Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżówka. Pokaż wszystkie posty

07 lipca 2026

Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy - sezon 2 (2025-2026)

2024 najwyraźniej umknął nie tylko mi, ale i producentom PJO - od poprzedniego sezonu dzielą go dwa lata. Niestety robi się to coraz bardziej widoczne wśród głównej obsady, która niedługo dołączy do najmłodszych ze Strendżer Fings i będą czekali na sweet sixteen, mając za sobą maturę (przynajmniej aktor od Grovera będzie we właściwym wieku Grovera, LOL). Do tego Walker Scobell wstrzelił się w growth spurt i luuudzie, ta różnica wzrostu między nim a Leah Savą Jeffries! (nie neguję wiarygodności - miałam w klasie gimnazjalnej kolegę ponad metr osiemdziesiąt).

Znowu mam wrażenie, że Riordan poprawia tu to, co przestało mu się podobać przez dwadzieścia lat, na przykład tę bezdomność w pudle po kartonie Tysona czy żeby syreny stały się użyteczne. Zmiany wątku, którego obawiałam się najbardziej po Meduzie w "jedynce", nie ogarniam - czemu nagle mizoandryczna Kirke i jej bezczłonkowa komuna stała się kołczką z syndromem porzucenia dla koedukacyjnej bandy? To ma coś wspólnego z polityką w Stanach, czy ki czort? Dołączenie brand new Rudej Alison też jest dla mnie zagadką logistyczną (coś, że element paranoi, bo stary znajomy może zmienić strony, ale czemu widz ma się przejąć jakąś stworzoną od zera laską? Nie lepiej zaadaptować kogoś rozpoznawalnego?). Doceniam za to bardziej ogarniętych Tysona i Polifema.

Czego nie rozumiem od książki, a zachowali, to 1) Tantal - z jakiej paki dowalać zagrożonej operacji kierownika, który zagrozi jeszcze bardziej? To zupełnie tak, jakby bogowie CHCIELI stracić jak najwięcej sił; 2) Czy to ja, czy jak na literaturę dla podrostków Riordan zaskakująco często sięga po śluby nieletnich? (enter ten mem z "gdybym dostawał dolara...").

Moce Percy'ego nadal randomowe - przypomnieli sobie o hydrokinezie raz, pod koniec czwartego odcinka (środek sezonu!), a potem wsiąkło; torpedowe pływanie najwyraźniej nadal do odblokowania, za to nawigację mieli na uwadze najwyraźniej przez istotność dla momentów fabularnych. BTW - nie poszłoby szybciej z leczeniem Percy'ego (po Wielkiej Bitwie Pod Sosną), gdyby ciepli go na plażę? Taka drobna myśl.

Lokowaniem tell-not-show tego sezonu został Tyson - przez dwa lata widzowie mieli prawo zapomnieć, co to "heros" (w książce też tak jest).

Zgodnie z obietnicą przyczepiam się do designu cyklopów. Nie Tysona, bo jako dziecko nie musiał mieć kłów, ale, kurde, Polifem? Sławne potworniszcze? Wprawdzie teoria, że cyklopy wymyślono na podstawie czaszek słoni karłowatych, nie ma odpowiednich czasokresowo dowodów (jak, no nie wiem, w jakimś traktacie opisano wykopaną na polu czaszkę, lub coś takiego), ale takie dwa ciosy wyglądałyby super.

To akurat młody słoń afrykański, z Għar Dalam na Malcie, na nie też musieli natrafiać (niestety nie mogę się dokopać do katalogu zbiorów muzealnych)
Palaeoloxodon falconeri, za którego biorą tego powyżej (tu egzemplarz z Regionalnego Muzeum Archeologicznego w Syrakuzach na Sycylii); też nie znalazłam katalogu

Jestem też rozczarowana brakiem mundurka więziennego u Tantala, typek wyglądał po prostu jak pierwszy lepszy starożytny. W kolorowych soczewkach (istnieją takie jasne oczy?). I ile mankamentów nie miałaby wersja filmowa (której nie ratuje nawet piękne lico Logana Lermana, no sory), Wyrocznię mieli ciekawszą - mumia miała być wysuszona na wiór, a nie soczysta jak Imhotep po kilku siłach życiowych 😆, jestem tu team ADI (film z testów). Kolejny punkt leci za brak przygnębiającego aflastonu "Księżniczki Andromedy" - tej rzeźby na dziobie, znaczy.

Wychodzą w sumie na zero, jeśli zsumować mieszanie się outfitów w wizjach empatycznych, najwyraźniej jedynopierścieniowe wpływy na wizualia świata czapeczki-niewidki, prezentowanie wizji tylko na ciemnych plamach lustra Kirke (acz same wizje już kiczowate) i okazjonalnie rzymską fryzurę Percy'ego.

Sarkofag Kronosa zbił mi ćwieka. Po telefonie [no, WhatsAppie] do specjalizującej się w antyku przyjaciółki okazuje się, że żaden typ stosowanej na terenie Hellady za jej świetności trumny nie był w takim frymuśnym kształcie. Czyli wpływy egipskie (trochę bez sensu czy dziwny przeskok rzymskiej wersji (bo nie wykluczam, że dla rzymskich odpowiedników niektóre rzeczy mogły wyglądać odrobinę inaczej)?) albo unowocześnienie. Z wpływami japońskimi, skoro kintsugi i ten cały symbolizm składania do kupy... choć mnie tam wyglądał jak żyłkowany marmur.


odcinek 1
🖵 duch Indiany Jonesa wiecznie żywy...
🖵 ależ się szkielecik zarąbiście trzyma. w tropikach;
🖵 [8:34] "trójząb" zrozumiałam jako "twój ząb";
🖵 ten odcień szminki...
🖵 [Graja, że z Percy'ego ciacho] możemy odpuścić sobie takie komentarze o nieletnich?
🖵 ["Czego się tu szwendacie?"] bo dopiero przybyliśmy i nie wiedzieliśmy o procedurze?
🖵 no nie nazwałabym pegaza w locie szczytem gracji;
🖵 a więc sosna to generalnie transmutowane zwłoki;
🖵 dlaczego Zeus polecił kanibala, który go wkurzył - się nie dowiemy;
🖵 [26:55-27:04] i potrzebował aż makiety do prezentacji;
🖵 [Tantal do Annabeth: "Chciałabyś coś dodać?"] cue Zabielski z Gier Małżeńskich ("No to już nie mam nic do dodania, brawo, popisałeś się");
🖵 [Percy: "Posejdon to nasz ojciec, ale..."] idąc tym tropem, są też braćmi ze Złotym Runem, najszybszym koniem świata i Pegazem, więc Percy has a point;
🖵 dojrzale złoszczą się o oszczędność na czarną godzinę (jak ta taryfa);
🖵 Walker Scobell ma trochę typ uśmiechu jak Heath Ledger;
odcinek 2
🖵 to Tantal zachomikował wszystkie obozowe drachmy czy nie chcą pożyczać?
🖵 powinni mieć komentatora, jak w quidditchu;
🖵 jedyny świat, gdzie "zasięgnąłem opinii driad" to valid source;
🖵 ["A jak się nazywa coś takiego, że ktoś wyrusza sam?"] to się nazywa "galopująca głupota";
🖵 [Annabeth nie jest szczera z Percym] najwyraźniej część o zdradzie przyjacielskiej (z przepowiedni do odzyskiwania Pioruna) zgubiła w translacji z gazowo-starogreckiego liczbę mnogą;
odcinek 3
🖵 można uszkodzić Wyrocznię bez konsekwencji?
🖵 rytm piosenki fa-tal-ny;
🖵 [około 13:00] synchron dubbingu się rozjeżdża;
🖵 mówka "ku pokrzepieniu serc" 🥴;
odcinek 4
🖵 prezentowanie słabych punktów to świetna strategia przy strateżce z kamuflażem, Clarisse;
🖵 [13:39] "runa" w starożytnej Grecji?
🖵 "sekta herosów" XD
🖵 [bransoletka Annabeth wraca na pokład] nawet ocean uważa, że trochę kiczowata błyskotka;
🖵 [27:42] ktoś coś je!!!
🖵 jest hydrokineza!
odcinek 5
🖵 ładna ta muszla z dewizką, może będzie istotna;
🖵 dziwnie wykrzywione lustro, żeby kamera się nie złapała;
🖵 [Clarisse, że Grover jest dziwny bo uczłowiecza drzewo] ty to chyba rzadko widujesz satyrów;
🖵 GDZIE SŁONIOWE KŁY!?
🖵 muszla z dewizką to strzelba Czechowa;
🖵 odpuścili Zemstę Królowej Anne, bo żaglówka jest prostsza w filmowaniu?
🖵 Percy ma spędzić pozostałe 3 odcinki w chitonie?
🖵 iii Percy znowu daje się związać na rzecz Annabeth;
🖵 Leah Sava Jeffries na serio jest taka niska, czy to ekipa tak dziwnie kadruje?
🖵 to coś znaczy, że [Annabeth] dźgnęła jako pierwszego nie-Percy'ego?
🖵 [Atena z odsieczą] to nadal część syreniej iluzji?
🖵 tjep, nadal. w końcu Atena już udowodniła sezon temu, gdzie ma córkę;
🖵 o, Percy się przebrał;
🖵 syreny są jednocelowe? fokusowo-celowe?
odcinek 6
🖵 porażenie bez osmaleń (jeśli to ono załatwiło wizjo-obozowiczów) - magia!
🖵 ["To on (Luke) zadzwonił"] 🤣;
🖵 *instant PTSD biskupińskie od owczych skór*;
🖵 jestem bardzo ciekawa współpracy dzieci i owiec na planie;
🖵 "wełniste myśli" to miała być jakaś dwuznaczność? (druga na sezon);
🖵 kadrowali ten głaz na następnego Czechowa? (jednak nie);
🖵 [Clarisse złapała spadającego Percy'ego] kuuurde, silna!
🖵 Runo z anielskiego włosia na choinkę;
🖵 dobra, wsm całkiem ładne;
odcinek 7
🖵 ojezu, w drzewie jest ludzka postać;
🖵 [laluś z "Andromedy": "Łaał, Percy Jackson, jestem fanem. Może się umówimy na jakieś -"] chciał się z nim umówić... na randkę?
🖵 nie zabraliście karty Alison czy ją zgubiliście? gdzieś koło Charybdy?
🖵 [Clarisse podjada bezpański chrupek] ale by było, gdyby chrupki były zatrute. bo jest pusto, a to zbrojownia. i intruzi na pokładzie. no najwyraźniej nie mają w szeregach dzieci Ateny, żeby im planowały;
🖵 jest gadanie z końmi! nieprzetłumaczone;
🖵 [Percy: "drapie ta twoja czapka"] wszy.
🖵 [Grover panikuje na pomysł o Percym za kółkiem] trauma po taryfie Hermesa w Vegas XD
🖵 [15:40] naturalna poza czytelnicza, wersja #2;
🖵 [wszyscy lecą za Alison] tacy posłuszni czy idą ją zatrzymać, żeby już nie siekała zwłok?
🖵 "Kronos mi rozkazał" brzmi jak bredzenie nawiedzonego kaznodziei;
🖵 [Percy gapi się wszędzie i obrywa jump scare mieczem] dlatego pilnuje się drzwi;
🖵 o, w śledzionę, jak Tim Drake;
🖵 [długie pożegnanie, ofkors] eee, nie mieliście się spieszyć?
🖵 jaki drobiazg, że zasłania krew na koszulce! kocham!!! 💙😃;
🖵 Percy coś widział, jak go Runo leczyło, tak? [ma thousand yards stare jak Arnie po Val Verde]
🖵 powiedział "syna Posejdona", nie konkretne imię, więęęęc [pewnie zapomną];
odcinek 8
🖵 [Sally zatrzymuje Percy'ego przed wyjściem z auta] pamiętali, że Minotaur powinien zostawić traumę!?
🖵 [5:14] mina tego dzieciaka to WSZYSTKO;
🖵 ["oblężenia były też w moich czasach"] i wyraźnie znasz je z trzeciej ręki, koleś;
🖵 baba-ekstremistka. musieli ten trop, co?
🖵 [Dionizos nie wierzy w powrót Kronosa] to ma vibe Potter vs Umbridge o status Voldemorta;
🖵 oessooo, znowu pokrzepienie serc 🙄;
🖵 nie rozprzęgli rydwanu!?
🖵 i jeszcze zdążyli się przebrać i w zbroje;
🖵 [Percy dostaje pięścią dosłownie w nos] 😮 to było niespodziewane;
🖵 ...a potem była wielka bitwa i Voldemort nie został pokonany, bo go na niej nie było...
🖵 [Posejdon do Percy'ego: "Urosłeś."] jak to przy wieku na growth spurt;
🖵 ["Istnieją siły potężniejsze, synu, od woli bogów."] tak jak dzień spełnienia przepowiedni?
🖵 Śpiączka Opkowa, yayyy!
🖵 [Kronos starym Chejrona] jakby te związki nie były czymś do znalezienia w encyklopedii...
🖵 co oni z tym "wyrosłośże, dziecię me";
🖵 rana śledziony z zeszłego odcinka będzie kiedyś istotna?

_____________
poster: riordan.fandom.com
ilustracje: https://www.reddit.com/r/pics/comments/4z5uus/this_prehistoric_dwarf_elephant_skull_may_have/ ; commons.wikimedia.org

06 listopada 2025

"Wszyscy mówią na mnie Max", Brenna Yovanoff

Nie jestem fanką Max Mayfield. Właściwie żadnej postaci przez cały jej czas antenowy (chyba poza Chrissy). Książkę posiadam w efekcie zajawki na dysfunkcyjne rodzeństwa po FNAF 4, i bo zamierzam powtarzać 3-ci i 4-ty sezon, do czego potrzebuję szerszego obrazu relacji Max i Billy'ego - inaczej wyszłaby kolejna cegła w plothole'owym ByTheWayu (tajest, popastwię się).

Fabularnie jest to 2-gi sezon (czyli na oko wtedy, kiedy Eddie rzucił budę dla rąbnięcia w szklany sufit - ale go tu nie ma, bo go jeszcze nie wymyślono), więc znacie dryl. Sceny ani dialogi nie są powtórzone ujęcie w ujęcie - poza atakiem Billy'ego na Steve'a (odrobinę cierpi za to scena na złomowisku, gdzie, na obronę aktorów, nie dało się już za wiele dodać) - a autorka skupia się na odczuciach Max, co jak dla mnie jest świetnym pomysłem. Można jej za to wybaczyć speedrun momentów z odcinków "Łupieżca Umysłów" i "Przejście".

Dobra lektura uzupełniająca dla fanów Max, bo w tamtym momencie warsztat aktorski Sadie Sink wyglądał trochę tak, jakby dziewczyna dopiero przyzwyczajała się do sytuacji i nie dała rady wszystkiego przekazać. Dla kontekstu są jeszcze retrospekcje i to właśnie one robią największą robotę - myśleliście, że serialowy Billy był kingowskim prześladowcą? Poczekajcie, aż przeczytacie o kocie i ręce Nate'a Walkera. Swoje pięć minut skurwysyństwa ma też i tatuś Hargrove - generalnie obu dżentelmenów daje vibe Henry'ego i Butcha Bowersów (Billy miał nawet kiedyś nieco tylko mniej stukniętych kumpli!). Dufferowie chyba sobie rekompensują za rezygnację z To.

Książka powstała między 2-gim a 3-cim sezonem, w związku z czym powstaje wielki mindfuck co do okoliczności stworzenia przez panów Hargrove i panie Mayfield patchworkowej, nieszczęśliwej rodziny - Dufferowie nie sprawdzają merszandyzy, czy ki czort? Choć przynajmniej oni dali Max i Billy'emu trochę czasu, zapoznając ich jako szczenięta, na zbudowanie nienawiści, zamiast miernego roku (i to góra - uwzględnijmy, że Billy, rocznik '67, mógł już prowadzić). Nie rzucałabym jednak negatywnego światła na Brennę Yovanoff, tylko na brak zorganizowania szefów tego kramu.

Oryginalne Runaway Max wyjaśnia się jeszcze w prologu - Max prawie-prawie zwiała z domu do ojca. I zamierzała zrobić to ponownie już w Hawkins.

Mniej więcej dostajemy również wytłumaczenie przeprowadzki na totalne zadupie drugiego końca kraju - SPOILER jeden z numerów Billy'ego kompletnie nie miał potencjału do zamiecenia pod dywan. Niestety stwarza to nowy plothole, czemu nie pomyśleli, że następna taka akcja wyjdzie na jaw szybciej właśnie na wypierdziszewie. Ograniczenia finansowe?

Pojawiają się smaczki takie jak Joyce w pierwszym rozdziale - anonimowo, ale ta kobieta jest tak charakterystyczna, że nie ma najmniejszych wątpliwości - albo jej starszy syn konsekwentnie identyfikowany po włosach.

05 kwietnia 2025

"Uderz w Struny", Joan He

Retelling Opowieści o Trzech Królestwach, jakim jest Uderz w Struny, podpada pod kategorię fantastyczną nie ze względu na opieranie się na opowieści, tylko przez kreację świata - tak jak w Żelaznej Wdowie mieliśmy kopię VIII-wiecznych Chin w całej ich mizoginicznej glorii, tak tutaj w III-wiecznych quasi-Chinach główne role w dramacie obsadzają kobiety. Jest tam kilku mężczyzn, ale najgrubsze ryby polityki i militarystyki są piękniejszej płci (z rodzynkiem-strategiem Wroną); w dodatku to grupa wiekowa +/- 20, co u czytelnika z Zachodu może wywoływać pewne problemy z rozróżnianiem (chyba stąd częste podkreślenia ubioru). Wedle słów autorki w posłowiu, był to zabieg bardzo celowy, motywowany przede wszystkim jej doświadczeniami w Ameryce, gdzie "osobę widziano w niej na ostatnim miejscu, na pierwszym zawsze Azjatkę". Stąd brak gender w świecie przedstawionym, żeby  postaci - zwłaszcza protagonistko-narratorka - nie były definiowane jako to, czym się urodziły.

Mówiąc o narratorce, Zefir (prawdziwe imię - Pan Qilin; jeszcze do tego dojdziemy). Jawi się ona od pierwszych chwil jako ktoś nieco komiczny - prezencja to priorytet, więc powłóczyste białe szaty na zagnojoną drogę must have (mogę się mylić, ale mundur wysokiego szczebla nadal sygnalizowałby motłochowi, że ma bić pokłony), a od następnych już jako sodówa. Zrzędzi na szeregowców, cywili, kadrę wojskową niezachowującą odpowiedniej sztywności... Co akurat rozumiem, bo na studiach trafiali mi się ludzie planujący na ostatnią chwilę (przy czym "planujący" to eufemizm - bo po co ustalać na zaś, kto ma kogo na bilecie grupowym, lepiej dzwonić pod nosem konduktora, gdzie jest jeszcze wolne miejsce i latać przez cały skład). Innymi słowy, Zefir zyskała. Im głębiej w narrację, tym bardziej okazuje się, że jest również paranoiczką, ale jak ma nią nie być jako strateżka frakcji na przegranej pozycji? I to tak przegranej, że najmniejszy drobiazg może wyrzucić tę frakcję z równania?

Żeby nie było prosto, aura fantastyki w pewnym momencie nabiera nowych odcieni, i jak Zefir zaznacza do upadłego, że magic userką nie jest, tylko fenomenalną obserwatorką (a i nie wszechmocną - raz się omsknęła ze zmęczeniem łuczników, za co dostała satysfakcjonujący kubeł zimnej wody od Wrony), to później wyczyniają się cuda wianki, których scharakteryzowanie byłoby spoilerem. A że materiału wyjściowego nie znam, to nie stwierdzę, na ile ten rozwój sytuacji wierny, ale z przypisu autorki wnioskuję, że interpretowała dość swobodnie.

Trudnym orzechem do zgryzienia okazały się personalia, dla mojego zachodniego mózgu bardzo neutralne. Nie zliczę, ile razy z pomocą leciał spis postaci na początku, bo rodzaj przydomka nie pasował do rodzajnika noszącego. Zazdroszczę w takich chwilach anglojęzycznym, u nich wszystko poza ludźmi jest nijakie. Ta Zefir, ten Wrona. Faktycznych imion i nazwisk jest kilka, ale chińskich, więc tu też powodzenia na Zachodzie. Nie pomagała narracja w czasie teraźniejszym - moja znienawidzona - co w zamian dało się wykazać feminatywom, w normalnych warunkach przyprawiających o salto mózgu (czytałam co czytałam, i mnie generałka i strateżka po prostu nie leżą), a tu przynajmniej wiadomo, kto "mówi" czy "idzie".

16 marca 2025

"Ostatnia Upadła Kraina", Graci Kim

[Dlaczego w całej serii uparcie tłumaczą "realm" jako "kraina", skoro "królestwo" jest bliżej w słowniku? Przecież już raz był podmiot żeński w tytule, dla równowagi powinien być nijaki!]

Mamy pewien progres, bo za akcję w końcu nie odpowiada nieprzemyślany pomysł Riley. Tylko łatanie konsekwencji po takowym. Pamiętajcie, dzieci - jeśli "banda nudnych dziadków" twierdzi, że regularne używanie dyngsu do podróży między światami zrobi tym światom kuku na muniu, nie bierzcie przykładu z Hattie i zmanipulowanej przez nią Riley, bo nudne dziadki jednak mają dłuższe doświadczenie.

W czym postępu nie ma, to w gubieniu czynności (acz przyznaję, że coraz rzadziej), z których jedna sytuacja - brak wzmianki o otwieraniu wszystkich klatek pomiędzy pierwszą a ostatnią - wygląda na przyspieszenie, ale jak Riley wydostała się z moździerza? Oraz czemu trzeba wracać o akapit, żeby zrozumieć, że Hattie poleciała do drugich drzwi, a nie zawróciła do tych, którymi weszła?

Na szczególną uwagę zasługuje zdanie, przez które cała intryga drugiej książki idzie się tarmosić w krzaki - a sens jego taki, że po zgonie Riley i Dahl, jako personifikacje Słońca i Księżyca, wracają na nieboskłon (zgodnie z zasadą, że dusze wracają, skąd pochodzą - co w przypadku większości istnień oznacza przechowalnię w Krainie Duchów). Tyle że, jak wszyscy pamiętają, Riley popełniła samobójstwo i wylądowała w standardowych zaświatach. Jakieś wyjaśnienie tego fenomenu? Ktoś kojarzy, czy Graci Kim odpowiadała na podobne pytanie w swoich socjalach?

I włosy Dahla, praktycznie przy każdym jego pojawieniu w narracji MUSI paść przypomnienie o kolorze jego włosów, zawsze jakieś takie poetyckie. W poprzedniej części to męczyło, w tej korciło, żeby zgolić mu ten łeb.

Tym razem więcej rzeczy zaskoczyło mnie pozytywnie:
 zygzak ekspozycja muzealna-emmettowe tłumaczenie o syndromie oszusta; 
 przypadkowy nur w ocean hotelowej fontanny; 
 okołokrólicze inside jokes w farmaceutykach (Lab animals just wanna have fundamental rights!); 
 załamanie nerwowe Riley po dźgnięciu istoty żywej; 
 moje ulubione - bardzo ukryta aluzja do Predatora, kiedy Lisica użyła czaru niewidzialności.

https://tenor.com/pl/view/predator-eyes-flash-flashing-glow-gif-17155899

Postaci (nawet Jennie) zrobiły krok ku Jedni i nie ma już nikogo, kto by wkurzał lub radował, co zawdzięczamy regularnej wymianie towarzyszy przez Riley. Chyba tylko to uratowało Hattie przed zostaniem hidden-villainem. Emmetta natomiast to, że autorka w końcu przestała udawać, że wie, jak zachowuje się człowiek "chłodny" emocjonalnie. I niestety, ale Bogini Jaskiniowa Niedźwiedzica w pierwszej części była jedyną z panteonu, która zachowywała się jak faktyczny wielomillenijny byt, a nie gimnazjalistka z kółka dramatycznego (dobra, jeszcze Wodna Smoczyca się wybijała, ale czy naprawdę musiała bawić się w zagadki?).

[https://rzekaswiadomosci.blogspot.com/2024/12/modziezowkowe-bingo.html]

*

W podsumowaniu całej serii, seria drobnych wątpliwości:

1. Status hybrydy Emmetta. Dosłownie żaden element trzech książek nie wskazywał, żeby uznawano to za coś złego - nikt nie złorzeczy na matkę Emmetta za ślub z niemagicznym, nikt nie goni samego Emmeta, nawet Jennie, po której takiej akcji należałoby się spodziewać. Najwyraźniej cała ta niechęć to po prostu luźne gadanie bez odniesienia do rzeczywistości.

2. Związki małżeńskie. Praktycznie każde małżeństwo, jeśli wspomina się jego przynależność klanową, jest wewnątrzklanowe. Międzyklanowe najwyraźniej mogą istnieć, skoro dorośli nie próbują poprawiać shippowania przez dzieci Hattie z chłopakiem nie-Gom, ale najbliżsi dorośli są pro-inkluzywni (czy w takim razie dzieci nie przemycałyby opinii własnych rodziców? Sugerując, że ich rodzice też nie widzą nic złego w związkach międzyklanowych?). Ta kwestia jest jednym wielkim niedopowiedzeniem, a założę się, że wielu czytelników interesowało, po którym rodzicu dzieci z międzyklanowych związków dziedziczyłyby magię.

3. Inkluzywność społeczności szamanów (czy tam czarownic według wersji oryginalnej; który geniusz wpadł na szamanów!?). Jak duża jest ich społeczność? I jak to się przekłada w stosunku do populacji Koreańczyków (globalnie circa 82 miliony, jak na czas trwania serii)? Przy zakazie krzyżowania z mugolami saram w końcu doszłoby chyba u szamanów do kojarzenia krewniaczego?

21 lutego 2025

"Ostatni Opadły Księżyc", Graci Kim

Tę część zaczyna "trzęsienie ziemi", które rujnuje przesłanie o samoakceptacji na całą resztę treści - Ona. Się. Zabiła. Dosłownie. Motorem napędowym aktualnej fabuły jest popełnione przez Riley z premedytacją samobójstwo, bo miała doła przez konsekwencje bigosu narobionego w poprzedniej książce. I nie obchodzi mnie, że to był magiczny eliksir - co Riley o nim wiedziała? Czy działanie na poprzednim przypadku ustąpiło po tych dwóch godzinach samorzutnie, czy dopiero po interwencji pogotowia? Na pewno na mugoli niemagicznych i magicznych działa tak samo? A zwłaszcza na Riley, mającą specyficzny typ magicznej aury? Sounds like great plan, Walter!

Świat przedstawiony nadal laguje:
scena potrafi zawisnąć w niebycie, jak podczas przyjęcia urodzinowego, kiedy nie wiadomo, gdzie jubilatka przebywała w momencie podziwiania McGuffina, że nikt z kilkunastu gości nie zajrzał jej przez ramię, nie zapytał, czy wszystko w porządku, że tak siedzi z nosem na kwintę - czyli po prostu utworzyła się wokół Riley taka banieczka izolująca cały obraz i dźwięk. Wystarczyłoby dopisać, że schowała się na chwilę do pokoju lub łazienki;
 randomowo uwierająca rana ręki Riley, ponoć (excuse my french) napierdalająca jak na żywca, a jednak jakoś tak nieprzeszkadzająca herołinie w radosnych przekomarzankach z opiekuńczą siostrą, a opiekuńczej siostrze w zabawie w coaching dla znajomego;
 współczujący i pomocni uzdrowiciele są tak zszokowani odzyskaniem mocy, że kompletnie zapominają o wymagającym kilka sekund wcześniej pomocy dziecku, jednocześnie całkiem przytomnie chłonąc tłumaczenia. Możnaby sądzić, że powinni przynajmniej się upewnić, czy stan chłopaka jest na tyle poważny, żeby wymagał interwencji, ale nieee, same mu te mdłości przejdą, powikłania po podróży do zaświatów to przecież jak po przejażdżce kolejką górską!;
 albo: Jak Hattie wpadła na ten sam plan (poszukiwanie nowego patrona-bateryjki supermocy klanu) co Riley? Synchronicznie? Jak tak, to czemu Riley nie była tym zaskoczona?

Samo życie pozagrobowe z jednej strony interesuje, z drugiej drażni - to pierwsze, bo restrukturyzacja wymuszona PG-13 natychmiast wybucha restrukturyzującemu w twarz konsekwencjami, i podoba mi się kierowanie wszystkich zwierzęcych dusz automatycznie do nieba, a ludzkich na sprawdzian do piekła. Z drugiej strony jest nieścisłość, jak to w końcu jest z ryboludami - to naturalni mieszkańcy Krainy Duchów, czy wszystkie spotkane osobniki to zmarli? A jeśli zmarli, to czy oni też przechodzą przez próby, czy lądują w swoim kręgu tak o? Oraz co oznacza istotność zabitego? Jego pozycję w hierarchii czy impakt wywołany zgonem? (Acz kwestię poruszyła Zła Kobieta, więc można dać w nią tyle wiary, co w zapewnienia Jokera Heatha Ledgera o nieumiejętności planowania).

Za parę błędów językowych winą można obarczyć tłumaczy, przykładowo "zegar tyka" i "krzyżowanie spojrzeń" to kalki z angielskiego, w naszym pięknym i bogatym języku mówi się "czas leci" i "wymieniać spojrzenia" (jeśli "krzyżowanie" jest stosowane, to sorry, ale mi nie brzmi). Mam też wątpliwości co do użycia "szacunku" w sentencji "nie zmieniają się w piekle przez szacunek do tutejszych dusz". Na pewno to czuli mieszkańcy nieba wobec dopiero pokutujących? Nie "przyzwoitość"? Jak "nie zmieniają się w piekle z przyzwoitości, żeby pokutnicy nie czuli się jeszcze gorzej"?

Otrzymawszy czas antenowy, w roli naczelnego gnębiciela emocjonalnego Riley Emmetta zastąpiła Hattie. Niewątpliwie chciała dobrze, tylko czemu mając w głębokim poważaniu zdanie Riley? Tak się zachowuje kochająca siostra? "Nie mów mi, co mam robić, a teraz rób, co mówię"? Riley przeszła rozwój (łopatologicznie to przypominając), ale Hattie broni się przed tym zawzięcie. Za to rolę najbardziej wkurzającej postaci przejął nowy, Dahl, którego sposób wysławiania się przebija nawet ten Areum. Pozostali to po prostu masa, w której tylko Jennie ma jakąś osobowość (again - szkoda, że miała tak mało scen).

Ostatni akt przywozi kilka rozczarowań:
 Riley i jej podejście do biologicznej rodziny. Wyobraźcie sobie, że straciliście rodziców jako nawet-nie-noworodek, i po latach dowiadujecie się, że byli porządnymi ludźmi. Nie bylibyście ciekawi, jacy byli? Bo Riley nie. A teraz sobie wyobraźcie, że magicznie otrzymujecie szansę poznania ich z pierwszej ręki - nie z relacji znajomych, tylko z samych wspomnień. Czy Riley choć w jednym zdaniu przemknęło przez głowę, że hej, mogę tu znaleźć całe życie ludzi, dzięki którym fizycznie powstałam, i za którymi podobno tak tęsknię? Nope. Null. Jej podejście do biologicznych rodziców to "zdechło to zdechło, na uj drążyć temat". A podobno przeznaczeniem jej rodzimego klanu jest zdobywanie wiedzy i prawdy. Zaiste, nietypowa z niej uczona. W dodatku SPOILER jedyna pamiątka, która jej po tych ludziach została, okazała się innowymiarowym McGuffinem (innym, niż ten na przyjęciu), który znalazł się w ich posiadaniu chyba przypadkowo (nigdy tego nie poruszono, Haetae podrzucił? To faktycznie pamiątka rodowa, tylko magicznie apgrejdowana?). To trochę dołujące.
 sam finał poszedł zdecydowanie za gładko. I za szczęśliwie. Po co była ta szopka z kradzieżą wspomnień, skoro udało się je zwrócić? W duchu serii spodziewałam się raczej przehandlowania szansy za większe dobro.

(Jeszcze w przypadku Horangich - najwyraźniej ich supermocą jest fotograficzna pamięć, patrząc po jedynej znanej przedstawicielce z magią zachowaną, bo zmarła przed odcięciem sponsoringu.)

Wbrew całemu wcześniejszemu marudzeniu, były też dobre strony:
 komunikat dworcowy to rzadki przypadek naturalnej wypowiedzi; 
 utrudnienie sobie włamania do nieba przez myślenie emocjami było szczerze zabawne, podobnie jak plot twist, w którym całe to samobójstwo było jeszcze głupsze, bo - co żadnym spoilerem dla czytających uważnie pierwszą książkę - można było przejść do zaświatów bez szwanku przez drzwi w Bazie Tajnej Organizacji™; 
 tak częste faile w umowie z podstępnymi goblinami, że aż normalne; 
 atak opętanej brudną wodą syreny będący najciekawszą sceną akcji edycji; 
 cudownie obrzydliwe parzenie kawy ze śliny smokowęża.

Nagroda za najlepsze zdanie wędruje do: zazdrość bywa brzydka, gdy się uzbroi w permanentny marker (str 271).

[https://rzekaswiadomosci.blogspot.com/2024/12/modziezowkowe-bingo.html]

15 stycznia 2025

"Ostania Opadła Gwiazda", Graci Kim

Bolączką, a również stylizacją tej książki (i reszty serii) jest adolescenizacja języka. Na jakieś lata '00. Nie znam nikogo, kto dziś mówiłby "odlotowo" czy "coolowo", ale ja zawsze aspołeczna byłam, a i nie dam głowy, czy współczesne dwunastolatki nie próbują tak gwarzyć, skoro już wyciągają z grobów ubrania. Jednak po własnych doświadczeniach z serią dla młodszej młodzieży odnoszę wrażenie, że standardem jest dostosowywanie języka do odbiorcy (z drugiej strony, RRP nie prowadzi misji edukacyjnej, więc mogą mieć wygwizdane).

Najbardziej przeszkadzało mi gubienie lokacji, na przykład z bazy Tajnej Organizacji Magików™ główna i jej kumpel uciekli... gdzieś. Nie wiadomo, czy nadal sterczą przed budynkiem-przykrywką (co byłoby nierozsądne), czy się gdzieś ukryli, równie dobrze mogą tkwić pośrodku ulicy, w zdołowaniu kompletnie ignorując trąbiących kierowców. Albo sporo scen później są na parkingu spółki bankowej - raczej nie krytym, zważywszy na istotny fabularnie hydrant - właśnie radośnie i magicznie sponiewierawszy dyrektora tejże, nie próbują zakładać żadnych barier przeciw mugolom normalsom, nie oślepiają kamer, nie blokują drogi ochronie, którą musiał zainteresować wcześniejszy rajd przełajowy po biurze. W dodatku narracja gubi na parę akapitów dyrektora, i gdyby to chociaż była zmyłka mająca dać mu czas na nawianie kółku dyskusyjnemu! Przy tej skali kwestia, czy Riley (główna) pozbierała się z podłogi w pralni brzmi może nieistotnie, ale naprawdę jestem ciekawa, czy ona gadała ze strażnikiem, narażając się na złapanie wilka.

Podstawowym oprogramowaniem obsady jest "byłam/-em w błędzie, grupowy uścisk!", dla sprawiedliwości z paroma indywidualizacjami, z reakcjami podkręconymi do poziomu, który jest aż karykaturalny (ja rozumiem uświadamianie dzieciakom, że w płaczu nie ma nic złego, ale tam beczą wszyscy, co chwila, i w sytuacjach, które nie wymagają aż takiego zaangażowania emocjonalnego). No, poza adopcyjnymi rodzicami Riley, którzy istnieją, by być Kochającymi Rodzicami. Co jest bardzo miłą odmianą po tych wszystkich sierotkorobach, którymi stoi gatunek, ale tej dwójce naprawdę należałoby się chociaż nie robienie z nich ciamciaków! Czy stres towarzyszący inicjacji szamańskiej biologicznej córki naprawdę przyćmił im fakt, że cwana progenitura nie pyta o groźne zaklęcie z niewinnej ciekawości, tylko coś kombinuje? Na miejscu matki przynajmniej zmieniłabym hasło na "Dziewczynki, wracajcie do łóżek". Po drugiej stronie barykady jest Emmett (och, dlaczego nikt nie nazywa go Emmie?), chodzący pleonazm, który pomimo "uczulenia na emocje" jest cholernie ekspresywny. I zły. Tak właśnie się kwalifikuje stosowanie martwej matki jako szantażu emocjonalnego. Wobec ponoć najlepszej przyjaciółki! W tym towarzystwie w zasadzie tylko Riley, jej adopcyjna siostra Hattie, i Evil Mastermind mają więcej niż jeden wymiar. I z dalszego planu Jennie. To zdecydowanie najlepsza postać, szkoda, że dostała tak mało czasu antenowego.

Jedną z inspiracji świata przedstawionego musiał być Harry Potter, i jeśli trzymani w błogiej nieświadomości normalsi, zamknięta społeczność i wejście do biblioteki przez pralkę nie przekonują, zrobi to Straszne Zdarzenie Stare Jak Protagonista, W Którym Protagonista Został Sierotką! Potrzebuję zrobić do YA bingo.

Dwóm scenom należy się uznanie - pościgowi w banku, opisanemu bardzo płynnie, i będącemu zdecydowanie najlepszą sceną akcji w tej części; oraz przekomarzankom z Evil Mastermindem, bez didaskaliów trzymającym gęstą atmosferę wrogości ukrywanej pod teatralnością i słodkimi słówkami. Lepsze niż ta scena z Hazbin Hotel, gdzie Lucyfer i Alastor przerzucali się wszetecznicami.

APO mojej ulubionej Jennie i nieulubionego Emmetta - brakowało mi wyjaśnienia, skąd tych dwoje się zna. Nie chodzą do tej samej szkoły, Emmett nie ma wstępu do Tajnej Bazy™, zostaje w zasadzie tylko restauracja rodziny wspólnego znajomego, ale przydałoby się to zaznaczyć.

[https://rzekaswiadomosci.blogspot.com/2024/12/modziezowkowe-bingo.html]

19 grudnia 2024

"Gniew Potrójnej Bogini", Rick Riordan

Jako najpierwsze literackie dziecko Riordana, rzeczywistość grecko-rzymska napuchła do trzech pięcioksiągów, i właśnie wypączkowuje nową trylogię - co się działo z Percym i jego świtą między Olimpijskimi Herosami a Apollem. A działo się to, że jeśli Percy chce dostać się na uniwersytet (co, jak znający Apolla wiedzą, mu się udało), to musi zdobyć listy polecające od trojga bóstw. Za przysługi uskuteczniane w trakcie roku szkolnego, dzięki czemu czytelnik w końcu zyskuje wgląd w mniej ekscytującą część młodzieżowego życia - szkołę.

Jak widać na załączonej ilustracji, to część (i list) numer dwa, pierwsza mnie nie zainteresowała. Dziejąc się w okolicach Halloween, wpasowuje się w ten klimat, więc questem jest petsitting dla bogini magii i strachów, a przy okazji pilnowanie jej domu. I oczywiście wszystko idzie źle - dom w ruinie, zwierzaki na gigancie - i to przez moją najbardziej znielubioną postać, którą jest Grover. Oczywiście Percy go później pociesza, i fabularnie robi się przydatny, ale typa już nic nie uratuje.

Równie nie do ratunku jest i zwyczaj przedstawiania przez Riordana postaci z kilkoma milleniami na karku jako mentalnie szesnastolatków, tak samo silny mimo dwudziestu lat warsztatu. Hekate, bogini strachów, okazała się nie tyle straszna, co teatralna - i to z niższej półki - oraz frustrująca; to drugie jest zresztą motywem przewodnim wszystkich bóstw, jak to bytów z sodówą we łbach. Horrory to jednak nie podwórko tego pisarza.

Podobnie jak chwytliwe tytuły. Na jednej ręce można policzyć jego dorobek, który nie został nazwany pretensjonalnie. Nawet autorzy polecajek lepiej sobie z tym radzą. A już na pewno lepiej od polskiego dystrybutora, któremu zawdzięczamy nazwę serii - "Przygody na koniec szkoły" - jak coś z czeluści umysłu przepracowanego belfra z podstawówki. Oryginalny Senior Year to ni mniej, ni więcej odpowiednik naszej klasy maturalnej. Percy ma 17 lat, daliby mu brzmieć dojrzalej!

Uniwersum riordanówek w zamyśle ma nie być sprzężone z konkretnymi latami - czyżby inspiracja Kosikiem? - ale koncepcję pogrzebał piątek 31 października. To umiejscawia akcję w 2014, co oznacza, że Percy jest rocznik 1997 (ostatnią klasę Amerykanie zaczynają jako siedemnastolatki), i wszystko wystartowało w 2009. Nieście tę wieść wszem i wobec.

Nagrodę za brak wyczucia oraz niekoniecznie zamierzony komizm otrzymuje kwestia Annabeth (co to za imię) ze strony 30 - "Czemu ktoś nie mógłby się zdrzemnąć obok posągu Ateny [...]?". Taki tekst w ustach dziecka właśnie Ateny, oraz kompendium mitologicznych wypadków, brzmi jak wredota, która nie jest częścią osobowości tej postaci. Mogę podać z głowy dwa przypadki - Atalanta z gachem, Meduza - fatalnych skutków przebywania w obecności posągu. Po przeczytaniu tego fragmentu śmiechłam, i to nie przez pianki (na które właściwie mówi się pufy).

Warto zauważyć, iż warsztat Riordana poprawił się na tyle, że w końcu pamięta, jak wygląda zachowanie nastolatka z ADHD, i czym są problemy z koncentracją. Syn, na którym się wzorował, miał łagodne objawy? Teraz headcanon może tę poprawę tłumaczyć tym, że z wiekiem objawy u Percy'ego się nasiliły. Nadal nie jest to poziom Tilly w technikolorze, ale jak to w neuroatypowości, różnice osobnicze.

Fajnie też, że Riordan pamięta o konsekwencjach, i te za wyspę Kirke w Morzu Potworów co i rusz gryzą Percy'ego w dupę, tu jako cztery wkurwione najady-alchemiczki; jest to, moim zdaniem, najsłabiej poprowadzony wątek książki. (Dla tych, co mogą nie kojarzyć sytuacji - drugi sezon serialu nadal w drodze, postępów ani widu - słówko wyjaśnienia: wyspa Kirke była ściśle bezczłonkową komuną, gdzie samce miały prawo istnieć wyłącznie pod postacią świnek morskich; podczas ucieczki Percy przywrócił ludzką postać nie tylko sobie, ale i reszcie świnek, doprowadzając kurort do ruiny. Jeśli nie pominą tych scen w serialu, omówię to szerzej.)

Tym, co mnie przekonało do sięgnięcia po tę książkę - obok obietnic o atmosferze Halloween - była znaleziona ad hoc wzmianka o easter-eggu do Aliena. I nie jestem zawiedziona. To jeden z najlepszych momentów książki - oraz najobrzydliwszych. Innymi wartymi uwagi momentami są:
🎃 wizje doznawane po dotknięciu przez duchy - holenderskie oraz upiory pod wodzą Hekuby;
🎃sama dyskusja z Hekubą w ruinach Troi, nawet mimo zepsucia nastroju cholernym Groverem i tzatziki (przy okazji, czy ktoś może mi wyjaśnić ewidentne nawiązanie pod postacią niemieckiego nocnego klubu? Berghain, jakoś tak. Na pewno nie do Johna Wicka 4, tamten klub "grał" Kraftwerk);
🎃 Hekate manifestująca się w wagonie metra (sama manifestacja, nie rozmowa);
🎃 poprzednie życie Gale, oraz co wtedy kierowało Hekate;
🎃 kołatki i mureny - przyznaję, były śmieszne;
🎃 wystawka okularów z wyjaśnieniem, czemu Hekate jest nie w sosie;
🎃 holenderskie duchy (była też wzmianka o kilku mówiących po algonkińsku, to by się przydało rozwinąć). Trzeba Riordanowi przyznać, akurat w bijatyki umie.

Kontynuacja kontynuacją, ale przez bingo przechodzi jako osobny byt:

[https://rzekaswiadomosci.blogspot.com/2024/12/modziezowkowe-bingo.html]

09 grudnia 2024

Młodzieżówkowe bingo

Zalecane zastosowanie przy książkach i serialach (oryginalnych, nie opartych na książkach) targetujących młodszą młodzież (klasy 5-8), czasem i starszą, przekwalifikowując się na YA. Budowana na bazie twórczości Riordana i jego polecajek, więc najlepiej się sprawdza przy fantastyce.

Nie uwzględniam: narracji pierwszoosobowej, obecności romansu per se, protagonisty jako misfita wśród rówieśników, porad o byciu silnym i innych morałów, nastolatków nierzucających mięsem, buntu na domowym pokładzie, motywacji z nicości ani poszukiwań McGuffinów (żywych i nieożywionych) - albowiem to albo rzeczy typowe dla gatunku, albo po prostu styl autora.

De Czołzen Łan - podmiot przepowiedni, zaburza ład tym, że oddycha, tylko on(a) może uratować ludzkość, szczeniaczki i demokrację.

Tajna Organizacja z Supermocami - najlepiej stojąca na straży magicznego (czasem kosmicznego) ładu. Stosowane też do eksperymentów genetycznych. Protagonist(k)a do nich należy lub ma należeć.

Sierotka Tragiczna - jedno lub oboje rodziców nie żyją, najlepiej z przyczyn nienaturalnych.

Snołflejkowa Supermoc - taka, co jej nie ma w rejestrach/jest, ale rzadka jak śnieg w Egipcie/jest celem organizacji (dowolnej)/clou fabuły.

Bezczelna Samica Naczelna - kiedy sarkazm protagonistki zahacza o pyskatość, a melodią jej życia jest "Bo mi się należy!". Dotyczy także protagonistów, love interestów i drugich najczęściej występujących postaci.

Hybryda Człeko-Fantastyczna - jeden rodzic ludzki, drugi z mitu (albo innej planety). Nie dotyczy, jeśli oboje rodziców nie było standardowo rozumianymi ludźmi (w tym magic userami; potomek człowieka i magic usera nadal się liczy).

A Potem Była Wielka Bitwa - strona protagonisty(-ki) musi liczyć innych uczestników poza rzeczonym(-ą) protagonist(k)ą. Antagonista może już samodzielnie. Nie dotyczy, jeśli fabuła traktuje o działaniach wojennych.

Dyskusja Lekiem Na Całe Zło - akcja wre, zegar tyka, sytuacja absolutnie nie sprzyja siadnięciu i gawędzeniu? Siadnijmy i gawędźmy! Im dalej ad rem, tym lepiej.

Straszne Wydarzenie w Wieku Maina (Gdzie Zostaje (pół)Sierotą) - głównie konflikty mniej lub bardziej zbrojne, takie, co to skończyły się wkrótce po rzeczonej stracie, i aktualnie są już tylko anegdotą ku ostrzeżeniu. Generalnie wszystko, w czym zginęło dużo osób, i miało wpływ na fantastyczne społeczeństwo.

Moce z Zupki Błyskawicznej - uzyskane bez treningu/przez połączenie z poprzednim wcieleniem/macanie magicznych obiektów. Opanowane na pstryk.

Trójkąt Miłosny Bez Ściany - panna ma dwóch adoratorów (wersji kawalera z adoratorkami jeszcze nie spotkałam; zwykle kawaler zrywa dla innej), co to tłuką się o nią jak w sezonie godowym. Taka figura to technicznie kąt, bo trójkąt wymaga biseksualności u uczestników tej samej płci. Dotyczy także trójkątów jednopłciowych, jeśli tylko jeden uczestnik(-czka) ma dwójkę love interests.

Śpiączka Bezobjawowa - zwana też Śpiączką Opkową, klisza dramatyczna, ignoruje problemy z układem pokarmowym, nerkami i odleżynami po utracie przytomności dłuższej niż 12 godzin. Trwa kilka dni.

Ju! Es! Ej! - liczy się jako setting (jakość litościwie przemilczmy). Brak pola za Amerykańców za granicą. Zagraniczniacy w Ameryce jak najbardziej. Kanadę zostawcie w spokoju.

Mędrzec z Siódmej Klasy - siły zła/mityczne stworzenia/bóstwa/krynice mądrości, choćby nie wiadomo jak starożytne i doświadczone życiowo, na tym samym poziomie mentalnym i emocjonalnym co protagonist(k)a. Dają się wciągać w pyskówki, mają tendencje do wielkich przemów.

To Tylko Draśnięcie - urazy fizyczne odczuwane tylko dla efektu dramatycznego, magicznie znikające, gdy sytuacja tego wymaga. Dotyczy też skutków psychologicznych, typu występujący wybiórczo wstrząs po zabójstwie.

Potrzebuję Wakacji od Tych Wakacji - akcja w dni świąteczne, ferie i wakacje. Nie dotyczy weekendów.

Miłość Wymaga Kopniaka - ckliwe teksty/wyjawianie sobie uczuć w krytycznym momencie. Patronem tego zjawiska jest "pocałunek wśród kul" z filmu Miasto 44.

Kto Się Nie Znosi, Ten Się Lubi - "enemies to lovers", które napędza ku "lovers" tylko jedna strona/rozwinęło się błyskiem. Nie dotyczy, jeśli autor(ka) umie prowadzić ten wątek, lub "enemies" stali się dopiero w którymś momencie znajomości (a zaczęli neutralnie lub przyjaźnie).

"Wspólny" W Każdej Czasoprzestrzeni - wielowiekowe istoty z innych kultur szprechają w zrozumiałym dla protagonisty(-ki) języku, zamiast w jakimś wymarłym.

Ostrzeżenia Są Dla Nudziarzy - ignorowanie przestróg rodziców/osób doświadczonych/zdrowego rozsądku skutkujące punktem zapalnym fabuły.

Nówka na Dzielni - przeprowadzka, najlepiej podczas roku szkolnego.

Siemanko, Inne Dzieciaki! - "umłodzieżawianie" języka na siłę, często slangiem niedopasowanym do czasów.

Tęczowy Wiatr Odnowy - LGBT na planie dowolnym. Wątek uwzględniony, bo stał się "typową składową" dopiero niedawno.

Słabość Jest Ich Siłą - protagonist(k)a ma w otoczeniu ciamajdę, coby uwrażliwiać czytelników na prawa ciamajd.

Wzrost Fotosyntetyczny -  zbyt rzadkie lub biedne posiłki w stosunku do wysiłku fizycznego; wymienione, bo nastolatki powinny jednak sporo jeść, zwłaszcza chłopcy. Nie dotyczy, jeśli to dieta lub dystopia z marnymi racjami żywnościowymi.

25 września 2024

"Tilly w technikolorze", Mazey Eddings

Jest to jeden z dających policzyć się na palcach jednej ręki niezdarnego drwala przypadek, kiedy czytam coś niebędącego fantastyką, horrorem albo popularnonaukowe. Ominęłabym jako obyczajówko-romansidło i tę, gdyby nie słówko "neuronietypowość". Jako aspie poczułam się zobligowana sprawdzić, jak się sytuacja maluje.

Najbardziej znane odmiany neuronietypowości/neuroróżnorodności to ADHD i spektrum autyzmu, tu są obie - on (Oliver) autystyczny, ona (Tilly) adehadyczka [jest takie słowo?]. Jedno pedantyczne, drugie chaotyczne, co by tu zrobić z tą miłością?

Zaczyna się na zasadzie "od wrogości do czułości", ze strony Olivera, bo z Tilly przez kilka minut było zauroczenie, dopiero po nich wrogość. Choć technicznie to nie wrogość, tylko niechęć, przez szereg nieporozumień, ale w przeciągu paru tygodni lubią się coraz bardziej, na podstawie drobiazgów. 

Opisom czułostek udało się to, w czym zawalają sceny seksu współczesnej literatury - wywołują pozytywne emocje, a nie obrzydzenie i rozbawienie (talon na balon za polecenie książki ze sceną łóżkową niewywołującą repulsji). Myślałby kto, że standardowy kontakt fizyczny jest taki żywy.

Przejdźmy do oceny "okablowań", a konkretniej tego Olivera, bo o ADHD nie umiem się wypowiedzieć (autorka je ma, więc uznaję, że wiarygodne). Zdecydowanie nie jest geniuszem liczącym zapałki, tylko normalnym kolesiem z hiperfokusem na punkcie teorii kolorów (takie coś, że kolory wywołują uczucia, np. jasny kogiel-mogiel wywołujący traumę po dwunastu latach szkoły). Jego sposób odbierania ludzkich zachowań i bodźców pokrywał się z tym, co znam z autopsji - z różnicami osobniczymi, bo spektrum autyzmu to zbiór cech o różnym nasileniu. Okazuje się też, że autyzm i ADHD mają trochę punktów wspólnych, jak wypalenie z powodu brzebodźcowienia (niezdolność do odsiewu informacji, analiza wszystkiego jak leci) i napady overthinkingu (kojarzycie Anxiety z W głowie się nie mieści 2?).

Podstawową różnicą między gołąbeczkami są ich relacje z najbliższymi - on ma wsparcie i zrozumienie, ona jest traktowana, jakby wydziwiała, zwłaszcza w rozumieniu matki. Pani Twomley [nazwisko Tilly] upiera się traktować młodszą córkę jak niedorozwinięte dziecko, przy jednoczesnym wypominaniu, że ma się unormalnić, i toksycznym stawianiu za wzór starszej córki; to ostatnie jest też powodem kiepskich relacji sióstr, na szczęście Mona jest rozsądniejsza od matki, i nie kończy się to tragedią. Rozwoju relacji Tilly i matki nie zaspoileruję, ale podsumowanie wydaje mi się jakieś trudne do realizacji.

Przy okazji mamy do czynienia z ciekawym odwróceniem kliszy "ruda ona, brunet on", tak hołubionej w popkulturze.

Wbrew tłu obrazka to nie miała być książka z protagonistami nieheteronotmatywnymi, ale w drugim i trzecim planie trafiło się sześcioro. Sześ-cio-ro. Statystycznie jaka szansa na przedstawicieli w obu otoczeniach protagonistów? [Wiem, że zamotałam, ale nie chce mi się tego usuwać. TL;DR i Tilly i Oliver mają w najbliższych otoczeniach (siostra Tilly, matki i przyjaciele Olivera) osoby homoseksualne albo i z mniej zerojedynkowych rejonów]. Trochę wychodzi to tak, jakby autorka chciała zabić dwa ptaki jednym kamieniem, pisząc i o neuroatypowości, i o nieheteronormatywności, choć nie naraz.

Może to ja, ale poetyckość niektórych metafor - oraz ich istnienie w ogóle - jakoś tak średnio pasowały do narracji Olivera. Na pewno są autystycy ogarniający niedosłownie, ale i tak dziwne.

Przydałby się też przypis dolny objaśniający hasło "mocą chroń swe biodra", bo w guglu tego nie znajdziecie, same stronki medyczne o stawach biodrowych. A hasło oznacza przygotowanie się na ciężką sytuację, co pięknie wyjaśnia użycie go jako nazwy kontaktu matki Tilly; bez tego przepisu to brzmi, jakby matka kojarzyła się dziewczynie z wizytami lekarskimi. (Zresztą samo tłumaczenie jest moim zdaniem do kitu, bo "loin" [gird up thy loin] oznacza lędźwie, część pleców między żebrami a miednicą. I sugeruje się, że kontekst wyszedł od pilnowania pasa szaty, zakładanego właśnie na talię.)

22 czerwca 2024

Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy - sezon 1 (2023-2024)

To będzie rzadki przypadek, gdzie ekranizacja wypadła lepiej od materiału źródłowego, w sensie dojrzalej - miała na to kilkanaście lat, żeby wyjść ponad poziom 5-8 klasy. Problemem książek była właśnie bezrefleksyjność, którą widać dopiero na dorosłość - że jeśli coś wygląda na potwora, to nie należy szukać drugiej strony medalu i rozwiązywać konfliktu polubownie (jeśli mają paść komentarze o jakichś trendach polityczno-kulturowych, to zaklinam, żeby miały uzasadnienie i przykłady, bo nie znam się na tych zachodnich pomysłach); co i tak jest podane nieco łopatologicznie, ale w końcu targetem jest młodzież, a nie magistrzy filozofii. Poza tym postaci starsze niż 20 lat wreszcie zachowują się na swój wiek.

Wyjątek stanowi konfrontacja z Meduzą - w książce jej śmierć była wynikiem samoobrony, w serialu w pewnym momencie robi się przeskok na wrogie tony bez przyczyny, jakby nagle zabrakło na nią czasu i funduszy, i trzeba było iść dalej, przez co cały wątek wypada akurat gorzej. A nawet paskudniej. Meduza mogłaby przystać na negocjacje, ale tego się nie dowiemy. Przynajmniej ucięcie jej głowy miało wpływ na fabułę, czego nie można powiedzieć o książce. Mam też zastrzeżenie, które nie zmieniło się od książki - wysłanie fragmentu zwłok ofiary jej oprawcom. Nie wiem, czy ktoś jeszcze to zauważył, ale w książce satyr stwierdza, że Percy zrobił to, żeby się popisać przed bogami, zwłaszcza przed ojcem, co jest obrzydliwe - Meduza ucierpiała właśnie przez beztroskę Posejdona. W serialu nie lepiej, tu sam Percy podsuwa, że to będzie ofiarowanie, wyszczególniając Atenę, KTÓRA ZROBIŁA Z MEDUZY POTWORA. Ten wątek jest straszny.

Na szczęście pozostałe zmiany wypadły lepiej, i dobrze, bo nikt by nie chciał, żeby psychopatyczne Życzenie wyznaczyło nowy standard. Percy nie idzie na misję przez szantaż emocjonalny, St. Luis miało uzasadnienie fabularne, Sally jest bardziej aktywną postacią, spotkanie z Zeusem w końcu ma jakieś napięcie (żart słowny niezamierzony). Dla równowagi Hades wypadł nieco specyficznie. Zobaczy się, co wyjdzie w praniu.

Poczekam też, aż walną konsekwencje - jedną showrunnerzy zapowiadali, że będą pamiętać (ostatni wers przepowiedni), ale kapitulacja Posejdona też powinna cokolwiek wnieść, zwłaszcza w tak toksycznym towarzystwie, jak Olimpijczycy. Bardzo jestem ciekawa. I jest jeszcze jeden potencjalny bumerang - satyr zgubił perłę teleportacyjną w gardle Cerbera, co aż się prosi o awanturę, ze strony Posejdona o podrzucenie zwierzaka do morza, ze strony Hadesa o porwanie pupila środkami Posejdona, a w tym wszystkim swoje do dorzucenia miałby i zarząd satyrów.

Tej raczej ukradkowej mocy Percy'ego czepiać się nie będę, może wyjdzie na dobre, że wzrasta w siłę stopniowo, a nie na pstryk. Wciskanie postaci, które miały występować później, pominę, jeśli to będzie miało efekty w przyszłości. To, co mnie niepokoi najbardziej, to nowy image Annabeth - jeśli jej ojciec też będzie czarny, to producenci sami sobie strzelą w kolano; nordycki typ urody rodziny Chase był istotny, mieli go i ojciec, i ciotka, i kuzyn Annabeth. Przyjmę tę zmianę tylko, jeśli na Atenę zatrudnią Afroamerykankę.

Może zrobią coś z generycznymi tekstami Kronosa. 

TLDR: pierwszy sezon wypada satysfakcjonująco, jako adaptacja, i samodzielnie, pomimo ekspozycji (parę razy zbyt szybkiej!). Szkoda mi tylko porzucenia kataklizmów naturalnych, najwyraźniejszego znaku przepychanek Zeusa i Posejdona, skwitowanego jedynie krótkim komunikatem radiowym o jonosferze.

08 marca 2024

"Żelazna Wdowa", Xiran Jay Zhao

Zacznijmy od tego, że tym razem ocenienie książki po okładce (blurbie konkretniej) nie skończyło się zawodem, książka okazała się dużo lepsza, niż oczekiwałam po tematyce. Zawdzięcza to warsztatowi autorskiemu, który świetnie zrównoważył ponurą aurę. Jak na debiut, autorka panuje nad słowem niesamowicie dobrze. Ma też zajebiste poczucie humoru, dzięki któremu od razu polubiłam protagonistkę.

Główna jest retellingiem Wu Zetian, najbardziej wpływowej kobiety-cesarza w mizoginicznej historii Chin, tutaj wspinająca się w hierarchii po trupach nie wśród szlacheckiego szamba, tylko celebryckiego. Ten retellingowy świat jest bowiem nowoczesny - tablety, drony - i odkąd ostatni cesarz był zaginął cholera-wie-gdzie, rządzi kilku smętnych dziadków (cesarz jest ważny dla fabuły). Nowoczesny, a jednocześnie brodzący w zastałym bagnie uznawania kobiety za gorsze. Wu Zetian rozumie, czemu tak jest, a w toku fabuły traci iluzję, że da się to zwalczyć metodami cywilizowanymi - jak to się porzeka, jeśli czegoś się boją, będą widzieć w tym potwora, a jeśli widzą potwora, trzeba im pokazać, czym jest prawdziwy potwór. Warunki umożliwiające Zetian walkę są dostosowane do sf i może się przy nich unieść brew, ale przy której fantastyce się nie unosi? Efekt psuł jedynie wątek romantyczny wobec drugiego pilota (żaden spojler, to było tak spodziewane, że brak byłby prawdziwym plot twistem), który wyglądał dobrze, dopóki Zetian nie odpaliło na sam koniec bez wyraźnej przyczyny, wypalając nagle połowę charakteru.

Mówiąc o romansach, wątek LGBT nie wyglądał na fabularnie przydatny (chyba że jako prztyczek dla tych wszystkich, którzy przegapili, że w trójkącie jeden wierzchołek musi być bi). Właściwie tylko to o motylu, bo stanowiło w pewnym momencie strzelbę Czechowa.

Poza Zetian postaci jest sporo, ponazywanych po innych ważnych figurach średniowiecznych Chin, ale dla fabuły ważni są tylko co-pilot i stary kumpel głównej. Inni piloci, acz na blogu autorki i wikipedii wspomniani, to właściwie trzecioplanowcy - no, pilotki, ich partnerzy mają tylko po linijce na głowę i praktycznie żadnych cech (takie bransoletki. W sumie śmieszne jak na patriarchat). Może w sequelu dostaną więcej czasu antenowego (nie, nie bransoletki).

Świat przedstawiony to odrodzone średniowiecze sąsiadujące z gargantuicznymi robalami z kosmosu, które trzeba trzymać od neo-średniowiecza z daleka równie gargantuicznymi mechami zrobionymi z robalich trupów. I to sterowanych energią duchową opartą na pięciu dalekowschodnich żywiołach (pięciu - zamiast wiatru mają metal i drewno) i dychotomii pierwiastków yin i yang (swoją drogą spodobała mi się definicja yin. Brzmiała krokodylo 🐊). Czyli coś jak kombo Starship Troopers z Pacific Rim, z przebłyskami Wielkiego Muru, bo nie jestem fanką anime, żeby jakieś rozpoznać. Nawet, jak mam te inspiracje na tacy. Jako fanka obu filmów (Mur nie miał aż tylu ciekawych momentów) nie mogłam nie zajrzeć.

Odpowiedzi, czemu pilotować mogą smarkacze, skutecznie upośledzając kartę Odbudowa Populacji Po Wojnie, nie kupuję. Coś że mózg po 25-ce jest za mało plastyczny do sterowania mechem, ale nadal dorosły doświadczony w boju miałby więcej sensu niż teen drama.

09 lipca 2023

"Zero Szans 2. Inne Jutro", Rafał Kosik

Guess, who's back!

Wypadu do Azji ciąg dalszy [*patrzy na ilość stron obu części, porównuje z innymi częściami i udaje, że nie widzi*]. Na wstępie "zaspoileruję", że zagadka zaginięcia lotu się rozwiązała; w zamian już nie wiem, czemu Czarna Rzeka i yakuza ścigały grupkę polskich licealistów (albo to przegapiłam. Nie czytajcie podczas sesji, wszystko wycieka uszami).

Inną rzecz mogę zwalić na wydawnictwo, że nie sprawdzili: Felix ani Net nie mieli za Chiny pomysłu, na co sekcie telepatyczne zdolności Niki. Porozumienie z Nowym Bogiem chwilowo zawiesili z powodów "to tylko spekulacje" (tego nie zaspoileruję, przeczytajcie; powiem tyle, że to ma związek z zaginięciem lotu 418), i wypadło im z głów, że ledwie parę miesięcy wcześniej (dwa? trzy?) Morten porwał Nikę dla jej zdolności, bo była w stanie przejąć kontrolę nad wieloma ludźmi naraz (dla kojarzących Kinga - "pchnięcie" się kłania). Na pewno im to wyjawiła, więc albo mieli zaćmienie przez kadzidła, albo redakcja przegapiła. Wyglądało więc to tak, jakby Nowy Bóg (domyślam się, kto nim był, ale znowu: to byłby spoiler) potrzebował Niki do "rekrutowania" nowych wyznawców. Ale nadal nie wiadomo, co właściwie ciągnęło dziewczynę do Azji.

Broni się za to warsztat - napięcie! coś się zaraz stanie! i to jak się stanie! Kosik umie korzystać ze strzelby Czechowa, bo kiedy ktoś coś robi, to zaraz ma konsekwencje. Zdumiewa mnie ta umiejętność ogarniania zmienności świata. To musiał być długi trening.

(APO strzelby, czy tylko ja mam wrażenie, że Niski Nierzucający Się W Oczy Azjata Z Wąsikiem ma coś wspólnego z książką o komputerach kwantowych?)

Nie wiem, jak traktować Osmozę - to miała być satyra polityka? Bo wyglądało raczej na dokładny odpis stanu rządu na dzisiaj.

Początek mocno mi się kojarzył z Bullet Train. Tylko bez przemocy, trupów, przekleństw, ruskiej mafii i katastrofy w ruchu lądowym. Czyli zostają komedia omyłek, humor i dalekowschodni pociąg. Oraz protagonista mający pecha, ale mający szczęście.

Zakończenie przypomina mi trochę początki własnego pisarstwa (nadal doszufladnego, bo trudno z wydaniem), z liceum, kiedy nie miałam za choroby pomysłu na finał, więc wcisnęłam miks ostatniego odcinka sezonu ulubionej kreskówki z Riordanem, na co beta miał uwagę, że jakoś za łatwo im poszło. No nie umiem w minionki. W każdym razie zakończenie ZS2 wyglądało jak napisane z dedlajnem dyszącym na kark, wszystko działo się za szybko, zwłaszcza w ostatnim rozdziale, gdzie nagle wyskoczyła postać, dająca bardziej wajb, jakby wciśnięto ją w ostatniej chwili, a nie że od początku była w planach jako część tego wszystkiego. Wrażenie takie, że gdyby ta książka była filmem, w momencie osiągniecia miejsca przeznaczenia ktoś odpalił speed motion, żeby zamaskować błędy. Śmig i gdzie przyczyna?

Na koniec coś, co łamało mi głowę od gimnazjum - jaki to rok? Zamysł był taki, że seria nie miała być osadzona w żadnej konkretnej dekadzie tego stulecia, ale niestety zdradzili się już w Teoretycznie Możliwej Katastrofie - dokładnym rokiem śmierci mamy Niki, i tym, że Nika miała wtedy jakoś z pięć lat. Nie wiem, może to poprawiają w nowych wydaniach, ale w moim jest 1997, czyli seria startuje w 2005, a teraz byłby 2007. 

Z innej beczki - w jednym miejscu było "lot 518", ale nie pamiętam, gdzie :-P.

07 lutego 2023

"Zero Szans", Rafał Kosik

Grubo po lekturze, bo sesja.

Mam wątpliwości, czy rozpatrywać pozycję jako część samodzielną (podobno znajomość poprzednich części w tej serii nie jest konieczna, ale i tak doradzam, bo konsekwencje co i rusz powracają, i warto znać tło), jako trzynastą pozycję (mam własny system liczenia, formalnie to szesnasta), czy jako pierwszą połowę, czyli podopcję samodzielnej, bo druga wyjdzie na wiośnie.

Najwyżej będę skakała po wątkach.

Nie wchodząc w szczegóły zasłyszane na spotkaniu autorskim w listopadzie [taka ze mnie fanka, mam nawet autograf i autorski komentarz w sprawie bardzo starego ex-librisa, dowód na instagramie], Nika zaczyna przechodzić coś, co ze względów (oby wkrótce) zawodowych wypada mi nazwać przepoczwarzeniem. Mentalnym, w gwoli ścisłości. Ktoś na spotkaniu wyartykułował coś, co nieśmiało rzucało mi się w oczy gdzieś od piątej klasy - dziewczę jakoś mało charakterologicznie wystartowało. Na tle nawet drugoplanowców wypadała przede wszystkim jako kompas moralny, bez większych hobby niż czytanie. Na przestrzeni dwunastu (plus dwie połówki i opowiadania) książek jakoś nie wyłapałam sugestii, czym ona właściwie się interesuje, typuję mało doprecyzowaną literaturę.

TL;DR - od trzech części Nika zaczyna wykazywać wyrazistszą osobowość i coraz częściej przejmuje sytuacje, a nie tylko personifikuje imperatyw narracyjny [akurat nie mam nic do takiego zabiegu], w tej części zaczyna odnajdywać siebie, wychodzi. Możemy obstawiać, czy to lepszy wpływ wschodnioazjatyckiego podejścia do duchowości, czy miejsce ma coś wspólnego ze źródłem jej umiejętności. Podświadomie mogła wiedzieć, że tam łatwiej się ogarnie, tylko po prostu nie padło to wprost. Obstawiajmy, ja podejrzewam jakieś ezoteryczne połączenie.

Na inną kwestię osobową naprowadziła mnie jednorazowa wizyta na profilu fanów - ktoś rzucił tam, chyba w żarcie, że Felix może być w spektrum. Coś w tym jest. Asperger, łagodny, bo Felix nie ma dużych problemów z interakcjami społecznymi. Specyficzne reakcje, które łatwo uznać za sztywność, pełne oddanie problemom wypadające niekiedy obsesyjnie, ścisłe zainteresowania. Wysokofunkcjonujące, najprawdopodobniej niezdiagnozowane, niewymagające leczenia ASD. Bo nic o terapii nie padło.

Inne postaci też miewają objawy, ale jak to w życiu - trzeba przekroczyć pewien próg, żeby dostać papier. Neta też bym tak interpretowała, na ten przykład.

Nielinearna fabuła zaoszczędziła dużo czasu - nie przynudzała przyczynami stanu zastanego, tylko wtrącała je podczas akcji. Odnoszę jednak wrażenie przepracowania autora - wspomnienie pierwszego spotkania Laury jest dosłownie słowo-w-słowo skopiowane z Trzeciej Kuzynki. Fabularnie minęło sporo czasu, dałoby się to opisać innymi słowami, może bardziej felixową perspektywą, nie mieszaną. Jest też problem z małą różnorodnością włoskich imion - to był już drugi Giuseppe w tej serii, i w podobnym wieku. Przez chwilę myślałam, że to ten sam typ. Dezorientujące.

A że zima i plucha, fajnie było "odwiedzić" jakieś ciepłe i kolorowe miejsce.

06 grudnia 2021

"Córka Głębin", Rick Riordan

Jako pierwsze science-fiction w dorobku wypadło bardzo dobrze, trzymała się braku standardowych elementów Riordanoversum - żadnych hintowych snów (specjalność szefa kuchni), ducha kapitana Nemo też się tu nie uświadczy, podobnie kapryśnych antropomorficznych personifikacji o dziwnym guście, albo stworzeń każących się zastanawiać nad kondycją wzroku starożytnych.

SF ma tu głównie postać altechu - znaczy alternatywnej technologii - wynalezionej przez kapitana Nemo, w tym inteligentnego statku Nautilusa; swoją drogą, bardzo fajna metoda komunikacji ze statkiem, przypominają mi się Bliskie Spotkania Trzeciego Stopnia. Opisy technologii nie wiem, na ile są zgodne z fizyką, ale wyglądały ciekawie.

Trochę mi zgrzyta ten zabieg z "najważniejszą osobą świata", ale Ana nie była szczęśliwie nadczłowiekiem (acz prefektowanie swojej klasie było temu bliskie; pytanie tylko, jak się tę rolę zdobywało. Jakieś głosowanie?). Reszta postaci OK, szczególnie podobała mi się Ester, pierwsza postać ASD w Riordanoversum; jako aspie uznaję ją za godnie oddaną.

Warsztat trzyma poziom standardowy dla autora. Zwroty akcji ciekawe. Dobre, nieprzeciągnięte zakończenie. Mam tylko małe ale co do niskiej śmiertelności "naekranowej", choć to tylko moja wyrobiona horrorami opinia.

05 listopada 2021

Trylogia "Posłaniec Burzy", J. C. Cervantes

Mitologia Majów jest jednym z tych systemów wierzeń, o których szersza publika wie mniej niż o ich wyznawcach, i to o tyle, o ile. Dlatego Rick Riordan postanowił coś z tym zrobić, ale nie sam - nawiązał współpracę z autorami znającymi te opowieści od dziecka, a więc nie potrzebujących aż takiego riserdżu. Majami zajęła się J. C. Cervantes.

Posłaniec Burzy
Jak na początek przystało, warsztat ma kilka zgrzytów, ale brak takich uwierających (zapewne dzięki przekładowi), jeśli nie liczyć wciskanych losowo hiszpańskich słówek. Niektóre fragmenty mogłyby znajdować się w horrorze (dla mnie to tym lepiej ;-)), choć kilka opisów jest wstawionych nieco za nachalnie. 

Z postaci najbardziej zapadły mi w pamięć dwie - narrator i jego potencjalna love interest. Zane - narrator - wydaje się całkiem sympatyczny, choć nieco gapowaty (wolno kojarzy niektóre fakty), co w sumie jest na plus, bo przekozacy to przesada, choć bywa męczące (zwłaszcza pod koniec, gdy "odkrywa siebie"). Na moje oko za bardzo zapatrzył się w pewną dziewoję (koleś, znałeś ją raptem parę dni, skąd ta skrajna ufność?); nie wiem, na ile to normalne u trzynasto-/czternastoletnich chłopców, ale nawet pasuje do tego nieogaru.

Natomiast dziewoja, Brooks, stanowczo nie wzbudziła mojej sympatii. Autorka miała chyba zamiar zrobić z niej enigmatyczną heroinę, ale to ciągłe unikanie rozmów i niedzielenie się informacjami było raczej wkurzające. O ile Brooks byłaby sympatyczniejsza, gdyby nie roztaczała tej elfickiej aury.

Strażnik Ognia
W warsztacie nastąpiły poprawy, dialogi robią się naturalniejsze. Nadal hispanizmy są wciskane co kilka stron (rozumiem wtrącanie zwrotów, gdy się nie zna angielskich odpowiedników, ale najprostsze słówka?). Nie umiem tylko określić, czy ten tytułowy Strażnik Ognia to folklor, czy jednak licentia poetica (stegozaur Chiquita <3).

Co do postaci - Zane stracił nieco gapowatości i sam zaczyna robić za niańkę, z czym nawet dobrze wypada. Niestety dalej widzi w Arwenie Brooks ósmy cud świata (nastolatki, eh).

A mówiąc o nahualce - panienka zyskuje powoli człowieczeństwo, ale nadal traktuje Zane'a jak wyjątkowo nadopiekuńcza matka: "nie rób tego, to niebezpieczne. A to jeszcze gorsze, nie rób tym bardziej! A w ogóle to siedź i czekaj na mnie, ja się tym zajmę (czytaj: może znajdzie się inny jeleń, przecież nie zostawię swojego Bubusia samego)".

Dla odmiany "świeżynka" Ren zapowiada się obiecująco. Jest entuzjastyczna i wydaje się nieco bardziej ogarnięta niż Zane w swoich początkach, a za hobby (kosmici) ma u mnie plusa.

Aha, i jeszcze jedno. Jako stała czytelniczka NAKW nie mogłam się po prostu powstrzymać:

[Kamazotz] sprawiał wrażenie wyjątkowo okrutnego, brutalnego osobnika. Drapieżcy - jakby chętnie zabijał tylko dla sportu. Albo wyzwania. Co się mówi do takiego potwora?*
Proponuję "You are one ugly madafaka". Działa jak złoto!

*(rozdział 41, strona 393)

Wędrowiec Cienia
W majańskiej norze królika wszystko po staremu - przypadkowymi hiszpańskimi słówkami rzucają wszyscy, nawet bóstwa, opisy i dialogi powoli zaczynają zgrywać się z tempem akcji. Pewnie dlatego, że ślimakozę przejęła ekspozycja, w trakcie której bohaterowie gaworzą sobie radośnie, jakby nie mieli do załatwienia czegoś istotnego.

Zane odpowiedzialnieje, nawet neurony wybudzają mu się z letargu, i już nie rozpływa się nad swą lubą co pięć stron - częstotliwość spadła może do piętnastu. No i ja wiem, że to przenośnie, ale to, co mu się odwala z sercem, to ja bym z tym do kardiologa poszła. Ale daje se chłopię radę.

Panna zaś ma się coraz lepiej, ale nadal za wiele o niej właściwie nie wiadomo.

Najciekawsza jest Ren - widać, że autorka ma wobec plany, i przyłożyła się.

Reszta postaci, zwłaszcza te nowe, to właściwie tło, ani nie wyłapałam cech, ani nie umiem nic o nich powiedzieć.

*

Ogółem: całkiem przyjemne, ale nie wykorzystano całego potencjału (gdzie cenotes?). Cervantes ma jeszcze napisać coś o Aztekach, więc pewnie się to porozwija.

"Czarne", Anna Kańtoch

Zaczynając książkę, myślałam, że moją największą zagwozdką będzie czy ktoś funkcjonujący w pierwszych trzech dekadach XX wieku mówiłby flirt...