24 listopada 2025

Stranger Things - sezon 2 (2017)

Ten sezon powstał z przymusu posukcesowego, choć jeszcze większość palców trzyma się poręczy.

Bebok, tym razem większy i bardziej psychiczny niż fizyczny, obrał sobie za cel ledwo co wyciągniętego z niedoli Willa, jakby chłopak nie miał wystarczająco problemów z ludźmi - naprawdę się z nim zgadzam, to trzynastolatek, nie trzylatek, nie potrzebował skakania wokół i chodzenia na paluszkach, choćby nie wiem jak bardzo przypominał zranionego jelonka. Nastolatki odchodzą na moment do wątku pobocznego, w którym uwalają złych jajogłowych, ale ostatecznie wracają do burzowego monstrum, wszystkie ręce na pokład! Zwłaszcza Eleven The Special Snowflake, szukająca własnego "ja" z typowym miksem nieznającej świata naiwniaczki, nastolatki u progu buntu i psionicznej broni. Do momentu, w którym się pojawiła, cała na czarno, to był dobry sezon.

Serial nie uchował się przed klątwą kontynuacji i element, którym chciał przebić pierwowzór, był jego gwoździem do trumny. Ponownie przestrzelili z podobieństwem do inspiracji, tym razem Aliens - w pierwszym sezonie mieli straszne bydlę z nadprzyrodzonymi możliwościami (trochę limitowanymi), natomiast tutaj paskud jest więcej, i od tego debilnieją. Mentalność roju, jasne. Tamten to był zbuntowany, czy ki czort? Aż szkoda, że nie było żadnej Demo-Królowej (WTF?).

Bez Płateczka Śniegu na horyzoncie Mike od razu normalnieje - zwłaszcza, gdy wietrzy złe czyhające na jego kumpla. Mieli z Willem bardzo dobrą chemię. Sceny z opętaniem też były spoko.

Śmieszne, że, że lepiej współgra z dzieciarnią, niż rówieśnikami. Nieźle się nakombinowali ze znalezieniem mu miejsca, po tym, jak zatrzymali go na siłę, każąc wracać do Nancy (po zrujnowaniu sobie obrazu w jej oczach... ale ejtisy były podobno bardzo zacofane socjalnie); w pierwszym sezonie jego wątek wyglądał jak reperowany na gorąco - miał kipnąć, ale uratowała go charyzma Joego Keery'ego, a tego ze zdjęciami to chyba w ogóle nie było w pierwszym rzucie, więc nie wiadomo, co robił zamiast rozbicia aparatu, za to slutshame'ował by na bank. NARESZCIE, że skonstruowali coś spójnego.

Dostajemy w końcu to odludzkie zło, którego naobiecywał pitch bible - niby Billy'ego, ale w sumie więcej do popisania się bucerią miał Hargrove Senior, zsumowując i poziomując. Billy to jednak wprawiony padawan i robi to, co nie udało się sforze raczkujących mini-beboków. Gdybym oglądała to bez spoilerów, liczyłabym na wstęp do poważniejszego popisu, a tak to casus Henry'ego Bowersa z To: Rozdział pierwszy. Na pocieszenie są sceny dodatkowe z punktu widzenia Max.

Nie jest to medium, z którego można wyciągnąć mądrości, ale niespodzianka - społeczeństwu trzeba rozwadniać prawdę do najbardziej przyziemnej wersji? Złota myśl.

https://rzekaswiadomosci.blogspot.com/2024/12/modziezowkowe-bingo.html
______________
ilustracja: strangerthings.fandom.com

06 listopada 2025

"Wszyscy mówią na mnie Max", Brenna Yovanoff

Nie jestem fanką Max Mayfield. Właściwie żadnej postaci przez cały jej czas antenowy (chyba poza Chrissy). Książkę posiadam w efekcie zajawki na dysfunkcyjne rodzeństwa po FNAF 4, i bo zamierzam powtarzać 3-ci i 4-ty sezon, do czego potrzebuję szerszego obrazu relacji Max i Billy'ego - inaczej wyszłaby kolejna cegła w plothole'owym ByTheWayu (tajest, popastwię się).

Fabularnie jest to 2-gi sezon (czyli na oko wtedy, kiedy Eddie rzucił budę dla rąbnięcia w szklany sufit - ale go tu nie ma, bo go jeszcze nie wymyślono), więc znacie dryl. Sceny ani dialogi nie są powtórzone ujęcie w ujęcie - poza atakiem Billy'ego na Steve'a (odrobinę cierpi za to scena na złomowisku, gdzie, na obronę aktorów, nie dało się już za wiele dodać) - a autorka skupia się na odczuciach Max, co jak dla mnie jest świetnym pomysłem. Można jej za to wybaczyć speedrun momentów z odcinków "Łupieżca Umysłów" i "Przejście".

Dobra lektura uzupełniająca dla fanów Max, bo w tamtym momencie warsztat aktorski Sadie Sink wyglądał trochę tak, jakby dziewczyna dopiero przyzwyczajała się do sytuacji i nie dała rady wszystkiego przekazać. Dla kontekstu są jeszcze retrospekcje i to właśnie one robią największą robotę - myśleliście, że serialowy Billy był kingowskim prześladowcą? Poczekajcie, aż przeczytacie o kocie i ręce Nate'a Walkera. Swoje pięć minut skurwysyństwa ma też i tatuś Hargrove - generalnie obu dżentelmenów daje vibe Henry'ego i Butcha Bowersów (Billy miał nawet kiedyś nieco tylko mniej stukniętych kumpli!). Dufferowie chyba sobie rekompensują za rezygnację z To.

Książka powstała między 2-gim a 3-cim sezonem, w związku z czym powstaje wielki mindfuck co do okoliczności stworzenia przez panów Hargrove i panie Mayfield patchworkowej, nieszczęśliwej rodziny - Dufferowie nie sprawdzają merszandyzy, czy ki czort? Choć przynajmniej oni dali Max i Billy'emu trochę czasu, zapoznając ich jako szczenięta, na zbudowanie nienawiści, zamiast miernego roku (i to góra - uwzględnijmy, że Billy, rocznik '67, mógł już prowadzić). Nie rzucałabym jednak negatywnego światła na Brennę Yovanoff, tylko na brak zorganizowania szefów tego kramu.

Oryginalne Runaway Max wyjaśnia się jeszcze w prologu - Max prawie-prawie zwiała z domu do ojca. I zamierzała zrobić to ponownie już w Hawkins.

Mniej więcej dostajemy również wytłumaczenie przeprowadzki na totalne zadupie drugiego końca kraju - SPOILER jeden z numerów Billy'ego kompletnie nie miał potencjału do zamiecenia pod dywan. Niestety stwarza to nowy plothole, czemu nie pomyśleli, że następna taka akcja wyjdzie na jaw szybciej właśnie na wypierdziszewie. Ograniczenia finansowe?

Pojawiają się smaczki takie jak Joyce w pierwszym rozdziale - anonimowo, ale ta kobieta jest tak charakterystyczna, że nie ma najmniejszych wątpliwości - albo jej starszy syn konsekwentnie identyfikowany po włosach.

Wąwóz (2025)

Kiedy chcesz OBIE wieże, ale są tylko w komplecie z mordkami... Wzięłam się za ten film tylko dla 50% zawartości (nie lubię romansideł jako ...