![]() |
Niech ktoś uzmysłowi dystrybutorom, że oficjalna reklama prezentuje gwałt oralny |
Podchodziłam do tego filmu z rezerwą, a im głębiej w reklamę odreżyserską, tym gorsze prognozy. Sytuację zaogniło błogosławieństwo od samego Ridleya Scotta, człowieka, który spieprzył kanon (wiem, że długo się zbieram do objazdu). Finalnie... nie jest tak źle. Gorzej, niż oryginał (i Aliens, choć fanką nie jestem), ale o niebo, NIEBO lepiej od niedorobionych prequeli.
Fabularnie miks Aliens, Alien 4 i Prometeusza, czego nie próbuje ukrywać - onelinery latają żwawiej niż porozstrzeliwane kseny w zero-G. Wyszło mu to raz na dobre, raz na złe, ostatni akt na ten przykład wybrał złą inspirację. Tegowiecznych części uparcie się trzyma mania przekombinowania. Najzabawniej, że ten plot twist spokojnie da się przewidzieć jeszcze godzinę przed; nie czyni go to jednak mniej popieprzonym.
W kwestii budowania plot twistów Alvarez zdecydowanie jest mniej pruderyjny od Scotta. Pojechał po rozrodzie tak, że w siedemdziesiątym ósmym mogli tylko o tym marzyć. Przy jednej fazie rozwoju ksenomorfa sprzeczka o jajo to betka (szerzej o tym w kwietniu). Co miało być przerażające, obrzydliwe i niewygodne, takie było. Za kilka lat mogę zrobić ranking (film.org pewnie też na to wpadnie, szybciej).
Odważnym posunięciem było złamanie świętej reguły, dzięki której Predatorowo-Alienowe slashery tak się wyróżniają, a więc zaniżenie średniej wieku żarcia dla kosmitów do głupich nastolatków (wczesnych dwudziestolatków?) [Wiem, że Prey był w tym pierwszy, ale nie będę poprawiać tamtego wpisu]. Nie ma to jak wrócić do podstaw gatunku. Przy okazji ta banda smarkaczy w większości sytuacji nadal wykazuje więcej rozsądku niż prequelowi 40-latkowie (poza jedną sceną, która doprowadziła do przesadzonego finału 😬).
Kolejnym elementem po dobrej opinii Scotta, który nie nastrajał mnie optymistycznie, był trailer spoilerujący, że pilotką złomiarzy nie trzeba się przejmować. To znaczy w tego typu filmach i tak wiadomo, kto jest mięsem armatnim, ale i tak - wielkie, kurwa, dzięki, Disney, za zepsucie niespodzianki. Na podobnej zasadzie powiedziałabym, że można się nie martwić o Rain (Cailee Spaeny), ale ja producentem blockbustera nie jestem; w końcu angaż znanej twarzy nie musi od razu oznaczać jej dotrwania do The Endu, tak nam dopomóż Krzyk. Nawet przy subtelności współczesnych klisz.
To chyba będzie jedyny film, który zdezorientował moją robofobię. No, połowicznie. Boleśnie cyfrowy Ian Holm z najgłębszych czeluści Doliny Niesamowitości zdecydowanie prosi się o trepanację gaśnicą. David Jonsson wypadł tak sympatycznie - też w momentach, gdy nie było wiadomo, po której jest aktualnie stronie (bardzo ładny motyw) - że to aż ironia, że robot miał bardziej ludzką i bogatą ekspresję od faktycznego człowieka (nie mam nic do Cailee Spaeny, ale czy aktorzy przypadkiem nie powinni umieć robić więcej niż trzy miny na krzyż?). Choć i tak moje "ale" do jej postaci tyczy się wyłącznie jednego dialogu, kiedy zasypuje urzędniczkę imigracyjną nieprzydatnymi informacjami. Przyznaję, spodziewałam się po niej miałkości, więc neutralne odczucie to plus.
Mimo wszystko polecam, nawet psychofanom zafiksowanym na kanonie (którego podobno ten film miał nie szturchać, ale zygu-zygu, marchewka). To dobra rozrywka, mogę przeboleć nawet zbyt dobrą jakość, zwłaszcza względem teasera z VHS-u. Lubię retro-futuro, próbę oddania fryzur i ubrań lat 70-80. Podobała mi się unikatowa śmierć od jednej kropli kwasu, ewenement wśród zwyczajowych chluśnięć kwasem, jej tragikomizm, kiedy mięso armatnie ląduje centralnie pod źródłem substancji (abstrahując od tożsamości tegoż mięsa).
Prey nadal faworyzuję.