przetaplania przez zapyziały basen na waleta) staje na tym, że da się wrócić, więc ten most walą za sobą Donna z dzieciakiem, bo Hank znalazł zmarłego brata i zostali naparzać się z kanarami, bo nikt inny najwyraźniej na to nie wpadł (albo nie unikał wyssania przez kanarów na tyle długo, żeby o tym opowiedzieć). Wracając po przerwie: Donna ratuje Bruce'a przed odejściem z hukiem tam, skąd ona właśnie wróciła i utyka z dzieciakiem, próbując utrzymać go przy właśnie odzyskanym życiu, bo wkręcił się w hasło "każdy może być bohaterem". Kory partaczy tamarańską pierwszą pomoc, albo wręcz przeciwnie, pomaga Blackfire aż za dobrze, bo traci moce; samopas na mieście odkrywa nietolerancję białych wobec samotnej matki uciekającej przed reżimem w kraju pochodzenia, i po przyjęciu kulki za tężę, bo to ją halucynowała, odblokowuje wspomnienie genetyczne, że jej rodzice politycznie zdecydowali się ukraść moce jej siostrze i wmontować jej, więc teraz wszystko wróciło do normy. Rachel i Gar znajdują robiącą wodę z mózgu studnię wściekłości w korpo i wrzucają do niej Dicka, kiedy dopada go dzicz nie lubiąca słowa "uczciwy". Dick dostaje wycisk od manifestacji Scarecrowa, kostiumu Jokera i problemów rodzinnych, ale ratują go spacer po lesie z ojcem i dziecko z czerwonym balonikiem, które go nie pożera. Prawdziwy Scarecrow bezcześci Rezydencję Wayne'ów, BatJaskinię, patroszy sobie gębę (co mu pomaga na urodę) i wysadza kilka osób w centrum i w końcu przegrywa dzięki znajomości systemów bezpieczeństwa swojej kryjówki przez Dicka. Rachel, Siostry Tamaranki, Gar i Conner uznają, że po co zachowywać przywilej pokazywania śmierci faka dla społeczności w pelerynach i podarowują go ludowi, ciskając magiczną kałużą w chmurę burzową. Blackfire wybywa z planety (kiedy tylko będzie miała czym), ARGUS jeszcze nie zamierza się wynosić, za to Bruce wraca na ruiny i udaje mu się nie pogorszyć relacji z oboma synami (co jak na nich jest wielkim zwycięstwem), którzy też spieprzają z miasta - Dick po tym, jak Rachel wyrzyguje (tylko estetycznie) w Scarecrowa cały traumatyczny szajs z magicznej kałuży spod korpo, zostawiony po kąpielach Dicka i Jasona, którego się nałykała, żeby zadziałał ten numer z deszczem.
Za cholerę nie kojarzę białego chłopaczka, ale na pozostałą trójkę dzieci obserwowanych przez Batmana, WTF kanoniczna jest tylko Stephanie Brown (blondynka) - głównie Spoiler, Robin w zastępstwie za mającego kłopoty ze starym Tima Drake'a, później czasem Batgirl (III?) - technicznie Robin IV; Carrie Kelley to trochę inne unierwsum obłędu, a Duke Thomas był w tym ruchu młodzieżowym, We Are Robin, w arcu Robin Wars, zanim stanął na Signalu. Easter egga Cassandry Cain brak, bo marnują ją Ptaki Nocy, zresztą nigdy nie była Robinem (tylko Batgirl. II.). Damian Wayne najwyraźniej tu nie istnieje.
Jama Łazarza frapuje nawet kanon, bo raz może ożywiać zmarłych, innym razem tylko tych świeżych, jeszcze innym tylko leczy... ale zawsze użytkownik dostaje po niej kręćka (to miało jakąś nazwę, ale już jej nie pamiętam - Lazarus Madness? Pit Madness? Pit Fever?), i zdaje się, że im bardziej ktoś miał przesrane w życiu, tym gorszego. Tę wersję nie dość, że przemalowali - żeby to chociaż faktycznie była purpura, jak w tej piosence, a nie jakiś... blue jeans - to jeszcze jednego gościa wypluwa minuta osiem, drugiego trzyma, aż nie przebierze (nie wiadomo, skąd Jason nagle zyskał gatki. To taka... specjalna aura DC, nad którą lepiej się nie zastanawiać dla własnego zdrowia), a cywile to w ogóle świeży jak po solach trzeźwiących... Dodajmy grupkę całkiem żwawych Tytanów, stojących w magicznym deszczu bez absolutnie żadnych skutków. Siły sterujące Jamą to najwyraźniej te same, co sterujące Czarną Mazią w Prometeuszu - tu ożywi, tam krawaty wiąże, siam huknie chorwackie ballady...
Fun fact, że Dick kanonicznie faktycznie kojtnął chwilowo (przynajmniej przed 2016 [Rebirth]), a wspominam o tym, bo to pewnie stąd wzięli tę przekombinowaną cardio-bombę - choć przekombinowaną w inną stronę, bo w Forever Evil odliczało normalnie i rozbrajać dało się tylko po ustaniu tętna (co z Dickiem osiągnięto jakimiś prochami anestetycznymi... i restartem a la Mia Wallace), a tutaj odliczało tętno i do rozbrojenia znaleźli przydatność Connerowi.
Chyba wszyscy czekali, aż Jason ewoluuje z Robina w Red Hooda (co jest trochę, no, paskudnym życzeniem, biorąc pod uwagę środki do celu) i efekt jest... niecodzienny? Nie pamiętam dokładnie, jak to wyszło w oryginale, czy Joker to ukartował od początku do końca, czy wszystko po trumnie to "samo wyszło", ale generalnie Jason nie taplał się w magicznym Mountain Dew jako trup - cośtam z Superboyem Prime (...no se) go ożywiło, wygrzebał się z grobu i trafił w ręce Al Ghulów jako katatonik, a kąpiel mu po prostu... przywróciła świadomość. Czyli w sumie Jason robił za pionka (okazjonalnie), ale Talii Al Ghul. Na pewno kompletne pominięcie The Lost Days (znaczy - bez tych nieszczęsnych dwóch paneli) spotkało się z rozczarowaniem, bo nie dowiadujemy się absolutnie nic o filozofii i kodzie moralnym Jasona, ani o treningu. Z Under the Red Hood zostały jakieś popłuczyny, typu odkopywanie trumny i Duffle Bag Incident, bo normalnie wszystko kręciło się wokół gangów (zwłaszcza Czarnej Maski) i konfrontacji z Batmanem, Scarecrow nie był tam chyba nawet napomknięty. I Nightwing odgrywał w tym arcu dość tylnorzędową rolę (Robina III to w ogóle nie uwzględnili - tak, już wtedy rezydował, i to od kilku lat in universe). Mimo wszystko ta licentia poetica na tle reszty nie jest problemem, od kiedy scenarzyści wreszcie przestali latać jak beztwarzoczaszkowe kurczaki* i dali Curranowi Walterowi jakiś zrównoważony materiał do pracy - generalnie facet zagrał dobrze. I pamiętali o teatralności.
* Ten słynny bezgłowy kurczak, Mike, pożył jeszcze kilkanaście miesięcy, bo w realu nie był bez głowy - tylko bez dziobu, oczu i przodu puszki mózgowej, a tył mózgu wraz z pniem ocalały. Nie ma zdziwienia, że to wydarzyło się w USA?
Na szczęście przełamali prawidłowość i zamiast trzech złoczyńców jest jeden - i wątek też jeden, za to dla równowagi bajecznie przekombinowany (potrzebowałam się wracać, żeby zrozumieć te napady na banki), jak na cholerę była Lady Vic? Na siatkówkę Barbary? Cały ten wątek superkomputera można by spokojnie wypirzyć przez okno, służył chyba wyłącznie dla nabijania wierszówki. I lokowania fajnego popisu detektywistyki Dicka po dźwiękach.
(W ogóle - zgadnijcie, skąd kojarzę Vic? Z Nightwinga przed 2011, jak była w portfelu Blockbustera - czyli przed Tym Strasznym Zeszytem 93.)
Przy czym ten złoczyńca sezonu, no owszem, utrzymał proch w użyciu skuteczniej niż Deathstroke, ale jako postać oj, słabiutko! Deathstroke, pomimo spłycenia, był straszny i niepokojący. Scarecrow był męczący (nawet nie starał się pobić Cilliana Murphy'ego, wiedział, że nie ma szans). To miało jakiś sens, zanim się wydał jako Władca Marionetek™, mógł tak usypiać podejrzenia, a tak na serio mamy uwierzyć, że takie ciepłe kluchy za wszystko odpowiadają? Facet głównie latał między błaznowaniem a "oj biedaku-robaku", charyzmy w tym jak u kolendry.
O ironio, nie umiem stwierdzić, na ile zgodne z charakterem było rzucenie wszystkiego w cholerę przez Bruce'a po złamaniu Najważniejszej Zasady i puszczenie z dymem chawiry z sobą w środku. Dramatyczne, jak to u gościa radzącego sobie z żałobą przez uliczne lucha libre, ale czy aż w takich rejonach? Zdjęcie go z fokusu (brak praw na Batmana?) trochę ciosem w banię. Samo ubicie Jokera to już temat dłuższych dyskusji gdzieś od '89, więc swoich trzech groszy nie dodam - za to pojednanie z finału, ah! Kojarzę tylko jedną interakcję Bruce'a i Jasona na poziomie (chyba nowsze numery Detective Comics), normalnie scenarzyści komiksowi bardzo nie lubią, żeby ci dwaj się dogadali, więc dziękujmy opatrzności za drobne łaski!
(Gdzieś [TVTropes o Teen Titans] czytałam, że Deathstroke to taki odpowiednik Batmana - nie wiem, czy showrunnerzy też na to wpadli, ale wyraźnie uznali, że skoro Deathstroke jest creepy... tu walną wcale-nie-podejrzaną chatę w lesie. Do szkolenia Robinów, ale ja NIENAWIDZĘ chat na odludziu, nawet, jeśli trening survivalowy jest logiczny (choć jego elementy już niekoniecznie).)
Żywego porno jako miejsca zwierzeń to się nie spodziewałam - nawet nie to, że nie wiedziałam o istnieniu takiej instytucji (ignorance is bliss), a efekt Twilight Zone potęguje, jakie to dobrze zgrane. Jedna z lepszych scen serialu.
Efekty komputerowe trzymają poziom (dna Bałtyku), przynajmniej oszczędzili Krypto.
Osobne miejsce w piekle jest zarezerwowane dla tłumacza, który przygotował tekst lektorowi - raz te superbohaterskie aliasy tłumaczyli, raz nie, zasada tym kierująca na zawsze pozostanie zagadką. I co to za zwrot, "po jabłkach"? Gdzie tak mówią? Ja znam "po ptakach", to jakiś regionalizm? Poznański?
Podobała mi się komenda/główna baza policji. Art deco, jeśli się nie mylę.
Kostiumografia zaliczyła mniej upadków, niż poprzednio, ale nie wzlotów, więc w sumie trzymają się standardu - Kory odfarbowały się włosy, Rachel w sumie też, ale jej miały prawo, bo na Themiskirze na pewno nie mają salonów fryzjerskich. Normalnie nieużywane escrimy Nightwinga lądują na łopatkach, na odcinku lędźwiowym widywałam tylko na niektórych fanartach. Strój Red Hooda to chyba miało być pogodzenie nowszej wersji (kaptur) ze z jakiegoś powodu przez wszystkich preferowanym zestawem kurtka+hełm (którego ja nie trawię; ten hełm przyprawia mnie o nerwicę) - okej, wporzo, tylko co się odwaliło z napierśnikiem!? I gdzie biały kosmyk, ja się pytam!?
poster: titans.fandom.com

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz