[edit z 25.10.26 tym kolorem]
Podobno jest taki myk, że Stephen King wspiera nowych reżyserów i scenarzystów, sprzedając za głupio prawa do opowiadań. W tym przypadku możemy mówić o swobodnej adaptacji, łączącej się z pierwowzorem (pięćdziesięcioletniej w tym roku! Uwierzycie?) na poziomie wizyty u psychiatry dziwnego typa, któremu umierały po kolei potomki. Opowiadanie to dokładne zwierzenia typa, włącznie ze szczegółami kolejnych spotkań z nieodgadnionym bytem, kończące się w momencie, w którym w filmie psychiatra wychodzi "przypudrować nos"; film wciska to w historię rodziny próbującej gorzej lub gorzej poradzić sobie z żałobą, spychając Billingsów na dalszy plan. Kinda niedźwiedzia przysługa.
Kontent ma też pewne podobieństwa do Babadooka, ale tak w stylu remake'u - nie spodziewajcie się wniknięcia w radzenie sobie z żałobą. Przynajmniej było mało trupów, jak na amerykański horror (i nietypowo jak na takowy przeżywa zołzowata koleżanka - aż dziwnie realistyczne). Za to dużo błyszczących elementów dających wrażenie, że to mogą być oczy beboka, jest wszędzie i zawsze obserwuje.
Bo stwór akurat im wyszedł. Przynajmniej w ocenie kogoś mającego awersję do oczu i rąk, oraz ciemności, dużych przestrzeni pod łóżkami, i drzwi. Generalnie cieszyłam się seansem. Wygrywa jako design roku (za 2022 Feral i Jean Jacket są ex aequo, bo faworyzuję ulubioną serię. Poza częścią z 2018. Ten film powinien odejść w zapomnienie.), przynajmniej w rejonie łba, od szyi w dół przewidywalnie. I tak nieźle jak na CGI.
Słyszałam, że po pokazach testowych musieli wyciąć jedno z ujęć gęby stwora, bo widzowie za bardzo wrzeszczeli. Rozumiem ich, bo jakąś jedną czwartą filmu oglądałam przez palce - pomijając ostateczną rozgrywkę, gdzie już w ogóle zrezygnowali z Bruce factor (czy tam Alien factor - znacie, rozumiecie), i to w ogóle wyglądało, jakby bebok nagle osłabł do stanu, gdzie są go w stanie zglanować dwie dziewuszki i okulały facet. Tak, finał zdecydowanie domagał się dopracowania, bo to był piękny przypadek zamiecenia problemu pod dywan, zamiast oswojenia. Do czasu, aż dopatrzę się w tym jakiejś alegorii czy innego metaforyzmu.
Trzy zonki, jeden plus - na początek gabinet w miejscu zamieszkania (czy amerykańscy psychiatrzy ie słyszeli maksymy "nie zabieraj pracy do domu"?), przez co główni nabawili się Beboka; jaki jest sens trzymania pralki na korytarzu? serio, fotel, lampa, pralka obok siebie; oraz czy farba, w którą wdepnęła panna prowadząca, była ciepła, że panna prawie wskoczyła na sufit (wzięła tąż za krew)? Ten plus-rodzynek to za obrotowe mastershoty trzymające główny fokus poza kardem (jak ten na samym początku).
