To jest ten moment, kiedy niektóre grzyby w barszczu okazują się halucypkami. Chwila, w której z opóźnieniem wpada cały na biało rząd USA, wywołała u mnie flaszbaki z drugiego odcinka Lovecraft County, przy którym dostałam zwarcia na zwojach, usiłując połączyć totalnie randomowe pomysły scenarzystów. Tyle, że sezon 4 przynajmniej obejrzałam do końca.
Wesołą kompanię podzielili na trzy grupy, a właściwie cztery, jeśli liczyć wypad solo Płateczka Śniegu do Krainy (Ponownego) Rozszerzania Granic Umysłu. Szkoda, że nie naćpali jej LSD, żeby przyspieszyć - może by jej się odblokowało coś nowego, na przykład "popchnięcie" (miało być o lataniu, ale ona już przecież lewitowała. Zepsuli mi żart 🙁). Reszta miota się między ratowaniem Płateczka, rozkminianiem rzezi nastolatków [dlaczego zawsze ta grupa wiekowa, dorośli reagują zabawniej] w centrum oka cyklonu, a praniem po mordach Ruskich, co było całkiem satysfakcjonujące.
Akcja w Hawkins wygląda jak kombinacja Ulicy Wiązów z West Memphis Three i jedyny raz na serial pokazuje małomiasteczkowy popłoch milczenia owiec wobec lokalnego basket case (który tym razem naprawdę jest basket case, nareszcie scenarzystom przypomniało się o relacjach społecznych [Jeszcze do tego wrócę]). Mieszkańcy miasta w końcu się ocknęli, że przez ostatnie trzy lata coś się działo, i załatwili to raz a dobrze - szósty odcinek pokazuje, jak głęboko w okrężnicy mają policję (no powaga, nie mieli prawa spacyfikować nawołującego do przestępstwa wariata?), od kiedy wyparował Hopper, jedyny z kręgosłupem - ale nie pomyśleli, że to jakiś spisek rządowy, wzorowi obywatele. Ani nie oskarżali Sowietów. Chryja z Sowietami nie mogła przestać mi się kojarzyć z czwartym Obcym (nie, Dufferowie, nie wmówicie mi, że to była "trójka", nie po ósmym odcinku). Nagle pojawił się problem, że Trzecia WŚ będzie przypominała rozgrywkę D&D. Albo to się skończy inwazją a la Jurassic World. Czyli generalnie w sześć (cztery?) lat przeszliśmy od Szczęk do polityki.
![]() |
Niedługo zacznie brakować marionetek |
Ostatecznie złodupiec przejechał się na nadmiernym patetyźmie i kiju od mopa robiącym za drugi kręgosłup; gdy jeszcze był Zbyt Przyjaznym Dyżurnym, ratowała go możliwość poruszania twarzą, ale w makijażu protetycznym miał mniej więcej takie opcje ekspresji co po botoksie. Co wychodzi jeszcze boleśniej, gdy sobie uświadomić inspirację. Modus operandi OK, straszny, ale nie DWADZIEŚCIA razy! Freddy Kruger i To byli kreatywni, Państwo Romans-Kinga-I-Ejtisów. I nie zaględzali do urzygu - zwłaszcza siedmiolatek, które nie mają możliwości skupić się na takim monotonnym słowotoku.
W związku z czym Brenner deklasuje go o lata świetlne jako Zło. Ten facet jest... całkowicie pozbawiony jakichkolwiek redemption qualities. Wiadome już od pierwszego sezonu, a ten tylko to potwierdza - jedyna sytuacja, kiedy wykazuje ludzkie odruchy, żartując z jednym z obiektów testowych, pikuje do "creepy" w pierwszej sekundzie spotkania po latach z Płateczkiem. Nawet Slade z Teen Titans wzbudza sympatię, a do obu tych gości ma się ochotę wezwać policję, gdy tylko znajdują się mniej niż dwieście metrów od dowolnego dziecka lub nastolatka. Jedną z bardziej niepokojących oznak tego, jak bardzo Brenner zniszczył umysły eksperymentowanych dzieci, jest infantylne zachowanie tych najstarszych - nie mówiąc już o szczuciu na siedmiolatkę i obroży elektrycznej. I o co mu chodziło z trzymaniem niestabilnego emocjonalnie dorosłego, potężnego Pacjenta Zero (Jeden?) tuż przy małych dzieciach? To jakiś pokrętny odpowiednik komór gazowych, żeby odciążyć psychikę żołnierzy w razie likwidacji nieobiecujących egzemplarzy? Przeżyją najbardziej obiecujący? Zdechnięcie w piachu i wzgardzie ostatniej ofiary to odpowiednia karma.
Motyw "Zabijmy Nowe Lubiane Mięso Armatnie" ma się świetnie. Eddie, pomimo Momentu Rolanda, był zdecydowanie ciekawszy niż stała obsada... gdzieś do przedostatniego odcinka, bo Sacrifice™! I szkoda, że śmierć Chrissy nakręcili przed sceną w lesie, bo podobno mogłaby wytrwać dłużej; choć z drugiej strony - uratowało ją to przed niechybną dekompozycją charakteru. Jakimś za to cudem ten były klawisz, Antonov, doczołgał się do finału (a miał nie) chyba nie chwytając aż tak widowni za serca, więc już nie wiem, na jakiej zasadzie działa ten odstrzał - ruletka, kurwa? Bo Robin jest lubiana, a przeżyła dwa bajzle bez złamanego palca, a nawet zdobyła dziewczynę.
⇨ piękny rozwój Nancy jako badassówy kręci się w miejscu przez pierdolony, odgrzewany kotlet quasi-trójkąta (nawet spece od dźwięku się zgadzają - kawałek lecący przy jednym z tych kopniętych flirtów z byłym to ten sam, co gdy ostatni raz widziała Barb. A co wtedy Barb mówiła? "Nancy, zachowujesz się jak nie ty". Posłuchaj przekazu podprogowego, dziewczyno);
⇨ u Jonathana boleśnie widać, że nie mieli na niego żadnego pomysłu niż naćpać w trzy dupy i szoferować księciu poszukującemu księżniczki (z przerwą na bycie emotional support petem brata);
⇨ wszystkie statki Steve'a zatonęły ale i tak każą mu wtryniać się w sytuację koleżanki, jakby nie mógł się pogodzić z koszem. Słowo daję, ten typ miał lepszą chemię z Eddiem niż Nancy (nie, nie shippuję - byli po prostu bardziej wiarygodni jako ludzie). Ktoś na górze musi go nie znosić;
⇨ relacja Hoppera i Joyce (która ostatecznie przestała przejmować się potomstwem i znalazła nową pasję) była tak samo pasjonująca co wędkarstwo przeremblowe dla ADHD-yka;
⇨ Mike istnieje wyłącznie dla robienia maślanych oczek na Płateczka - i żeby uratować sytuację w finałowym odcinku Atomową Siłą Miłości™ (Strażnicy Galaktyki 2 zrobili to lepiej)...
⇨ ...a Will na niego. Przykro patrzeć, jak chłopak najpierw spędził dwa sezony jako ofiara tortur, a następne dwa w toksycznej pseudo-przyjaźni z egoistą, trzymając się w fabule chyba tylko jako token. Nic, tylko chomik spóczucia 🐹.
Finał postawił mnie w pewności, że showrunnerzy nie umieją pozbyć się postaci z długim stażem. Skrewili trzykrotnie, to czemu by nie czwarty raz? Z takim nastawieniem ciężko się wczuć w niebezpieczeństwo.
Aż się dziwię, że to mówię: Jason, ten koleś, który zapoczątkował nagonkę na Eddiego - szkoda mi go. Naprawdę. W jednym wywiadzie aktor od Lucasa powiedział, że dziwi się, że więcej ludzi współczuje zatwardziałemu psycholowi i rasiście Billy'emu, niż Jasonowi, który tylko dziwnie znosił żałobę po drastycznej śmierci ukochanej. Jasne, Jason był religijnym świrem, ale w chwilach poczytalności dusza człowiek. To, że kamera nie przejęła się jego śmiercią, było podłe - wizja jechała dalej, jakby gość był losowym pechowcem z fafdziesiątego planu. Trudno było pokazać go, jak próbuje się ratować?
Nietrudno też nie zauważyć, że prześladowczynie - Carol, Angela, na upartego ta dziewczyna, która śmiała się z Max i Płateczka w obuwniczym sezon temu - to wredne suczydła, ale prześladowcy? Na prawie każdego znajdzie się jakiś smuteczek, za który chce się go poklepać po pleckach. Dlaczego dorośli ludzie upierają się robić z nastoletnich dziewcząt jednowymiarowe, głupie krowy rodem z poprzedniodekadowych blogasków, is beyond me.
Za pierwszym obejrzeniem - trzeba było aż dwóch - nie rozumiałam, o co chodziło Max z tym żalem po Billym, dlatego tym z podobną zagwozdką polecam Wszyscy mówią na mnie Max; może i nie do końca ten sam tier wiarygodności, ale staje się jasne, że Max miała wobec niego podejście I Can Fix Him, a przynajmniej zrozumienie, jak bardzo zniszczył go jego stary i żal napędzany gdybaniem.
(W ogóle - był kiedyś taki fanon [actanon?] Winony Ryder i Davida Harboura, że Jonathan mógłby być dzieckiem Hoppera; najstarsze źródło to chyba z 30 kwietnia 2023 i generalnie Harbour i Ryder przedstawili to Dufferom, ale wyszło na nie - co chyba byłoby pierwszym przejawem konsekwencji lore'u przez nich, biorąc pod uwagę wpływ Agent Orange na długo przed '67/'68, a Jonathan nie ma problemów zdrowotnych.)
Najgorsze, że zapowiadało się nieźle - pierwszy odcinek był bardzo dobry, ale od trzeciego wątki zaczynają żyć własnymi życiami; potem początek odcinka piątego i już zapominam, o co chodziło w każdym, taki pierdolnik. Drugą połowę sezonu muszę się posiłkować wiki, a finał to masakra dla szarych komórek, za którą odpowiada uwielbienie Vecny do słuchania własnego głosu (którego spokojnie można by uniknąć, zostawiając sam obraz i rezygnując z tej mętnej ekspozycji) oraz domykanie KAŻDEJ DUPERELI - jest powód, dlaczego prezentowanie pobitewnych aftermatchów nie jest popularne, a tym ciołkom oficjalnie udało się pobić scenki rodzajowe z Shire po koronacji. I zapewne na darmo - założę się, że powtórzą część tych smętów w piątym sezonie [notka: piszę to przed jego premierą]. To chyba jedyny raz, kiedy cieszę się z pójścia na łatwiznę (podpalenia stworów na Kamczatce), bo NIECH JUŻ SKOŃCZĄ, TO SIĘ WLECZE GODZINĘ! I tak dramatyzm śmierci Eddiego i (tymczasowo) Max poszedł się tarmosić w krzaki.
Efekty specjalne, zwłaszcza od czwartego odcinka, są niesamowite, bynajmniej nie na swoją korzyść. Trzy z hakiem razy wyższy budżet (względem poprzedniego sezonu) rozdrobnili na pnączomacki, demogorgona-białasa, demogorgoniątka, łamanie kołem kończyn, twarz Millie Bobby Brown, Drugą Stronę przed wjazdem Ubermenscha... co oznacza, że wszystko wyszło po równo niedopracowanie - ale najbardziej gryzie w oczy ta twarz Brown na siedmioletniej stand-in (nie wiem, czy mapowali dorosłą, czy archiwalne z pierwszego sezonu, ale efekt i tak był zbyt nieproporcjonalny i rozmyty) i Vecna lecący przez napierdalającą w niego burzę. Wzmianka specjalna pod adresem zbyt płynnego prowadzenia kamery na pustyni w przedostatnim odcinku.
Że sens trzyma się w tym interesie na ślinę i przyklepane, wiadomo nie od dziś, ale dziury w scenariuszu jak na polskich drogach wywołały całą masę mindfucków, których nie warto wrzucać w osobny post. Nad tymi rzeczami nie da się dyskutować, po prostu... są jak współczesne domy w Sudetach. Chyba, że ktoś mi wyjaśni, jakim cudem ruska lala nie zapaliła czerwonych lampek w urzędzie pocztowym; jaki miałby być cel istnienia ekranów wewnątrz cysterny deprywacyjnej inny niż dekoracja; czemu psiarnia nie przejęła się jadącą na pełnym regulatorze konferencją międzywymiarową (której uczestników mieli przesłuchiwać); czemu dopiero teraz złote cząsteczki sygnalizują prąd (skoro w pierwszym sezonie radzili sobie bez nich); po kiego te dwa tłuki siedzą w przyczepie, zamiast zablokować bramę przed gackami i spierdalać (imperatyw GOT?); skąd roczny pustostan nadal ma bieżącą wodę; albo O CO, U DIABŁA, CHODZI Z TYM POŚWIĘCENIEM? Nie widzisz wyjścia, to przynajmniej utoruj innym drogę doń? To już urasta do kultu, to nie jest zdrowe. Amerykańców to jara?
Oraz - o rondlu Willa litościwie milczałam przez trzy rundy, ale patrząc, jak zajebiście wyglądała Płateczek (zanim ją ostrzygli na Słowiańskiego Blokersa) - nie, Joyce, nie masz faworytów, wcale [to akurat LOL, nie JPRDL].
Mimo wszystko mieli te nieliczne przebłyski dużo powyżej poprzeczki, vide zmiana sceny liceum-niebo-przyczepy (nie znalazłam, czy to ma techniczną nazwę) w odcinku 2; mastershot z inwazją domową i płonąca kołyska w odcinku 4; treningowe ciskanie dziećmi o ściany, jakkolwiek okropne, o fenomenalnym montażu oraz jedyny dobry żart sezonu, gdy Max zabiera lornetkę - oba odcinek 6; scena z wymianą gróźb między Lucasem a Ericą (ni mnie grzeją, ni ziębią, ale aktorzy zagrali bardzo fajnie) w odcinku 7; i jak zwykle wspaniała aktywacja świateł z drugiego wymiaru (sentyment do początków), jakkolwiek niejasne są same światełka.
![]() |
https://rzekaswiadomosci.blogspot.com/2024/12/modziezowkowe-bingo.html |



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz